S. Obirek, A. Świeżyński: Nieuniknione pytania

Rozmowy 4

08.12.2019

Stanisław Obirek

Myślę, że bez przesady możemy powiedzieć, że rok 2019 kończymy jednym z najważniejszych sporów cywilizacyjnych w naszym kraju po 1989 roku. Dokonuje się on na linii Polski Rząd – Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Mam jednak, że poza prawnikami i samym rządem oraz niektórymi dziennikarzami, tak naprawdę mało kogo ten spór interesuje. A dokładniej mówiąc biorące w nim udział podmioty skrywają się za skrótami nazw, które są dla przeciętnego zjadacza chleba mało zrozumiałe. No bo któż to wie, co to oznacza TSUE, ID, neo-KRS, SN itd., itp. Powstają kolejne ekspertyzy, orzeczenia, interpretacje, w których nie sposób się rozeznać.

Muszę przyznać, że zadziwia mnie wstrzemięźliwość polskiego Kościoła katolickiego, który zwykle w sporach światopoglądowych ma wiele co powiedzenia i chętnie zajmuje jasne stanowisko. Nie wstrzymuje się też przed wyrażaniem jednoznacznych osądów wartościujących. W przypadku sporu o sądy milczy.

Podejrzewam, że ma to związek z uwikłaniem politycznym polskiego Kościoła katolickiego, a zwłaszcza jego biskupów. Mam tu na myśli przede wszystkim bulwersujące rewelacje redaktora naczelnego KAI Marcina Przeciszewskiego.

Otóż Przeciszewski publicznie poinformował, że abp Juliusz Paetz w 1983 r. „do Łomży pojechał na zesłanie, to był podstawowy błąd”. Dodał, że „jego skłonności zostały rozpoznane w Watykanie” i „Watykan chciał się go pozbyć”. Te słowa padły w czasie piątkowego panelu „Kościół na krawędzi?”, który odbył się w ramach Ogólnopolskiego Forum Młodych we Wrocławiu.

Dodaje też, że sprawa homoseksualnych skłonności i złych zachowań Paetza wyszła na jaw już w latach 1976-82, gdy polski duchowny pełnił funkcję prałata antykamery papieskiej, będąc bliskim współpracownikiem trzech papieży: Pawła VI, Jana Pawła I i Jana Pawła II. To Paetz decydował o tym, kogo dopuszczać przed ich oblicze. Już te pytania zadałem publicznie, ale powtórzę jeszcze raz: dlaczego tylko determinacja garstki duchownych i interwencja osoby trzeciej przełamała zmowę milczenia wokół dwuznacznych i głęboko demoralizujących zachowań Juliusza Paetza?

Ano oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko całkowitą demoralizację całego Episkopatu, nuncjusza (w latach 1989-2010 był nim abp Józef Kowalczyk) bezpośrednio odpowiadającego przed papieżem za morale biskupów i wreszcie najbliższego otoczenia samego papieża Jana Pawła II, z jego osobistym sekretarzem Stanisławem Dziwiszem na czele.

Czy Ty jako ksiądz katolicki sobie tych pytań nie zadajesz? Przecież jesteś wykładowcą katolickiej uczelni, masz kontakt nie tylko z kolegami i koleżankami wykładowcami, ale również z biskupami. Czy w tych kontaktach i rozmowach nie pojawiają się tematy, które bulwersują chyba nie tylko przeciwników Kościoła, ale każdego, komu leży na sercu przyszłość nie tylko polskiej demokracji, ale również religii, która w polskim kontekście jest jej nieodłączną częścią składową.

Mnie osobiście naprawdę zależy by katolicyzm wzmacniał polskie społeczeństwo obywatelskie i polską demokrację. Tymczasem mam wrażenie, że polscy biskupi i wielu księży tę demokrację niszczy i osłabia zdolność obywateli do stanowienia o sobie i o swojej przyszłości. Bardzo jestem ciekaw, co o tym wszystkim myślisz.

Adam Świeżyński

Najpierw gwoli ścisłości odnośnie do zakładanych przez Ciebie moich międzyludzkich kontaktów. Może będzie to zaskakujące, a może nie, ale ja w zasadzie nie mam kontaktu z biskupami.

Przynajmniej jak dotąd spotykałem ich jedynie okazjonalnie i raczej nie miałem sposobności, aby osobiście z nimi rozmawiać na tematy inne niż jakieś bieżące kwestie organizacyjne, a już na pewno nie o sprawach, o których wspominasz. I przyznam, że tego żałuję, choć oczywiście z uwagą śledzę ich publiczne wypowiedzi i reakcje na aktualne wydarzenia.

Ze swoim biskupem rozmawiałem ostatnio ponad 10 lat temu. I to nie dlatego, że nie chciałbym z nim porozmawiać, ale po prostu dlatego, że on nie chce rozmawiać ze mną. Jakiś czas temu odmówił mi tego wprost.

Wspominam o tym, bo wydaje mi się to dość symptomatyczne w świetle pytania, które postawiłeś. Jeśli dobrze rozumiem, oczekujesz od Kościoła w Polsce, że będzie wzmacniał polskie społeczeństwo obywatelskie i polską demokrację. Ale jak można tego oczekiwać, skoro jego najwyżsi przedstawiciele mają poważny problem z otwartym dialogiem wewnątrz Kościoła, z jasnym i odważnym podejmowaniem trudnych i bolesnych dla Kościoła spraw, choćby tych, o których mówisz.

A wszelkie oznaki demokracji wewnątrz Kościoła lub próby uzyskania przynajmniej większej transparentności traktują jako zagrożenie.

To prawda, że niekiedy łatwiej dogadujemy się ze słabo znanymi nam sąsiadami niż z członkami własnej rodziny, ale w tym wypadku mamy do czynienia z sytuacją braku porozumienia zarówno z członkami tej samej wspólnoty, jak i z ludźmi spoza niej. Kościół ma problem z demokracją nie tylko dlatego, że jego struktura i sposób zarządzania nim są dalekie od struktur i sposobów demokratycznych, do których przywykliśmy w naszej części świata.

Ma z nią problem także, a może przede wszystkim dlatego, że nie umie, a często chyba również nie chce, wsłuchiwać się i wpatrywać się w tzw. znaki czasu, następnie dokonując ich interpretacji w świetle wiary religijnej i wyciągając wnioski praktyczne prowadzące do konkretnych działań zgodnych z przeprowadzonym rozpoznaniem.

Od razu przychodzi mi na myśl skojarzenie z pewną wypowiedzią Jezusa, który pod adresem współczesnych sobie ludzi skierował gorzki wyrzut: „Gdy ujrzycie chmurę podnoszącą się na zachodzie, zaraz mówicie: Deszcze idzie. I tak bywa. A gdy wiatr wieje z południa, powiadacie: Będzie upał. I bywa. Obłudnicy, umiecie rozpoznawać wygląd ziemi i nieba, a jakże obecnego czasu nie rozpoznajecie? I dlaczego sami z siebie nie rozróżniacie tego, co jest słuszne?”.

A aktualne „znaki czasu” wydają się niewątpliwe, zarówno w Kościele, jak i w całym społeczeństwie, choćby te, które wymieniłeś w pytaniu. O ile więc jeszcze można by wybaczyć tę ślepotę zwykłym ludziom, którzy, walcząc o przetrwanie w niełatwej codzienności, nie mają często sił i czasu, a także odpowiednich narzędzi, aby przeprowadzić dogłębną analizę własnych doświadczeń i zjawisk zachodzących wokół nich, to w przypadku przywódców religijnych znacznie trudniej znaleźć usprawiedliwienie dla ich krótkowzroczności i bezczynności.

To, czego oczekiwałbym od Kościoła hierarchicznego, to głęboko duchowej przenikliwości wobec spraw, wydarzeń, procesów i problemów występujących w ludzkiej społeczności. Myślę, że takie oczekiwanie jest w pełni uzasadnione, gdyż jest zgodne z podstawowym zadaniem bycia pasterzem we wspólnocie Kościoła, a przecież biskupi są nimi z urzędu i w pierwszej kolejności, nie mówiąc już o posłannictwie natury duchowej. Ów symbol pasterza, tak często przywoływany, ale niestety niejednokrotnie jedynie deklaratywnie lub jednowymiarowo (jako po prostu sprawowanie władzy), odnosi się przede wszystkim do woli i umiejętności pogłębionego i trafnego rozeznawania aktualnej interakcji rzeczywistości Bożej i ludzkiej, a w konsekwencji także międzyludzkiej.

Nie można bowiem będąc pasterzem Kościoła sensownie prowadzić innych (a także samemu skutecznie gdziekolwiek podążać), jeśli najpierw nie rozpozna się i nie uchwyci właściwego celu wędrówki, nie określi się prawidłowej drogi do jego osiągnięcia, nie zidentyfikuje się związanego z nią ryzyka i przeciwności oraz nie podejmie się strategicznej decyzji o gotowości do bezkompromisowego stanięcia w obronie wartości, w które się wierzy i które nadają wspomnianej wędrówce jej podstawową dynamikę i znaczenie.

Mieści się w tym również obrona prawdy, ujmowanie się za krzywdzonymi i prześladowanymi, aktywna wrażliwość na wszelkie przejawy niesprawiedliwości, gotowość do zaryzykowanie siebie w jakimś wymiarze własnej egzystencji. Obserwując Kościół w Polsce mało widzę takiej gotowości i takich postaw wśród jego hierarchów, choć pewnie i takie się zdarzają. A jeśli miałbym odpowiedzieć, dlaczego tak jest, to uważam, że w każdym przypadku chodzi w pierwszym rzędzie o jakiś istotny brak w osobistym, najgłębszym i samookreślającym ustosunkowaniu się danego człowieka do wspomnianych wartości, który przesądza o tym, że przyjmuje on praktyczną postawę uniku, milczenia, lęku, współudziału, aprobaty. Schodzimy zatem do poziomu ludzkiego wnętrza, w którym każdy z nas określa najpierw wobec siebie, na co będzie gotów, a na co nie, ile uda mu się poświęcić dla danej sprawy, jak bardzo okaże się zdeterminowany w swoich działaniach, lub inaczej mówiąc: w co wierzy i komu ufa, co i kogo kocha, w czym i w kim pokłada swoją nadzieję.

Wspomniałem, że tylko okazjonalnie zdarza mi się rozmawiać z biskupami, natomiast znacznie częściej, co rzecz jasna naturalne, rozmawiam ze zwykłymi ludźmi: bliskimi, współpracownikami z uczelni, studentami, znajomymi i przyjaciółmi. Wielokrotnie byłem pod wrażeniem tego, jak trafnie i mądrze są w stanie zidentyfikować i nazwać rozmaite zjawiska, wydarzenia oraz postawy ludzkie.

Nie wszyscy z nich są osobami wierzącymi czy praktykującymi wiarę w Kościele. A jednak czuję się niekiedy zawstydzony ich niezwykle uczciwym postawieniem jakiejś sprawy albo wyjątkową wrażliwością na sytuacje wymagające reakcji. Wyłapują swoje „znaki czasu” i reagują na nie. Wielu tzw. ludzi Kościoła mogłoby się w tym zakresie sporo od nich nauczyć. Dla mnie Kościół rozumiany jako wspólnota prawdy, dobra, szlachetności, rozumnych zasad i pokoju (niepomylonego ze „świętym spokojem”), przemieszanych rzecz jasna z ludzką słabością, to przede wszystkim oni.

Niekiedy myślę o takich ludziach jako o obiecującej alternatywie dla Kościoła współczesnych „faryzeuszy i uczonych w Piśmie”, których deklarowana wiara w Boga wydaje mi się być wiarą jedynie w nieskazitelność moralną, moc sprawczą władzy (zwłaszcza kanonicznej) i w wykreowany przez siebie własny wizerunek. Marzę (może naiwnie) o tym, aby właśnie taka alternatywa stała się kiedyś mainstreamem zarówno Kościoła, jak i społeczeństwa w ogóle.

Stanisław Obirek

No cóż, Twoja odpowiedz, muszę do uczciwie przyznać, nie jest dla mnie zaskoczeniem. Choć może w głębi serca liczyłem, że jest inaczej. Przypomniałeś mi moje własne lata spędzone w zakonie jezuitów, gdy spotkania głęboko religijne i będące prawdziwym intelektualnym wyzwaniem zdarzały mi się przede wszystkim poza zakonem, a nawet poza Kościołem. Te wewnątrzkościelne miały charakter urzędowy, często musiałem po prostu tłumaczyć, dlaczego nie jestem wielbłądem. Moim przyjaciele ciągle zadawali mi pytania, to po co w tym kościele tkwisz, dlaczego obijasz się o te kanty.

Miałem coraz mniej argumentów…

W końcu odszedłem.

Ale powtarzam, że to moja droga. Nikogo do tego samego nie zachęcam i Ciebie też nie będę zachęcał. Ale może Ciebie ciekawi jak sobie radzę poza Kościołem, bez konieczności pytania, co też o tym sądzi mój przełożony czy biskup, o papieżu nie wspominając. W każdym razie myślę, że dotknąłeś istotnej kwestii, jak sobie radzić w świecie, z którym jest „coś nie tak”, jak to w swojej noblowskiej mowie ujęła Olga Tokarczuk.

Ona wierzy w literaturę i to zostało docenione, a Ty Adamie, w co wierzysz? Co Twoim zdaniem ocali świat, skoro, jak już wiem, nie widzisz tego ocalenia w kościele hierarchicznym?

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com