28.03.2020

Kiedy premier Wielkiej Brytanii przekazał publicznie porady ekspertów, żeby postawić na odporność stadną, zarabiający na życie informowaniem o swoim bezgranicznym oburzeniu krzyknęli, że prawicowy populista chce zabić milion swoich współobywateli.
Brytyjski premier szybko wycofał się z tej koncepcji, kiedy inni eksperci przekonali go, że system opieki zdrowotnej nie jest na taką strategię przygotowany, czyli że pomysł jest zasadny, ale przedwczesny.
Kiedy prawicowy prezydent Brazylii wystąpił z podobną propozycją, lewicowi dziennikarze zawyli z oburzenia, ale kiedy lewicowy rząd Szwecji zastosował taką strategię, zakazując zgromadzeń powyżej 500 osób, ale zachowując normalne funkcjonowanie szkół i przedsiębiorstw, zastanawiano się, czy nie jest to przypadkiem najwłaściwsze rozwiązanie.
Kiedy płonie dom, okładanie się sztachetami w sporze o to, kto jest lepszym strażakiem, być może nie jest najlepszym rozwiązaniem.
Prezydent Trump został przez medialnych specjalistów uznany za całokształt za człowieka niepoczytalnego, a na poparcie tego odkrycia przytacza się absolutnie wszystko, cokolwiek robi lub mówi. Podejrzenie, że nie wystawia to najlepszego świadectwa przekonującym nas o swojej nadzwyczajnej rzetelności i racjonalności mediom, może nie być pozbawione podstaw.
Na łamach „Washington Post” epidemiolog Michael T. Osterholm pisze, że prawdopodobnie zasadniej jest pozwolić ludziom z niższej strefy ryzyka na normalną pracę, żeby nie dopuścić do załamania się życia gospodarczego, równocześnie obejmując szczególną troską najbardziej narażonych, izolując ich w miarę możliwości od reszty społeczeństwa, a równocześnie dokładając wszelkich starań, żeby błyskawicznie wzmocnić służbę zdrowia. To wydaje się racjonalne, ale może być trudne.
Równocześnie powraca idea odporności stadnej. Rzecz ciekawa, ponieważ dane na temat liczby zachorowań w poszczególnych krajach mogą być mocno zaniżone. Jest prawdopodobne, że wielu przechodzi takie zarażenie bezobjawowo, lub z tak łagodnymi objawami, że to lekceważą. Tymczasem może to być szalenie ważne, ponieważ ludzie, którzy już są odporni, mogą pracować w miejscach szczególnego narażenia (obsługa w sklepach itp.). Wygląda na to, że niebawem będzie można masowo badać, kto naprawdę ma już zarazę za sobą (no i jak często zdarzają się nawroty).
Krótko mówiąc, mądrych nie ma, ale bez zbędnych emocji i unikając wykorzystywania zarazy jako maczugi do okładania nią przeciwników politycznych, możemy w obliczu katastrofy być nieco mądrzejsi.
Twierdzenie, że powszechne zamknięcie ludzi w domach może okazać się gorszym lekarstwem od samej choroby, jest zapewne prawdziwe. Konsekwencje ekonomiczne zaczynają być przerażające, a to może pociągnąć za sobą więcej śmierci, niż spowoduje sam COVID-19.
Kiedy powiedział to Trump, drwinom nie było końca. Bill Gates napisał: „Fajnie jest powiedzieć ludziom, żeby normalnie chodzili do restauracji, kupowali nowe domy i ignorowali sterty trupów w kątach”. Aczkolwiek Trump niczego takiego nie powiedział, ale komu odrobina mocnej przesady może przeszkadzać.
W Stanach Zjednoczonych centrum zarazy jest Nowy Jork i tam oczywiście twierdzenie prezydenta o konieczności powrotu do względnej normalności przyjęte zostało z największą wrogością. W centrach zarazy — najpierw w Chinach, potem we Włoszech, teraz w Hiszpanii — świat się wali i nie ma żadnych innych priorytetów. Jednak groza zamknięcia całej gospodarki na długie miesiące nie może zostać zlekceważona i być może trzeba będzie stosować inne strategie w miejscach szczególnego nasilenia zarazy i inne tam, gdzie jest nieco spokojniej.
Zaraza może spowodować najgłębszą recesję od stu lat. To twierdzenie powtarza dziś coraz więcej ekonomistów i coraz częściej mówią o tym politycy. I tu znów eksperci tańczą z modelami, próbując wyliczyć ryzyko, jakie niosą za sobą różne strategie walki z zarazą. Nic nie jest pewne, poza tym, że liczba chorych rośnie wykładniczo, ale również ekonomiczne konsekwencje zaczynają być astronomiczne, a przecież nie chodzi tu tylko o pieniądze. Lawinowo rośnie liczba bezrobotnych, bankrutują przedsiębiorstwa, banki i instytucje zajmujące się ubezpieczeniami już trzeszczą w szwach.
Gospodarka jest systemem naczyń połączonych, więc są powody do obaw. Tymczasem do wszystkich innych problemów dokłada się psychologia. Niepewność, poczucie zagrożenia, prowizoryczne rozwiązania wywołują poczucie gigantycznej frustracji, na którą z jednej strony nakłada się arogancja władzy, a z drugiej brutalne i niemądre wykorzystywanie totalnego kryzysu w walce politycznej. Widzimy to u nas, widzimy to w wielu innych miejscach na świecie. Fejk się fejkiem odciska, a przed głupotą nikt nie uczył bronić się za młodu.
Chwilowo w miarę moich skromnych możliwości schorowanego emeryta pomagam zaprzyjaźnionym nauczycielom przeklinać rząd i to nie za to, że próbował w sześć dni stworzyć system zdalnego nauczania, ale za to, iż twierdzi, że dobry jest, a że nie działa, to wina nauczycieli. Zapewne, gdyby ten rząd nie bredził, że wszystko, co robi, jest wspaniałe, ludzie łatwiej by zrozumieli i próbowali łatać to nieszczęście w miarę swoich możliwości. Arogancja doprowadza ludzi do szału i trudno się dziwić. Chciałbym wierzyć, że w tej sytuacji rząd, na który ja bym głosował, byłby przynajmniej nieco bardziej kompetentny i mniej arogancki, ale to może być chciejstwo, bo nie mam żadnych podstaw, żeby tak sądzić. A jednak wolałbym, żeby dziś strategię opozycji tworzyli raczej ludzie w rodzaju Jurka Owsiaka, niż zawodowi politycy, którzy nawet wtedy, kiedy wszystko wali się i pali, nie potrafią odejść od tępej retoryki opozycyjnej. Powie ktoś, że PiS do tego nie zachęca, ale może nie wszystko musimy robić pod dyktando PiS-u.
W Ameryce Trump chciałby, żeby po Wielkanocy gospodarka zaczęła wracać do względnej normalności. Odpowiedź „Donald jest głupi” nie wydaje się potwierdzać mądrości przekonanych o swojej mądrości, chociaż realność tego oczekiwania wydaje się mała, w szczególności, że tempo wzrostu zachorowań w USA zaczyna być zawrotne.
Władze są skazane na popełnianie błędów, ich krytycy za swoje błędy nie ponoszą żadnej odpowiedzialności. W tej sytuacji warto uznać, że wszyscy siedzimy w tej samej łodzi podwodnej i warto ograniczyć pewność, że doskonale wiemy, co robić. Nie wiemy i nie możemy wiedzieć, ponieważ to wszystko jest nieprzewidywalne. Powrót do względnej normalności jest jednak konieczny, bo pola trzeba obsiać, żywność dostarczyć, sklepy przynajmniej niektóre muszą działać i byłoby lepiej, żeby nie zaczęły szwankować dostawy elektryczności, gazu i wody. Długo jednak ten stan nadzwyczajny nie może trwać i niezależnie od wszystkiego, trzeba będzie to oblężenie poluzować. A wtedy pozostanie pytanie, jak zminimalizować liczbę ofiar śmiertelnych zarazy, co zapewne będzie przez dłuższy czas oznaczać izolowanie dziadków od wnuków i minimalizowanie kontaktów osób najbardziej narażonych na możliwość spotkania z COVID-19.

Andrzej Koraszewski
Publicysta i pisarz ekonomiczno-społeczny.
Ur. 26 marca 1940 w Szymbarku, były dziennikarz BBC, wiceszef polskiej sekcji BBC, i publicysta paryskiej „Kultury”. Więcej w Wikipedii.

Nareszcie ktoś to głośno napisał. Krytykować jest zawsze najłatwiej. Ale krytyka totalna może służyć, co najwyżej, poprawie samopoczucia krytykantów. Nie oznacza to absolutnie, że neguję sens wypowiedzi punktujących błędy, nazywających absurd tam gdzie bije on oo oczach czy obnażających nieudolność i arogancję władzy.
Niezwykle podoba mi się wyważony- obejmujący wiele punktów widzenia naraz – głos Autora.
Na łamach „Washington Post” epidemiolog Michael T. Osterholm pisze, że prawdopodobnie zasadniej jest pozwolić ludziom z niższej strefy ryzyka na normalną pracę, żeby nie dopuścić do załamania się życia gospodarczego, równocześnie obejmując szczególną troską najbardziej narażonych, izolując ich w miarę możliwości od reszty społeczeństwa, a równocześnie dokładając wszelkich starań, żeby błyskawicznie wzmocnić służbę zdrowia. … Wydaje się , że to rozwiązanie jest najlepsze , ale jak Pan zauważył trudno realizowalne… W przeciwnym razie grozi nam kryzys gospodarczy porównywalny z tym z lat 30… Z trudnymi do wyobrażenia dzisiaj , tego konsekwencjami…
W Ameryce na szczęście decyzje operacyjne podejmują rządy stanowe. Trump może opowiadać, że chciałby otwarcia fabryk i punktów usługowych w Wielkanoc. Ale to tylko gadanie dla poklasku swojego elektoratu. Fabryki z branż strategicznych (essential business to bardzo szeroka tutaj kategoria) działają pełną parą (wzrost zamówień bo wszyscy robią zapasy) i są zamykane dopiero wtedy, kiedy ludzie nie przyjdą do pracy. Każdy, kto może pracuje zdalnie z domu ale operatorzy muszą być fizycznie obecni przy maszynie. I rzeczywiście fabryki są stopniowo zamykane w stanach, gdzie jest teraz największa zachorowalność. Podobnie ze wznowieniem produkcji. Nie będzie minimalnej liczby operatorów – nie będzie produkcji. Każdy pracownik ma badaną temperaturę ciała zanim zostanie wpuszczony do zakładu pracy. Wiele osób po prostu dzwoni, że zostaje w domu na chorobowym. Szczyt zachorowań przypaść może (w zależności od stanu) na tydzień przedświąteczny do tygodnia po świętach więc ogłaszanie końca epidemii w Wielkanoc jest amerykańską wersją polskich wyborów 10 maja. A przecież po szczycie czeka nas ok. 2 miesięcy wygaszania epidemii z możliwością nawrotów po przedwczesnych poluzowaniach, co pokazuje najnowszy przykład z Chin.
Mam wrażenie, że w Ameryce, podobnie jak w Polsce, a może nawet w jeszcze więszym stopniu, partyjniactwo góruje nad rozsądkiem. Antytrumpizm stał się religią, co akuart w kontekście pandemii pokazuje, jak bardzo nienawiść rozumowi szkodzi. Spójrzmy na decyzje Trumpa i reakcje: 29 stycznia Trump powołuje specjalny zespół d/s koronawirusa, opozycja nie ma na takie rzeczy czasu, zajmuje się impeachmentem, 31 stycznia Trump deklaruje, że koronawirus jest sprawą priorytetową dla służby zdrowia, tego samego dnia wprowadza zakaz lotów do Chin i przylotów z Chin, opozycja oskarża go o rasizm i ksenofobię, 5 lutego House of Representatives Committee on Foreign Affairs ma pierwsze przesłuchanie w sprawie koronawirusa, demokraci szaleją z impeachmentem, w kolejnym tygodniu Trump rozszerza zakaz wjazdów z Iranu i Korei, opozycja oskarża go o histerię i rasizm, 29 lutego FDA dostaje polecenie (i środki) szybkiego przygotowania testów na koronawirusa – opozycja – to histeria i kampania wyborcza, 4 marca HHS informuje o zamiarze zakupienia 500 milionów masek N95 w ramach strategicznego zabezpieczenia, Trump podpisał memorandum w sprawie zaopatrzenia personelu medycznego w niezbędne środki ochronne. Kolejna decyzja o wstrzymaniu połączeń lotniczych z Europą wywołuje paroksyzmy śmiechu i oskarżenia o zidiocenie i histerię. Lekarze informują, że kombinacja Plaquenilu i Z-Pak jest skuteczna w leczeniu COVID-19, para idiotów doczytała się, że coś takiego jest w środku do czyszczenia akwariów, jedno z nich umiera – prasa pełna oskarżeń Trumpa. Pani gubernator stanu Michigan, Gretchen Whitmer, zakazuje lekarzom przepisywanie tych środków, a aptekarzom realizowanie recept.
Nie, żebym przepadał za Trumpem, ale zastanawiam się, czy ma Pan rację z tym hurtowym zaufaniem do stanowych polityków. (Oczywiście nie ufam własnym ocenom, wiem, że nie wszystko widzę, a obraz, który mam jest zawsze jakoś zniekształcony, ale to partyjniackie zacietrzewienie wydaje sie autentyczne.)
Nie, hurtowego zaufania nie mam ale gubernatorzy z reguły są bliżej ludzi i ich potrzeb. To taka sama różnica jak pomiędzy polskimi samorządami a rządem centralnym. Ale też nie wszyscy gubernatorzy stanęli na wysokości zadania. Obserwowałem codziennie prace i przygotowania w moim stanie do zamknięcia szkół. Moje uznanie i podziw dla rządu stanowego opieram jednak wyłącznie na widocznych efektach jego działania, podjętych decyzjach i sposobach ich wdrożenia. Nie zaglądałem do kuchni. Nie mam pojęcia jaki wpływ na decyzje miał gubernator i jego ludzie, a jaki republikańska większość w lokalnym senacie. A sytuacja polityczna w Kentucky jest niejednoznaczna ponieważ ostatnio wybrany gubernator jest demokratą, a jedyne demokratyczne centra w morzu republikańskiego Kentucky to dwa największe miasta – Lexington i Louisville. Widzę też, że podziały polityczne zeszły na dalszy plan w obliczu pandemii. Nawet gubernator Beshear w swoich komunikatach zaczął używać języka bliskiego większości mieszkańców stanu, z odwołaniami do boga i biblii.
Myślę, że widzi Pan bardzo ostro. W normalnym czasie (bez pandemii) zacietrzewienie polityczne jest obecne. Pamiętam moje własne rozczarowanie sprzed roku, kiedy okazało się, że nielicznymi zwolennikami Partii Demokratycznej kierują emocje, a nie racjonalność. Tak samo jak republikańską większość tylko w druga stronę. A myślałem, ja naiwny, że przynależność do maleńkiej mniejszości zobowiązuje do wyższej świadomości spraw. Jak dobrze Pan wie, poglądy i przekonania są w Ameryce skrywane pod grubą warstwą poprawności politycznej. Poza Zachodnim Wybrzeżem, Nową Anglią i największymi aglomeracjami ludzie nie dyskutują o polityce. To wyraźnie osłabia rozumienie spraw. Ja siłą rzeczy cały czas porównuję stan spraw z Polską i to amerykańskie niewyrobienie polityczne (na własne życzenie) jest bardzo widoczne. Ociera się wręcz o naiwność.
Tyle tytułem wstępu. Myślałem początkowo, żeby zacytować kalendarz wydarzeń w rodzaju odbicia lustrzanego tego przez Pana podanego. Ale z przeciwnej perspektywy. Powiedzmy, z perspektywy osób mniej życzliwych Trumpowi. A są jeszcze zestawienia reakcji Trumpa na kryzys tworzone przez środowiska wysoce krytyczne wobec Trumpa. Pomyślałem jednak, że to byłoby zbyt proste bo wystarczy sięgnąć choćby do CNN.
Trump to jest taki mixed bag. Mnie najbardziej pasuje do niego powiedzenie „bad guys do good things”. Ale tylko na tle szerokiego kontekstu historycznego i ekonomii. I w krótkim okresie czasu. Nie jest to prezydent przełomu ale jego prezydentura może stać się zapalnikiem do fundamentalnych zmian w USA. Pamiętajmy, że amerykańskie społeczeństwo nie ma za sobą rewolucji socjalnej jak społeczeństwa europejskie. Ma z czasem coraz więcej do nadrobienia. To społeczeństwo jest równie silnie spolaryzowane obecnie jak polskie. Trumpa tutaj albo się kocha, albo nienawidzi. Za tym idą media. Jeśli słyszę pozytywne opinie o Trumpie, to nie widząc źródła już wiem które to dokładnie media. Tutaj każdy fakt, który szkodzi wizerunkowi Trumpa jest przedstawiany jako wrogie działanie opozycji, nawet wtedy, kiedy opozycja nie miała ze sprawą nic wspólnego. A tutejszy ciemny lud to kupuje.
Każdy obserwator ma problem jeśli zdaje sobie sprawę z tego, że obiektywizm jest pojęciem abstrakcyjnym, że cokolwiek oglądamy patrzymy na to przez pryzmat naszych emocji. Mam wrażernie, że na Amerykę patrze mniej emocjonalnie niż na Polskę, ale też widzę mniej szczegółów. Trump z jego karykaturalnym ego, zachowaniami gbura i wyglądem pajaca nie budzi sympatii, ale ku mojemu zdumieniu inaczej się go czyta, niż ogląda. Dla odmiany renomowane media mają dość oczywistą obsesję, co zmienia krytykę w karykaturę. Kiedy czytam coś w prawicowych mediach jestem (prawdopodobnie) bardziej nieufny niż oglądając media liberalne. Nieufność nie oznacza jednak automatycznego odrzucenia i po sprawdzeniu często okazuje się, że coś, co wydawało mi się kompletnie absurdalne ma więcej niż ziarno prawdy. U Republikanów irytuje religianctwo (mimo wszystko nie aż tak nachalne jak PiSu) ignorowanie nauki. Z Demokratami problem inny, Wydają się kochać pseudonaukę, rozbudzenie, internacjonalizm. Kto z nich stąpa mocniej po ziemi? To zależy od człowieka, bo po obu stronach znajduje się ludzi naprawdę mądrych, ale (jak zawsze) jest ich mało i są w cieniu. Gorszy problem z pytaniem, kto lepiej reaguje na problemy, tu nie zawsze decyduje ogłada i wykształcenie. Jesteśmy ponownie w podobnym punkcie jak w 1973 roku. Wtedy lewica nie zdawała sobie sprawy z faktu, że możliwość dalszego finansowania państwa dobrobytu z zysków z eksportu towarów przemysłowch zaczyna się kończyć, bo inni nauczyli się produkowac rzeczy równie dobrze i taniej. Kryzys naftowy stał się katalizatorem przebudowy świata. Reagan i Thatcher rozumieli konieczność zmiany, lewica tkwiła w swoich dogmatach. Dziś pandemia wydbywa narosłe problemy, ale efektem będzie prawdopodobnie dalszy zwrot w prawo (a im mniej elastyczna będzie lewica, tym dalej wahadło może się wychylić na prawo. Kto dożyje zobaczy.
Dobrze powiedziane. A propos czytania Trumpa to jego własna działalność pisarska znana jest wyłącznie z Twittera. Oficjalne teksty są produkowane przez urzędników białego Domu, czyli profesjonalistów. Może stąd ten brak integralności wizji i tekstów?
Reakcje na kryzys pokazują znaczenie wspólnoty. Może to pozwoli zrozumieć apologetom drapieżnego kapitalizmu (ba taki wciąż tutaj funkcjonuje), że przetrwanie może zależeć od obcych ludzi. Ich bezinteresowności. Że przychodzi moment, kiedy pieniądze tracą swoją moc, a zyskuje człowiek? Może więc warto uznać, że inwestowanie w edukację i zdrowie obcych dzieci jednak nam wszystkim się opłaci? Z tego wynika mój odmienny pogląd na ruch wahadła – wydaje mi się, że lewica odrobiła swoją lekcję i teraz pora jest na ruch w lewo. Prawica wyczerpała chyba swoją żywotność. Ale nie zaryzykuję zakładu 🙂
Pandemia nie socjalizm, dzięki drapieżnemu kapitalizmowi papieru toaletowego nie zabraknie. Drapieżny kapitalizm ma ogromną przewagę nad łagodnym centralizmem, bo ludzie mogą myśleć osobno a nie zbiorowo, więc znów widzimy mnóstwo inicjatyw, żeby szybko dostarczyć to, czego potrzeba najbardziej (drapieżność i cwaniactwo widzimy w zawyżaniu cen i oszustwach, więc tu nadzór jest konieczny). Pragnienie zysku jest lepszym motorem produkcji od bezinteresowności, życzliwość ciekawszym środowiskiem niż nienawiść, życzliwość dążeniu do zysku nie szkodzi, często opowiadałem o historii kwakierskich fortun zbudowanych na uczciwości w handlu i bankowości. Pieniądze nie stracą mocy, w warunkach kryzysu ceny idą w górę, a hieny próbują dorobić się na ludzkim nieszczęściu. Lewica (zachodnia) odegrała swoją rolę próbując cywilizować kapitalizm, kapitalizm na tym zyskał, ale ideologia jest namiastką religii, więc dogmaty górują nad pragmatyzmem, co w dzisiejszych warunkach jest grzechem głównym.
(W historii ludzkiej życzliwości handel jest odpowiednikiem koła w technice.)
Dziękuję za ten komentarz. Pozwoli mi on na sprostowanie kilku niedopowiedzeń i nieporozumień. Pisałem już odpowiedź ale to zaczęło się wymykać przyzwoitości pod względem ilości tekstu więc postanowiłem, że przymierzę się do napisania felietonu na ten temat.
Na marginesie – papieru toaletowego nie można było kupić w USA przez dwa środkowe tygodnie marca. Ostatnio zaopatrzenie się stabilizuje chociaż mąka do pieczenia chleba wciąż jest nieosiągalna, a na eBay cena spekulacyjna jest już dziesięciokrotnie wyższa. Notabene, ceny w sklepach pozostały na poziomie sprzed epidemii.
Bardzo ciekawa analiza autorstwa Jacka z Trójmiasta…:https://m.trojmiasto.pl/wiadomosci/Czytelnik-Problem-grozniejszy-niz-koronawirus-n143669.html?fbclid=IwAR1BH0acDb1m1d7F6NzQrcA7U2oDWSHtSOhTlvFe2S5x4MoI_qoJSuPjDUk