Andrzej Koraszewski: Wydajność, wyzysk, wybory

23.12.2019

Kiedy pojawił się Internet, złośliwi tłumaczyli słynne www jako wait, wait, wait. Kiedy młoda dama zapytała mnie niedawno, czym zajmuje się ekonomia, postanowiłem uciec w  żart i odpowiedziałem www, mając na myśli wydajność, wyzysk i wybory. Powiedziałem, że jest to dziedzina, której adepci czasem nie mogą się zdecydować, czym mają się zajmować, a kiedy zaczynają coś badać, ich badania niemal nieodmiennie potwierdzają ich wcześniejsze opinie.

Dla jednych prawdziwym ojcem ekonomii jest Adam Smith, dla innych Karol Marks. Adam Smith był przekonany, że wolny handel prowadzi do wzrostu wydajności i optymalizacji wyborów zachowań ludzkich, Karol Marks, że historia ludzkości jest historią walk klasowych i wyzysku. Obaj mieli wiele racji, co dzisiejszym ekonomistom nie pomaga. Doświadczenie uczy, że gospodarka rynkowa pozwala na sprawne tworzenie dóbr, a rewolucje nieodmiennie przynoszą więcej nieszczęść niż pożytku. Ekonomiści czasami lepiej opisują ład społeczny niż socjolodzy, ale jedni i drudzy są bardzo upartyjnieni (co najlepiej widać, kiedy występują w charakterze telewizyjnych ekspertów).

Kiedy widzę młodego człowieka mówiącego (częściej piszącego), że jest lewicowcem, mam ochotę zapytać jakiej rasy? Z grubsza biorąc, dzisiejsi lewicowcy dzielą się na lewicę leninowską, czyli rewolucyjną, i na renegatów, czyli tych, którzy twierdzą, że wygasili płomień rewolucji.

Oczywiście pytanie wprost, czy jest pan/pani lewicowym renegatem, mogłoby wywołać oburzenie równie gwałtowne jak pytanie biskupa Jędraszewskiego, czy jest umiarkowanym katolikiem. Pytanie młodych ludzi, czy czytali wydaną 100 lat temu broszurę Włodzimierza Lenina Rewolucja proletariacka a renegat Kautsky, ma ograniczoną szansę na odpowiedź pozytywną. A przecież w tej pracy Lenina widzimy bodaj najlepiej, jak rozjechały się drogi lewicy. Dla Lenina sprawa była prosta, albo jesteś zwolennikiem rewolucji i opowiadasz się za dyktaturą proletariatu, albo jesteś renegatem, który zdradził marksizm i wszedł w konszachty z burżuazyjnym państwem. Kiedy Engels na krótko przed śmiercią doszedł do wniosku, że Marks zapewne porzuciłby drogę rewolucyjną i opowiedział się za lewicą parlamentarną, Lenin (co prawda tylko na papierze) skrócił mu życie, twierdząc, że Engels do samej śmierci, to jest do roku 1894, był zwolennikiem rewolucji. Plechanow, którego uważa się za ojca rosyjskiego marksizmu, zmarł własną śmiercią tylko dlatego, że umierał w Szwajcarii. Spory o definicję lewicowości często w Kraju Rad kończyły się strzałem w tył głowy.

Dziś większość ludzi przedstawiających się jako lewicowcy, to według definicji leninowskiej  renegaci, czyli ludzie, tak czy inaczej, akceptujący prywatną własność, rynek, „burżuazyjne” państwo i parlament. Dotyczy to takich ludzi jak Jeremy Corbyn, Bernie Sanders lub nasz Zandberg. Idolem tych lewicowych renegatów jest francuski ekonomista Thomas Piketty, który twierdzi, że marksistą nie jest, nie chce również kapitalizmu obalać, chce go naprawiać. Stara się nie mówić tego nazbyt wyraźnie, ponieważ adresuje swoje myśli głównie do rozglądającej się za proletariatem awangardy proletariatu, dla której rewolucyjny romantyzm jest wartością w sobie i dla siebie.

W krajach rozwiniętych proletariat przemysłowy rozpłynął się w postindustrialnej mgle, więc wyłoniła się potrzeba wymyślenia czegoś, czemu awangarda proletariatu mogłaby przewodzić. Brytyjski ekonomista, Guy Standing zaadoptował na potrzeby walki klasowej pojęcie prekariatu, to jest ludzi pracujących bez stałego zatrudnienia, zazwyczaj bez prawa do świadczeń i z niskim wynagrodzeniem. Jako klasa społeczna jest to kiepski ersatz proletariatu, bo i rozrzuceni, niezorganizowani i z kiepską świadomością klasową. Z braku proletariatu dobry i prekariat, ale trzeba było czegoś mocniejszego. Thomas Piketty dosiadł pegaza nierówności. Jeden procent ludzkości spija całą śmietankę, a 99 procent obgryza korzonki. Awangarda proletariatu odetchnęła z ulgą, nareszcie znowu ma klientelę i to nie byle jaką, bo 99 procent ludzkości, której trzeba tylko powiedzieć, jak straszliwie są pokrzywdzeni.        

Właśnie przeczytałem interesujący artykuł w tygodniku „Economist”, który zaczyna się tak:

W 2011 roku tysiące ludzi zebrało się w Zuccotti Park w Nowym Jorku. Dziesięć lat wcześniej mało znany badacz z Francji postanowił napisać w nowy sposób o nierówności dochodów. „Uwaga naszych badań koncentruje się na porównaniu ewolucji dochodów górnych 10 procent ludności, górnego procenta, górnego 0,5 procent i tak dalej”. Thomas Piketty napisał swój esej w 1998 roku, razem ze swoim długoletnim współautorem, Emmanuelem Saezem. Pan Piketty zapoczątkował wykorzystanie danych podatkowych, co pozwoliło na lepszy ogląd dochodów najbogatszych. Ujawnia, że 1% działa jak bandyci kosztem pozostałych 99%. Jego badania dostarczyły nowego języka oburzonym na Wall Street.

Po tej publikacji widzieliśmy eksplozję badań nad przyczynami i konsekwencjami straszliwego wzrostu nierówności w bogatym świecie. W książce Kapitał XXI wieku, bestsellerze opublikowanym po raz pierwszy w 2013 roku, pan Piketty twierdzi, że rosnące nierówności są w kapitalizmie rzeczą normalną.

Autor artykułu w „Economist” przyznaje, że jest wiele problemów w systemie kapitalistycznym, że ruchliwość społeczna osłabła, że niektóre korporacje mają zbyt dużą siłę na rynku, że domy są zbyt drogie. Jednak ta polityczna kariera zatroskania o nierówność, którą widzimy dziś na  uniwersytetach i w mediach, jest cokolwiek podejrzana.      

Piketty zastąpił marksowską tezę o stałej koncentracji kapitału tezą o stałym wzroście nierówności dochodów. Dwóch ekonomistów, Gerald Auten i David Splinter, postanowiło przyjrzeć się bliżej jego obliczeniom. Fakt, że Piketty opierał się na zeznaniach podatkowych gospodarstw domowych, powodował, że obraz był ich zdaniem zakłócony. Auten i Splinter podają mnóstwo powodów, dla których te obliczenia są ich zdaniem wadliwe. Piketty nie uwzględniał zmian w strukturach rodzin i szybkiego wzrostu liczby gospodarstw domowych z powodu wzrostu liczby rozwodów, nie uwzględniał zmian w systemach podatkowych zawierających bodźce dla drobnych przedsiębiorstw, nie uwzględniono również w tych obliczeniach wtórnego podziału dochodu narodowego i tego, co wraca do mniej zarabiających w postaci świadczeń socjalnych rent i emerytur.

Uczeni bardzo się spierają i podczas gdy Piketty i jego towarzysze twierdzą, że rzeczywisty przeciętny dochód w latach 1979-2014 zmalał o 8%, ta sama średnia obliczana innymi metodami według Congressional Budget Office wzrosła o 51 procent. (I jak tu wytłumaczyć, czym właściwie zajmują się ekonomiści?)

Centralna teza francuskiego niemarksisty głosi, że wzrost wydajności wykracza daleko poza wzrost dochodów. (Uczciwie mówiąc, tego właśnie spodziewano się w latach 60. ubiegłego wieku, twierdząc, iż jest to nieuniknione wraz ze wzrostem automatyzacji). Piketty twierdzi, że wydajność rośnie, rośnie klasa rentierów, którzy kasują pieniądze i nie pracują. Bliższy ogląd pokazuje jednak, że ten kapitał ląduje coraz częściej w funduszach emerytalnych i powraca do mniej zarabiających. (W USA w latach 60. fundusze emerytalne stanowiły 4 procent kapitału giełdowego; dziś jest to 50 procent.)

Jest tu jeszcze inna ciekawostka – wzrost wydajności oznacza, że towary, które były wcześniej absolutnym luksusem, stają się dostępne, najpierw dla klasy średniej, a potem również dla ludzi, których dochody znajdują się znacznie poniżej średniej. (Pamiętam, jak w początkach lat 70. przywódca szwedzkich związków zawodowych grzmiał, że płaca jego ojca wystarczała, żeby rodzina miała mięso pięć razy w tygodniu, a dziś robotnik kupuje mięso raz lub dwa razy w tygodniu. Ktoś się zgniewał i policzył ile mięsa można było kupić za średnią robotniczą pensję w początku lat 50. i w latach 70. Nie pamiętam dokładnych danych, ale była to zdumiewająca wielokrotność tego, co można było kupić za pensję tatusia. Następnie przypomniano, czego nie miał ojciec grzmiącego związkowca. Nie miał dwóch samochodów, a dokładniej nie miał ani  jednego, nie miał letniego domku, nie wyjeżdżał co roku na wakacje za granicą, nie musiał się zastanawiać, czy kupić kotlet, czy raczej za te same pieniądze kupić sobie nowy zegarek. Ten obłędny wzrost wydajności spowodował, że dziś człowiek uważany za biednego ma dostęp do towarów, które wcześniej były niedostępne również dla tych, którzy znajdowali się w owym 1 procencie ludzi z najwyższymi dochodami.

Nic dziwnego, że dzisiejsza awangarda proletariatu jest często rozdarta, czy pomstować na straszliwe nierówności i uświadamiać krzywdy, czy przeklinać rozpasany konsumeryzm i kapitalizm, namawiający biednych ludzi do kupowania rzeczy, których być może wcale nie potrzebują (wszak wystarczyłoby, że ma je awangarda, która kupuje rozsądnie tylko to, na co ma ochotę).

Maciej Jarkowiec opublikował w „Gazecie Wyborczej” artykuł pod intrygującym tytułem” „Perspektywa końca świata jest realna. Produkujemy za dużo, konsumujemy za dużo i ciągle rośniemy. Uratować nas mogą ekonomiści”. Długi i ciekawy tekst, czytałem go pomalutku, wiedząc, że dwie rzeczy mam jak w banku, że będzie tu i Thomas Piketty, i kryzys klimatyczny. Nie myliłem się. Najpierw jednak dotarłem do informacji, kim jest ekonomista:

Współczesny ekonomista to architekt społeczny i gospodarczy. To osoba, która rozumie świat i umie kształtować go tak, by uzyskać określone wyniki.

Informacja cytowana z najlepszego źródła, bo z przewodnika dla przyszłych ekonomistów wydanego przez Uniwersytet Warszawski.

W partii artykułu pod śródtytułem: „Ekonomiści leczą, nie liczą” czytamy:

Najbardziej jaskrawym przykładem może być poparcie, którego 163 wybitnych ekonomistów udzieliło programowi brytyjskiej Partii Pracy prowadzonej przez lewicowego radykała Jeremy’ego Corbyna.

Zmartwiłem się trochę, bo w marcu 1981 roku wybitnych brytyjskich ekonomistów było więcej. Wtedy 364 wybitnych stanowczo zaprotestowało przeciwko ekonomicznej polityce rządu Margaret Thatcher. Zapewniali, że ta polityka doprowadzi do pogłębienia depresji. Część wybitnych do dziś twierdzi, że mieli rację, inni znowu zapewniają, że polityka Margaret Thatcher pozwoliła na odbicie się od dna i rozpoczęcie budowania gospodarki postindustrialnej.     

Późniejszy ekonomiczny doradca Tony Blaira, Derek Scott, stwierdził, że ten list 364 powinien być sygnałem alarmowym (w domyśle – informującym, że  ekonomiści nie zawsze wiedzą, o czym mówią). Scott podkreślał, że budżet rządowy z 1981 roku był punktem zwrotnym w brytyjskim myśleniu o ekonomii.    

Kiedy autor artykułu w „Wyborczej” dociera do Thomasa Piketty i nierówności pisze:

Popularny argument przeciw biciu na alarm z powodu nierówności mówi, że nawet jeśli są, nie mają większego znaczenia, bo choć duzi rosną, to wraz z  nimi rosną też mali. Korporacje stają się coraz potężniejsze, prezesi zarabiają 500 razy więcej od pracowników, mają jachty i odrzutowce, ale  pensje pracowników też rosną, zwykli ludzie także kupują coraz więcej, a poziom biedy na świecie drastycznie się zmniejszył.

Odkąd zacząłem czytać gazety (czyli grubo ponad 60 lat temu) czytam o tzw. tłustych kotach (początkowo to się nazywało „kominy płacowe”) i o różnych koncepcjach egalitaryzmu płacowego, który da każdemu według potrzeb.

Narzekano zasadnie, że zarobki dyrektorów nie odzwierciedlają ich „wydajności” (czyli w tym przypadku skuteczności) i że coś trzeba zrobić, żeby oni mieli mniej, a my więcej i żeby równocześnie wszystkiego było coraz więcej. Recept napisano wiele, niektóre wypróbowano w praktyce, ale nie da się ukryć, że dochody rosną, niektórym rosną nieprzyzwoicie, innym przyzwoicie, a jeszcze innym ledwo ledwo.

Tu ekonomia splata się z psychologią, bo okazuje się, że nie tyle ważne są wielkości bezwzględne, ile nieustanne porównywanie mojej sytuacji z sytuacją innych. W Szwecji mówiliśmy czasami, że mamy system społeczny oparty na społecznej zawiści i sprawiedliwości kontrolowanej suwmiarką. System podatkowy ciął kominy bezlitośnie, machina wtórnego podziału pracowała pełną parą i była obsługiwana przez nową klasę społeczną – dobrodawców. Okazało się, że ma to jednak swoje minusy. (Pisałem o tym w innym miejscu, więc nie będę się powtarzał.)

Pytanie ile wart jest dobry szef firmy, jest zasadne. Są tu cudotwórcy i masa takich, którzy lądują na dyrektorskich stanowiskach, korzystając z koneksji rodzinnych lub politycznych, jedni i drudzy otrzymują płace, które są bardziej symbolem statusu niż wynagrodzeniem, ale tylko ci pierwsi z solidną nadwyżką wypracowują to, co dostają.   

Idea państwa jako nocnego stróża jest  piękna, pod warunkiem, że nocny stróż nie jest pijaczyną skumplowanym z oprychami, lub – co gorsza – przedstawicielem mafii. Może również okazać się ciapą, kimś, kto wygłasza groźne mowy, ale nie bardzo rozumie, co się koło niego dzieje. Niewidzialna ręka rynku działa, ale chętnych do kantowania nie brakuje, więc poszukiwanie złotego środka pozwalającego na danie przedsiębiorcom maksimum wolności przy założeniu, że interes społeczny jest chroniony, to nie tylko ciągła walka z pasażerami na gapę, ale i ciągła walka z wybitnymi ekonomistami, próbującymi nas przekonać, że wystarczy trzymać się jakiegoś katechizmu.

Czy rzeczywiście to ekonomiści uratują świat przed apokalipsą? Autor artykułu w „Gazecie Wyborczej”, docierając do klimatu i apokaliptycznych wizji,  przekonuje nas, że pod koniec lat 70. Exxon dysponował badaniami pokazującymi, że spalanie paliw kopalnych będzie miało katastrofalne skutki dla planety i że ukryto te badania, żeby chronić zyski nafciarzy. No cóż, jeszcze pod koniec lat 70. nie było pewności, czy grozi nam katastrofa kolejnej epoki lodowcowej, czy jakieś ocieplenie. Muszę tu przypomnieć coś, o czym już pisałem:

Margaret Thatcher została premierem w 1979 roku, po tym jak rząd brytyjskiej Partii Pracy przegrał swoją bitwę ze związkami zawodowymi, a przede wszystkim z górnikami. Te zmagania związane były z katastrofą spowodowaną w 1973 roku przez decyzję państw zrzeszonych w OPEC o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej, co pociągnęło za sobą nagły dramatyczny wzrost cen tego surowca i załamanie się przemysłu samochodowego, okrętowego oraz paru innych. Równolegle dokonywał się „cud” gospodarczy Japonii i innych azjatyckich tygrysów, który charakteryzował się tym, że kraje azjatyckie nauczyły się produkować skomplikowane towary przemysłowe dobrej jakości, ale taniej, podważając dotychczasowy monopol na tego rodzaju produkcję najbardziej rozwiniętych krajów zachodnich. Robotnikom (a w szczególności reprezentującym ich związkowcom) trudno było zrozumieć, że to nie kapitaliści chowają pieniądze do kieszeni, a radykalnie zmieniła się rzeczywistość. Model finansowania wzrostu płac i świadczeń socjalnych z dochodów z eksportu przestał działać, ale związkowcy sądzili, że da się wymusić jego dalsze działanie przez strajki i protesty. Najgłośniej i najbardziej gwałtownie protestowali górnicy.

Szwedzki klimatolog, Bert Bolin wystąpił wcześniej z teorią, że grozi nam katastrofa ochłodzenia i że za zbliżającą się apokalipsę nowej epoki lodowcowej odpowiada człowiek, a dokładniej uwalniane przez przemysł CO2. Dane na temat temperatur się zmieniły i Bolin odrobinę zmodyfikował swoją teorię, zmieniając zimno na ciepło, a pani Thatcher usłyszała o niej i poprosiła brytyjskich naukowców, żeby się temu przyjrzeli i poparła swoją prośbę bodźcami finansowymi. Rząd, zamiast atakować górników, zaatakował węgiel, co z politycznego punktu widzenia okazało się strzałem w dziesiątkę.

Dziś wiemy z całą pewnością, że temperatury rosną i że spalanie paliw kopalnych mocno się do tego przyczynia. Pytanie, czy ekonomiści proponują nam właściwe lekarstwa (a jeśli tak, to którzy)? Ekonomia traktuje w dużej mierze o wydajności. Duński ekonomista Bjorn Lomborg ma obsesję na temat tego, jaką wydajność mają pieniądze wydawane z funduszy publicznych, czyli ile zyskamy, jeśli wydamy dolara na cel A, a ile zyskamy, wydając go na cel B. Nie zawsze mamy pewność, że te wyliczenia są poprawne, ale jest to interesujące ćwiczenie, które skłania do zadawania dalszych pytań.

Twierdzenie, że gazy cieplarniane przyczyniają się do ocieplenia, akceptowane jest właściwie powszechnie, twierdzenie, że grozi nam apokalipsa, mniej powszechnie, proponowane środki zaradcze są przedmiotem gwałtownych sporów. (Nawiasem mówiąc jest również teoria, że kolejna epoka lodowcowa jest nieunikniona, a obecny trend ocieplenia jest tylko chwilową przerwą, którą ludzka działalność wydłuża.) Wszyscy jednak się zgadzają, że od paliw kopalnych trzeba uciekać. Odpowiedź na pytanie o strategię tej ucieczki nie jest tak oczywista, jak się to niektórym ekonomistom wydaje. Przyjaciel zrobił zestawienie na temat  relacji między ilością uwalnianych gazów cieplarnianych a wydajnością.

Najciekawsza jest tu trzecia kolumna pokazująca wydajność. Francja z jej najbardziej rozwiniętym nuklearnym sektorem energetycznym bije wszystkich na głowę. Czy tzw. zielone źródła energii są lepszą alternatywą dla węgla niż elektrownie atomowe? Na obecnym etapie zdecydowanie nie, chociaż warto inwestować w  ich rozwój. Szybka rezygnacja z paliw kopalnych raczej nie jest realna, więc zostaje pytanie o techniki zmniejszania ich szkodliwości. Stany Zjednoczone w ciągu dekady obniżyły emisję o 20 procent, co jest głównie zasługą przestawiania elektrowni na gaz z łupków. Technologia sekwestracji dwutlenku węgla  szybko się rozwija i warto bardzo uważnie obserwować jak zmniejszać szkodliwość elektrowni nadal uzależnionych od węgla.

Najbardziej niebezpieczny jest romantyzm, rozmarzony ekonomista, któremu wydaje się, że jest architektem, mającym skromną rolę zbawiciela Planety Ziemia może okazać się bardzo niebezpieczny. Ekonomia powinna badać, co wspiera wydajność, jak niektórzy oszukują niewidzialną rękę rynku oraz jak ludzie podejmują swoje wybory na rynku. To jest wystarczająco fascynujące, pod warunkiem, że pozostajemy prawdziwymi renegatami, wolnymi od pokusy ideologicznej wierności okrytej płaszczykiem pseudomoralności.

avatar

Andrzej Koraszewski

Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny

Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”.

Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com