Stanisław Obirek: Polska – mesjanizm sięgnął bruku

Problematyzacja pojęcia narodu

W nowożytnych dziejach Europy najbardziej obciążone jest pojęcie narodu. Wprawdzie akurat w Polsce przeżywa ono obecnie osobliwy renesans, ale to wcale nie unieważnia jego historycznych uwikłań, o których warto pamiętać.

Jako pierwszy zwrócił na nie uwagę bodajże Benedict Anderson w swojej klasycznej książce Wspólnoty wyobrażone. Rozważania o źródłach i rozpowszechnianiu się nacjonalizmu, w której przypomniał, że jest to pojęcie stosunkowo młode, a jego zawrotna kariera ma ścisły związek z ideologią nacjonalistyczną.

Faktem jest, że nie wszędzie przybrała ona tak zbrodniczy charakter, jak w hitlerowskich Niemczech czy frankistowskiej Hiszpanii i we Włoszech Mussoliniego, jednak gdziekolwiek się pojawiła, oznaczała mniej lub bardziej brutalną politykę wykluczania „innych”. Zresztą owi inni byli arbitralnie definiowani i przeważnie pojęcie to odnosiło się do politycznych adwersarzy. Owszem, Anderson przyznaje, że korzenie nowożytnych nacjonalizmów sięgają XVI-wiecznych wstrząsów religijnych w Europie, a zwłaszcza wystąpień Marcina Lutra i jego oszałamiającej wręcz kariery jako przywódcy religijnego.

Dodaje przy tym, że sukces reformacji był możliwy nie tylko dzięki odwołaniu się do lokalnych ambicji politycznych i wykorzystaniu języków narodowych, ale również dzięki upowszechnieniu druku i prawdziwej rewolucji kulturowej[8].

Przede wszystkim to zasada cuius regio eius religio sprawiła, że również religia została wprzęgnięta w umacnianie narodowych wspólnot polityczno-wyznaniowych. W podobnym duchu wypowiedział się Ernest Gellner, twierdząc, że „nacjonalizm jest przede wszystkim zasadą polityczną, która głosi, że jednostki polityczne powinny pokazywać, że są jednostkami narodowościowymi”[9].

Zresztą z celnych spostrzeżeń Gellnera na temat nacjonalizmu można sporządzić poręczną antologię użyteczną w demaskowaniu uroszczeń tej ideologii. Przypomnijmy jeszcze dwa: „Nacjonalizm stwarza narody, a nie na odwrót” i „ideologia nacjonalizmu jest chora na fałszywą świadomość”[10]. Niestety, nie są one zbyt dobrze pamiętane, stąd populistyczne hasła o nacjonalistycznym rodowodzie i dzisiaj padają na podatny grunt.

W Polsce nie myślimy o tym chętnie, rezerwując dla narodu wartości określające naszą polską tożsamość. Rozumiem, dlaczego tak się dzieje, ale mam poważne wątpliwości czy skupienie się na tworzeniu narodowej tożsamości prowadzi do pozytywnych rezultatów. Swoistym ostrzeżeniem w tym zakresie jest książka Marii Bobrownickiej Narkotyk mitu. Szkice o świadomości narodowej i kulturowej Słowian Zachodnich i Południowych. Bobrownicka pokazuje w niej, jak bardzo również w Europie Środkowej i Wschodniej nacjonalistyczne emocje zdominowały kultury poszczególnych krajów słowiańskich, w tym Polski[11].

Spuścizna romantyczna, a zwłaszcza literatura polskich wieszczów, nie tylko spełniała funkcję pocieszania, ale również tworzyła niebezpieczne iluzje wyjątkowości i mesjańskich misji w stosunku całego świata. Nawet jeśli w powszechnej świadomości Polaków zadomowił się mocno mit o powszechnym dążeniu do niepodległości narodowej, to warto go skonfrontować z trzeźwą uwagą Jacoba Talmona, który w książce The Myth of Nation and Vision of Revolution pisał: „Z własnych powodów polska wieś nie była zainteresowana odbudową polskiego państwa […]. Polscy chłopi zawdzięczali swoją emancypację carowi. W sumie jakakolwiek forma nacjonalizmu była im obca. Nawet szlachta, w zaborze rosyjskim, z obawy, że jej posiadłości zostaną zabrane przez cara, w Galicji z powodu naturalnej lojalności wobec Habsburgów, a także wiernopoddańcza hierarchia katolicka – wszyscy oni zrezygnowali z marzeń o niepodległości”[12].

Sceptycyzm, zwłaszcza wśród chłopów, był bardzo uzasadniony. II Rzeczpospolita to nie była ich Polska, czemu dawali wielokrotnie wyraz, a ich protesty krwawo tłumiono – celował w tym zwłaszcza rząd sanacyjny. Przypomniał o tym w swojej książce poświęconej właśnie wsi Marian Pilot, pisarz należący do tzw. nurtu wiejskiego współczesnej literatury polskiej: „Nastroje radykalizowały się w miarę, jak w starciach z policją padały kolejne ofiary. […] 15 sierpnia 1936 roku podczas pokojowych obchodów Święta Czynu Chłopskiego, przypominającego o roli chłopów w walce o niepodległość Polski, policja zamordowała 19 chłopów. Oddziały wojska i policji spacyfikowały w tym czasie 27 wsi na Zamojszczyźnie, w Żukowie w powiecie Hrubieszów zginęło pięciu chłopów”[13].

W nowej Rzeczypospolitej natomiast znakomicie odnaleźli się katolicki kler i nacjonalistyczni ideolodzy. I jedni, i drudzy skutecznie wypromowali wtedy hasło „Polak katolik” jako najpełniej wyrażające polską tożsamość. Nietrudno dociec, jak się w takiej Polsce czuły mniejszości narodowe, etniczne i religijne, które w okresie międzywojennym łącznie przekraczały 30 procent społeczeństwa.

Ideologiczny projekt Polski katolickiej i mit jej wyjątkowej roli historycznej trzeba konfrontować z rzetelnie uprawianymi studiami historycznymi, które nakazują ostrożność w bezkrytycznym podejściu do takich uproszczonych uogólnień. Jeśli do tego poczucie wyjątkowości, zwłaszcza połączone z przekonaniem o kulturotwórczej obecności na wschodzie Europy, skonfrontujemy z pracami francuskiego historyka Daniela Beauvois, to okaże się, że ta obecność nie była ani kulturotwórcza, ani chrześcijańska. Owszem, prowokowała krwawe konflikty.

Czyż nie ma Beauvois racji, gdy pisze: „Stosunki między Polakiem i Ukraińcem przypominały najczęściej stosunki między panem i niewolnikiem. W omawianym przez nas okresie pisarz J. I. Kraszewski był jednym z nielicznych – jeśli nie jedynym – który potrafił napiętnować sposób traktowania chłopów przez swoich rodaków i pokazać, że nadużycia, które spowodowały wybuch wojen kozackich w wieku XVII i rzezie w połowie XVIII, pogłębiły się jeszcze bardziej w XIX wieku”[14]? Mamy więc własną wersję nacjonalistycznych schorzeń, o których nazbyt chętnie zapominamy, ze szkodą zresztą dla rozumienia tego, kim jesteśmy.

Nie mogę odmówić sobie przywołania jeszcze jednej trzeźwej uwagi francuskiego historyka: „Odczarowanie pewnej pseudohistorii uważam za najpilniejszą potrzebę historyków Europy Środkowo-Wschodniej. Dlaczego schorowaną pamięć mielibyśmy przebierać w metafizykę? Walka z nacjonalistycznymi megalomaniami wymaga surowej trzeźwości i skromnego rozumu. Żadnych uniesień”[15].

Jednak trzeba przyznać, że tych uniesień nam nie brakuje.

I tu wrócić wypada do romantycznych, zwłaszcza związanych z twórczością Adama Mickiewicza uniesień. To właśnie Mickiewiczowi zawdzięczamy sugestywny obraz Polski Chrystusa narodów najpełniej wyrażony najpierw w „Widzeniu ks. Piotra”, w III cz. Dziadów, a później w Księgach narodu i pielgrzymstwa.

Warto przywołać w tym kontekście opinię Andrzeja Walickiego, jednego z najlepszych znawców polskiej tradycji mesjanistycznej, który wskazał na rozwój i ewolucję samego Mickiewicza, którego nie sposób wpisać w tak rozpowszechniony dzisiaj mit Polaka-katolika. Otóż zdaniem Walickiego całokształt twórczości Mickiewicza pozwala widzieć w nim człowieka wręcz nowoczesnego: „Za prawdziwie fascynujące uważam odmienność Mickiewicza od mentalności »Polaka-katolika«, zarówno w wersji tradycjonalistycznej, jak i unowocześnionej przez endecki nacjonalizm. Była to polskość prawdziwie inna — nieetnocentryczna, nieparafiańska, wielkoduszna wobec Rosji, aprobująca rewolucyjna tradycję Francji, niepokorna wobec ‘urzędowego Kościoła’, głęboko europejska w swych źródłach, ale daleka, jak najdalsza od płaskiego utylitaryzmu współczesnej, zmieszczaniałej Europy”[16].

Tak więc współczesna recepcja mesjanizmu Mickiewicza zwraca uwagę swoją jednostronnością i czerpaniem tylko z jednego nurtu dziedzictwa autora Dziadów. Słusznie więc Walicki przypomina, że to właśnie temu autorowi polski mesjanizm zawdzięcza kształt najbardziej artystycznie uwodzący: „Mesjanizm ściśle religijny, podporządkowujący cele narodowe sprawie odnowy religijnej w skali ogólnoludzkiej, wyłonił się w Polsce z romantycznego mesjanizmu narodowego, wyrażonego najpełniej w III cz. Dziadów i w Księgach narodu i pielgrzymstwa”[17]. Jednak chodzi tu tylko o okres kilku lat. Po klęsce powstania listopadowego w 1831 roku i po ostatecznym przekreśleniu nadziei politycznego odrodzenia narodziła się w Polsce, a dokładniej rzecz biorąc — na emigracji w Paryżu, osobliwa ideologia. Walicki, idąc za rosyjskim myślicielem Mikołajem Bierdiajewem, nazywa ją misjonaryzmem, odróżniając ją od znacznie lepiej zadomowionego w literaturze przedmiotu mesjanizmu. Otóż jego zdaniem: „’Misjonizm’ (od słowa »misja«) zakłada jedynie, że narody, a przynajmniej te spośród nich, które są aktywnymi podmiotami historii, realizują w dziejach określone misje, czyli własne zadania w ogólnoludzkim postępie”[18].

Warto przypomnieć, że ten mit szczególnej misji Polski był znany od dawna w polskim piśmiennictwie, natomiast mit Polski jako Chrystusa narodów pojawia się dopiero po utracie politycznej niepodległości pod koniec XVIII wieku, a w szczególności w piśmiennictwie romantycznym. Tak o tym pisze wspomniany już wcześniej autora Megalomanii narodowej: „O ile idea narodu wybranego, mającego swą misję Boską na ziemi, jest bardzo dawna i spotykamy ją już u starych pisarzy, o tyle sam mesjanizm, tj. idea ofiary narodu-Chrystusa za dobro wszech narodów, związana jest dopiero z upadkiem Polski. […] Dopiero Brodziński, a za nim wielcy poeci romantyczni, przeprowadzają porównanie pomiędzy ofiarą Polski a śmiercią Chrystusa na Golgocie, i tu też dopiero po raz pierwszy zjawia się twierdzenie, że Polska jest Chrystusem narodów”[19].

W polskiej historiozofii przyjęło się myśleć, że zarówno mit antemuralen christianitatis, jak i mit Polski jako Chrystusa narodów jest mitem par excellence polskim. Jednak wiele wskazuje na to, że ma on swoje korzenie w myśli rosyjskiej.[20]

To romantyczne myślenie pojawiło się w Polsce również po 1989 roku w wypowiedziach wielu hierarchów katolickich, a zwłaszcza polskiego papieża Jana Pawła II, o czym będzie mowa w następnej i ostatniej części tych rozważań.

W ostatnim czasie w Polsce wzbudza wielkie emocje twórczość i publiczne wypowiedzi popularnej pisarki Olgi Tokarczuk, laureatki Nagrody Nobla za 2018 rok. Jednym z powodów tych kontrowersji jest jej zdecydowane opowiedzenie się za pluralizmem kulturowym i religijnym, o którym większość jej powieści traktuje.

Szczególnie Księgi Jakubowe z 2014 roku to powieść przywracająca świadomości współczesnej Polaków dziedzictwo żydowskie z XVIII wieku. Być może to właśnie gwałtowna opozycja wobec jej twórczości sprowokowała ją do paradoksalnych sformułowań na temat narodu. Trzeba się zgodzić z Olgą Tokarczuk, która na pytanie dziennikarki, jakiego słowa nie używa, odpowiedziała, że takim słowem jest „naród”:

Gdy mówisz »naród«, to za słowem tym kryje się idea czy nawet ideologia, która jest dzisiaj praktycznie niemożliwa do spełniania, w każdym razie nie w jej pierwotnym, XIX-wiecznym sensie. Trzeba by ją zweryfikować, na nowo zdefiniować. Co to jest naród? Ludzie, którzy mają polskie obywatelstwo? Nie, to są obywatele Polski. Ludzie, którzy mówią po polsku? Nie to wspólnota językowa i kulturowa. Ludzie, którzy mają tak zwaną polską krew – czyli tata i mama też mieli »polską krew«? Jak to zbadać? Kwestia więzów krwi jest śliska i wyjątkowo pogmatwana. Kobiety mają na ten temat w całej historii zasadniczo więcej do powiedzenia, ponieważ to one zachodzą w ciążę i rodzą dzieci. Wiedzą, jak to jest. Mówić dzisiaj o »etnicznych Polakach«, jak to niedawno usłyszałam, to manifestować swoją głupotę. Pojęcie narodu jest pojęciem wykluczającym i jako takie uważam [je] za etycznie wątpliwe[21].

Dzisiejsze badania historyków, antropologów, politologów i socjologów w pełni potwierdzają te intuicje pisarki. Wszyscy są zgodni, że to właśnie nadmierne skoncentrowanie na narodowych różnicach doprowadziło do największych w dziejach nowożytnej Europy konfliktów, by wspomnieć tylko dwa najważniejsze i najkrwawsze: I i II wojnę światową.

Krytyczne uwagi pod adresem historycznie ukształtowanego pojęcia narodu nie mają na celu jego odrzucenia czy dyskredytacji kryjącego się za nim desygnatu.

Wręcz przeciwnie, chodzi o jego oczyszczenie i przywrócenie mu funkcji łączenia, dawania poczucia przynależności i bezpieczeństwa.

Innymi słowy, należy zrobić wszystko, by wydobyć jego pozytywny potencjał, a to oznacza również siłę przyciągania i wchłaniania innych ludzi. Ten mechanizm przywracania realizmu w ocenie poszczególnych grup wchodzących w skład społeczeństwa znakomicie uchwycił David A. Hollinger. Jego zdaniem każdy indywidualnie powinien mieć prawo określania, do jakiej wspólnoty należy i jak długo tę przynależność chce utrzymać.

W książce poświęconej postetnicznej Ameryce Hollinger pisał: „Do głównego nurtu [rozważań nad przemianami etnicznymi w USA – przyp. S.O.] włączyła książkę Postethnic America przede wszystkim kluczową zasadą normatywną […] zakładająca »afiliację przez możliwą do odwołania zgodę na przynależność«. Polega ona na zachęcaniu jednostek do indywidualnego określania ilości energii, jaką chcą zainwestować w swoją wspólnotę”[22].

Mówiąc wprost, chodzi o rezygnację z ideologicznych projektów nacjonalistycznych powstałych w Europie w XIX wieku. Czy jest to postulat realistyczny i możliwy do pogodzenia z mesjańskim mitem uniwersalnym, jaki zdominował myślenie dużej części Polaków — trudno dociec. Rzecz wydaje się tym bardziej problematyczna, jeśli skonfrontujemy go z mitem „naszego papieża”.

Print Friendly, PDF & Email

11 komentarzy

  1. Yac Min 2020-04-07
  2. Obirek 2020-04-07
    • asc 2020-04-08
  3. tyfaszy100 2020-04-07
  4. poltiser 2020-04-07
  5. tyfaszy100 2020-04-07
  6. Jerzy Łukaszewski 2020-04-08
    • Obirek 2020-04-08
      • tyfaszy100 2020-04-11
  7. wejszyc 2020-04-09
  8. Musz 2020-04-10
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com