14.04.2020

Wracam myślami do krótkiego eseju Olgi Tokarczuk opublikowanego najpierw w „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, a który w dniu następnym, gdy niezbyt rozgarnięci czytelnicy zaczęli noblistce przypisywać swoje własne poglądy, zdecydowała się opublikować oryginalnej wersji na swoim fejsbuku. Tekst ukazał się też w opiniotwórczym „The New Yorker”. Kilka mediów zdecydowało się na przedruki, w tym nasze Studio Opinii. I dobrze. Każdy może przeczytać i wyrobić sobie własne zdanie.
Ja sobie takowe wyrobiłem. Moje zdanie, które zamieściłem zresztą w komentarzu (przywołuję ten i inne komentarze, bo przecież nie wszyscy je czytają) pod tekstem Tokarczuk jest takie: „To piękny i mądry tekst, cieszę się, że się u nas pojawił. W pełni się w nim odnajduję”. A na kwaśne uwagi jednego z malkontentów dodałem: „Pozwolę sobie pozostać przy własnym zdania i powtarzam pełną zgodę na diagnozę sytuacji w czasie zarazy. Rozumiem odmienne perspektywy, jednak cieszą mnie zwłaszcza sposoby ich uzasadnienia. Powyższy jest nieprzekonujący i stanowi zapis niezbyt przemyślanego wzburzenia wewnętrznego, które być może zaowocuje głębszą refleksją, oto choćby jak ta tak namiętnie postponowana Olgi Tokarczuk”.
Ten komentarz mojego oponenta nie zadowolił, zresztą może wcale nie chciał zmienić zdania, jego prawo. Moje zresztą też. Więc na jego wzmiankę, że nie byle kto jest sceptyczny, bo sam Eugeniusz Smolar odpowiedziałem: „Pozwalam sobie pozostać przy własnym zdaniu [już po raz drugi w tej wymianie komentarzy], a E. Smolara szanuję i chętnie przeczytam jego opinię na temat tego, co się dzieje za jego oknem. Mieszkamy zresztą całkiem bliskie siebie”.
To tyle komentarza do komentarzy.
A tak naprawdę chciałby się odnieść do ostatniego akapitu eseju Olgi Tokarczuk, który wydaje mi się nie tylko słuszny, ale głęboko prawdziwy, gdyż dotyka głębokich pokładów naszej egzystencji. Pisze Tokarczuk:
Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas. Nadchodzą nowe czasy.
I o tym, jak sobie te nowe czasy wyobrażam, chciałbym kilka słów napisać. Ale na początek może kilka uwag natury historycznej na temat tych ostatnich dwustu lat.
Lata 1820-2020 to wejście w pełną dojrzałość cywilizacji europejskiej. Mamy za sobą (może nie wszyscy, bo na pewno nie jej katolicka część) reformację i oświecenie, a więc wzięliśmy swoje przeznaczenie we własne ręce. Przyswoiliśmy sobie krytykę religii dokonanej przez Feuerbacha i Marksa, romantycznie wadziliśmy się z własnymi mitami. Wreszcie dzięki mistrzom podejrzeń końca XIX i pierwszej połowy XX wieku (Nietzsche i Freud) staliśmy się świadomi nadużyć tejże religii i kultury. Dzieła dekompozycji dokonali postmoderniści, których jest legion. A to wszystko ostatecznie zostało przytłoczone doświadczeniem obu straszliwych wojen światowych z Holocaustem europejskich Żydów na czele. To wszystko jest za nami. A teraz koronawirus pozwala jak w soczewce jeszcze raz spojrzeć na dokonania i kompromitacje naszego kręgu kulturowego. W tym wszystkim niebagatelną rolę odegrała religia i wcale nie będąc li tylko ofiarą. Owszem w wielu przypadkach odegrała rolę inspirującą, o czym nie pora teraz się rozpisywać.
Niemniej jednak chcę to wszystko zobaczyć w kontekście religii, bo tak już mam no i trochę się na religii znam. Stąd pewnie ta przywara, że niezależnie, o czym mówię i piszę, ostatecznie będzie to zawsze kościół albo religia. No więc niech i tak będzie tym razem.
No więc będzie o religii przede wszystkim, bo o Bogu to jakoś trudno mi sobie wyobrazić by taki czy inny wirus miał na niego wpływ, natomiast na nasze ludzkie o nim wyobrażenia to i owszem. Otóż moim zdaniem przymusowy areszt domowy, na jaki została skazana większa część ludzkości, dotyka czegoś, o czym nie myśleliśmy dotąd, a w każdym razie nie były to myśli codzienne.
Jest to sytuacja, kiedy religia została zredukowana do domowych ścian i to niezależnie od wszystkich transmisji telewizyjnych czy internetowych. Każdy pozostał sam ze sobą — i chcąc nie chcąc zdał sobie sprawę, że tak naprawdę w relacji do Boga żaden kościelny urzędnik nie jest mu potrzebny. To doświadczenie wzmocniło się w tzw. Wielkim Tygodniu, a więc już od 6 kwietnia, a szczególnie w czasie Triduum Paschalnego, czyli od Wielkiego Piątku do Wielkiej Niedzieli (10-12. 04) plus Poniedziałek Wielkanocny. To długi czas, mocno osadzony w naszej kulturze, bo przecież nie tylko w religii. Nawet ludzie niewierzący są zmuszeni w tym wszystkim uczestniczyć od dzieciństwa, bo taki mamy kraj.
I tu właśnie przychodzi to „nowe”. Po raz pierwszy w życiu wielu z nas przeżyło te święta po swojemu, prywatnie, z dala od kościelnego zgiełku i natrętnych komentarzy kaznodziejów i nadwornych dziennikarzy. Politycy nie się mogli wykazać swoją pobożnością. Pozostaliśmy ze sobą, z Bogiem lub bez Boga, zależnie od światopoglądu. I to nas odmieniło. Jak? Nie wiem i pewnie nikt nie wie.
Ale można się pokusić o pewną wizję utopijną. Każdy człowiek przez sam fakt bycia w świecie może ten świat zmieniać na lepszy. Właściwie już to robi, ale nie do końca zdaje sobie z tego sprawę. W ten sposób ten świat się staje bardziej boski a tym samym bardziej ludzki i właśnie tego uczył Jezus i jego pierwsi uczniowie. Dzisiaj każdy z nas, jeśli tylko zechce, może stać się spadkobiercą tamtego religijnego entuzjazmu, który znamy z przekazów Nowego Testamentu i zapisów z pierwszych wieków chrześcijańskiej ery. A co najważniejsze, powtórzę to jeszcze raz, może to zrobić bez pośrednictwa kościelnych urzędników.
Wtedy też nie ma znaczenia czy jest się Żydem, czy Grekiem, czy Polakiem, nie jest ważne czy jest się mężczyzną, czy kobietą, hetero- czy homoseksualistą, bo w Jezusie Chrystusie wszyscy jesteśmy równi. A jak to zrobić w praktyce? Tego nie wiem; ani nawet nie będę próbował nikogo przekonać, że wiem. W takim naśladowaniu Jezusa nie ma ani sługi, ani Pana, bo każdy staje się panem swego losu. Wystarczy zacząć żyć, tak by być pożytecznym dla innych, by to, co robimy, miało dla nas i dla innych głęboki sens. A nade wszystko by stało się źródłem radości dla nas samych i dla naszych najbliższych. Wtedy z całą pewnością tą radością zarazimy innych i razem staniemy się zaczynem zmiany, naprawdę dobrej zmiany. A nowy świat już teraz czeka za naszymi drzwiami, byśmy go wpuścili do naszego życiu. Tu i teraz.
I jeszcze jedna refleksja związana z rozmową z dziennikarzem radia TOK FM w Poniedziałek Wielkanocny. Otóż Roch Kowalski, który prowadził poranną audycję świąteczną, zadał mi (telefonicznie oczywiście) kilka pytań na temat związków chrześcijańskiego święta Wielkanocy z żydowskim świętem Paschy, dodał też kilka pytań na temat znaczenia Starego Testamentu dla chrześcijan. Temat wydaje mi się wyjątkowo istotny również w kontekście powyższych pytań na temat znaczenia pandemii w transformacji religijności czy zmiany jej miejsca w życiu prywatnym i publicznym.
Tak więc, zapożyczając tytuł znakomitej książki Pauli Fredriksen, trzeba powiedzieć, że pierwsze pokolenie chrześcijan to byli Żydzi. I to z Jezusem, jego uczniami, autorami Ewangelii i Pawłem z Tarsu włącznie. Nie można zrozumieć ani Wielkanocy, ani tym bardziej tekstów nowotestamentowych bez znajomości judaizmu i praktyk religijnych ówczesnych Żydów. Wielkanoc to nic innego jak żydowska Pascha, której znaczenie zostało zmienione. Podobnie stało się zresztą z judaizmem po zburzeniu świątyni jerozolimskiej w roku 70. Tak więc zarówno Żydzi, którzy uznali w Jezusie obiecanego mesjasza, jak i ci, dla których jego nauczanie i śmierć nie miała żadnego znaczenia, spotykali się w synagogach i domach prywatnych i rozważali znaczenie Biblii Hebrajskiej (nie było przeciwstawienia Starego Nowemu Testamentowi).
Dopiero później ich drogi się rozeszły, a chrześcijaństwo stając się religią państwową, używało wszelkich środków politycznych i religijnych, by swoich żydowskich pobratymców pozbawić wszelkich praw, a wyznawców innych religii po prostu wyeliminować. Jak to wyglądało w praktyce, można się dowiedzieć od historyków tamtego okresu. To właśnie dlatego wsłuchując się w glosy ludzi, dla których Ewangelia i chrześcijaństwo są źródłem siły i wiary w odrodzenia świata szczerze im zazdroszczę. Dla mnie te pierwsze już w momencie powstania były skażone nienawistną ideologią wobec tych Żydów (bo przecież one zostały napisane też przez Żydów), którzy nie uwierzyli w mesjańską boskość Jezusa. Co do chrześcijaństwa to dla mnie jest to, historycznie rzecz biorąc, najbardziej ekskluzywistyczna z trzech religii monoteistycznych. Zwłaszcza katolicyzm, ze swoim uroszczeniem do bycia jedynym prawdziwym spadkobiercą Jezusa i Ewangelii, przy jednoczesnej nieufności do rozumu i jego zdolności dostrzeżenia ziaren dobra poza własną religią, jest wyjątkowo kłopotliwy.
Dlatego podtrzymując hipotezę powstania nowych form religii, mam nadzieję, że samo chrześcijaństwo w jej historycznym kształcie, jaki znamy od czasu przejęcia do przez cesarza Konstantyna Wielkiego, a zwłaszcza przez jednego z jego następców Teodozjusza (378-395), który wyjątkowo zasłużył się niszczeniem innych religii, przejdzie nieodwołalnie do lamusa historii.


Wielce szanowny Panie profesorze… !!! Przyszło nam żyć w ekstremalnych czasach… Niestety nie można wykluczyć pesymistycznego scenariusza …Tzn tego z Opowieści podręcznej ….Gorąco polecam wszystkim książkę Klementyny Suchanow pt. To jest wojna. Kobiety, fundamentaliści i nowe średniowiecze .Która tłumaczy aktualną sytuację ….Nie mogę zrozumieć jak mogliśmy do tego dopuścić , jak i do tego by , ktoś taki jak Kaczyński dostał absolutna władzę w PL…
„Jest to sytuacja, kiedy religia została zredukowana do domowych ścian i to niezależnie od wszystkich transmisji telewizyjnych czy internetowych. Każdy pozostał sam ze sobą — i chcąc nie chcąc zdał sobie sprawę, że tak naprawdę w relacji do Boga żaden kościelny urzędnik nie jest mu potrzebny”.
Rozmawiał pan z praktykującymi katolikami do tej pory regularnie korzystającymi z sakramentów? Ja tak (np prawosławnych pominę bo nie jest ich dużo, a ja osobiście znam tylko czysto kulturowo związanych z Cerkwią) i jest w nich ogromna tęsknota za fizycznym uczestnictwem we mszy, a nie tylko przed tv, za przyjęciem eucharystii nie tylko „na sposób duchowy” itd, jak były lżejsze obostrzenia do 50 osób, nie 5, to byli bardzo aktywni. Nie są to żadni mityczni fundamentaliści, krzykliwa ekstrema, ale po prostu katolicki mainstream do tej pory aktywny w życiu swojej wspólnoty, ciężko byłoby mieć do nich pretensje, że zgodnie z zasadami swojego wyznania wierzą w realność (a nie symboliczność) np transsubstancjacji czy warunków odpuszczenia grzechów, do czego zresztą przez swój Kościół są zobowiązani.
Zgadzam się z tyfaszysto.
Koniec obostrzeń jest mocno przez ludzi wyczekiwany. Pewnie zmieni się w jakimś stopniu życie społeczno- gospodarcze. Np. trudno będzie zapedzic ludzi do biur, gdy praca zdalna okazuje się rownie efektywna, a i pracodawcy mogą kombinować, że potrzeba mniejszej powierzchni biurowej dzieki temu, wiec mozna zredukować koszty. Parę innych zachowań społecznych może się zmienić.
Tym bardziej ludzie mogą szukać bezpiecznego azylu, miejsca, gdzie zmieniło się niewiele, albo nic.
Takim miejscem będzie kościół z tymi samymi ścianami, ławkami, ołtarzem i rytuałami. Powrót w utarte zachowania bedzie wrecz wyczekiwany, odbierany jako odzyskanie przedwirusowej normalności.
Naprawdę szybko ludzie wracają do starych nawyków. Musiałaby kwarantanna potrwać znacznie dłużej, aby stare kolejiny zaczęły uwierać.
Ja spodziewam się wręcz odbicia w drugą stronę. Tyfaszysto pisał o tęsknocie katolików za komunią ale i o przykazaniu koscielnym zobowiązujacym do tego. Ja myślę, że to bardziej ten obowiązek, związane z nim poczucie niepokoju – jakże to w Święta nie iść do komunii! – popchnie rzesze do jak najszybszego nadrobienia zaleglosci. A ci, co do sakramentów pokuty i eucharystii przystepowali raz, może dwa w roku zapewne w jakiejś części powezmą postanowienie, by jednak nie odkładać tego tylko na święta, widząc, że jednak dostęp do tych sakramentów moze być utrudniony. Pohukiwania ksiedza, coby nie odkładać ich na ostatnią chwilę nabrały wszak nagle sensu.
Tyfaszysto opisywał tych raczej głębiej wierzących. Ale według mnie także masa tych praktykujących a średnio wierzących wróci do kościołów i postanowi poprawę i wieksze zaangażowanie. Inna rzecz, że na postanowieniach się zapewne skończy, bo ludzie wracają w utarte szlaki, wracają do starych nawyków.
Moim zdaniem sytuacja naprawdę wymknęła sie spod kontroli wszystkim. Jednak cenę największą zapłacą religie instytucjonalne. Moim zdaniem to dobrze bo ludzie zaczną myśleć i powrót do kościołów będzie już świadomą decyzją, podobnie jak i zostanie już na zawsze w domu. Znacznie poważniejszym wstrząsem jest jednak uświadomienie sobie, że religia niczego nie załatwia, że najgorętsze modły Franciszka pozostają bez echa. Liczy się tylko nauka i uratuje nas szczepionka. To jest ten wstrząs, nie tylko poznawczy, ale i religijny, z którego nie będzie sie łatwo podnieść. I to jest to nowe o czym pisze Tokarczuk. Pozostanie też doświadczenie bliskości, ale też oburzenie na głupotę polityków i księży. To wszystko oczyści również formy religijnośći. Tak mi się przynajmniej wydaje. Bo jak powiadam tylko nieroztropni bawią się w przewidywania jak będzie po.
Ci którzy naiwnie wierzyli, że Bóg na wskutek mnożonych przez nich praktyk religijnych wybawi ich od kataklizmów, zaraz i ogółem cierpienia w życiu doczesnym zapomnieli, że Ten, przynajmniej na kartach Biblii, świętej księgi chrześcijan, im tego wcale nie obiecał!
Newiele się zmieni na lepsze, trochę, lecz pewnie zbyt mało i ze zbyt wielkiego wtedy urodzi się bólu. Być może rzeczywiście, ktoś, może cokolwiek więcej zrozumie, obyśmy zobaczyli.
Dlaczego jednak Olga Tokarczuk pisze o rozpadającym się paradygmacie tego zrozumieć nie potrafię. Kiedy nie było wirusa, od kilku lat w czasie Świąt jeździłem w Tatry, kroiłem na parapecie chleb, słuchałem skrzypiącego pod butami śniegu i nie zapomniałem patrzeć nocą w niebo, tak zwyczajnie jak miliony z nas, tych którzy teraz boją się o swoich bliskich, tych im zrozumiałych, tych im niezrozumiałych, i pewnie tych jeszcze innych.
Tu nikt nigdy nie był panem stworzenia.. a poza tym czego? iPhone’a? sekwencji genomu? może biedy w Afryce, mebli ze słoniowej kości, wyrzutni Patriot i kilku rzeczy przydatnych. Przepraszam lecz może jedynie patosu. Tu się nic nie rozwiewa. Nowe religie ? Obawiałbym się nowych mesjaszy.
Śnieg w górach zaskrzypi tak samo, życzmy sobie by pod naszymi butami.
Obawiam się, że po pandemii koronawirusa będzie tak samo, jak po pandemii hiszpanki i po Holocauście. Bo chociaż to ostatnie doświadczenie mocno przeorało świadomość religijną wielu Żydów (o chrześcijanach może lepiej w tym kontekscie nie wspominać), to żydowski fundamentalizm ma się nadal świetnie, a chrześcijański – może poza zachodnią Europą – jeszcze świetniej.
Potrzeba bycia ludem wybranym (nawet do ciepienia) umiejętnie podtrzymywana przez kler oraz wszelkiej maści demagogów, jest zbyt przemożna i politycznie przydatna (nie tylko w Izraelu), by z niej szybko
zrezygnowano. Dlatego też “prawdziwi Polacy” tak szybko nie zrezygnują z – powierzonej im przez św. Jana Pawla II – misji chrystianizowania Europy.
Cieszmy się, że procesami nie grozi nam już Święta Inkwizycja i nie obowiązuje przysięga antymodernistyczna, jednak na głębsze zmiany w mentalności “prawdziwie wierzących” tradycjonalistów raczej bym nie liczyła.
Zastanawiam sie też, czy (bliska mi) postsekularna duchowość nie potrzebuje ich obecności w przestrzeni wiary, oczywiście przy wykluczeniu sojuszu ołtarza z tronem.
Potrzeba bycia “ludem wybranym” (nawet do ciepienia) umiejętnie podtrzymywana
przez kler i wszelkiej maści demagogów, jest zbyt przemożna i politycznie przydatna
(nie tylko w Izraelu), by z niej szybko zrezygnowano. Dlatego też “prawdziwi Polacy”
tak szybko nie zrezygnują z – powierzonej
im przez św. Jana Pawla II – misji chrystianizowania Europy.
Cieszmy się, że nie grozi nam już Święta
Inkwizycja i nie obowiązuje przysięga antymodernistyczna, ale na głębsze zmiany
w mentalności “prawdziwie wierzących” tradycjonalistów raczej bym nie liczyła. Zastanawiam sie też, czy (bliska mi) postsekularna
duchowość nie potrzebuje ich obecności w przestrzeni wiary, oczywiście przy
wykluczeniu sojuszu ołtarza z tronem.
Obawiam się, że po pandemii koronawirusa będzie tak samo, jak po pandemii hiszpanki i po Holocauście. Bo chociaż to ostatnie doświadczenie mocno przeorało świadomość religijną wielu Żydów (o chrześcijanach może lepiej w tym kontekscie nie wspominać), to żydowski fundamentalizm ma się nadal świetnie, a chrześcijański – może poza zachodnią Europą – jeszcze świetniej.
Potrzeba bycia ludem wybranym (nawet do ciepienia) umiejętnie podtrzymywana przez kler oraz wszelkiej maści demagogów, jest zbyt przemożna i politycznie przydatna (nie tylko w Izraelu), by z niej szybko
zrezygnowano. Dlatego też “prawdziwi Polacy” tak szybko nie zrezygnują z – powierzonej im przez św. Jana Pawla II – misji chrystianizowania Europy.
Cieszmy się, że procesami nie grozi nam już Święta Inkwizycja i nie obowiązuje nas przysięga antymodernistyczna, jednak na głębsze zmiany w mentalności “prawdziwie wierzących” tradycjonalistów raczej bym nie liczyła.
Zastanawiam sie też, czy (bliska mi) postsekularna duchowość nie potrzebuje ich obecności w przestrzeni wiary – jako punktu WYJŚCIA (oczywiście przy wykluczeniu sojuszu ołtarza z tronem).
Odnosząc się do „lamusa historii”, pozwolę sobie być bardziej od p. Profesora optymityczna i pesymistyczna zarazem. Chrześcijaństwo w jego historycznym kształcie już do tego lamusa dawno przeszlo – przywolal p. Profesor Reformację i Oświecenie, krytykę religii przez Nietzsche’go, Feuerbacha, Marksa i Freuda (o impakcie teorii Darwina już nawet nie wspominając).
Problem w tym, że znaczna (a w Polsce nawet większa) część wierzących świetnie się w tym lamusie/skansenie odnajduje i wcale nie ma ochoty go opuszczać. W amerykańskich kościolach fundamentalistycznych wciąż rozbrzmiewa tradycjonalistyczne: „Give me that old-time religion – it’s good enough for me”. A w polskich – „My chcemy Boga w książce, w szkole…” (dalej może lepiej nie cytować).
Wymuszona przez pandemię religijna samoobsluga pewnie niektórych z tego lamusa wyprowadzi, ale taki „liturgiczny post” tylko zaostrzy apetyt na chwilowo odstawione „duchowe pokarmy” u religijnie uzależnionych,
A jest ich legion.
Jedną z wciąż żywych koncepcji jest koncepcja okopów Trójcy Świętej, w historycznym chrześcijaństwie będąca przed długi czas wręcz koncepcją dominującą, Twierdza więc MUSI być oblężona, inny scenariusz byłby wręcz niepokojący, z „tym światem” należy być w stanie wojny (podbudowę mają w niektórych wersetach Ewangelii). Humanizm stawiając człowieka z centrum spycha z piedestału Boga, dając pierwszeństwo (pewnemu empirycznie) życiu doczesnemu nad (potencjalnym, przyjmowanym na wiarę) życiem wiecznym zmazuje priorytet dążenia do zbawienia. Tradycjonaliści jawią mi się jako konsekwentni i zgodnie z zasadami logiki i chęci zachowania historycznej ciągłości starają się tacy być, a że dla innych może się to wydawać problematyczne, nieprzyjemne, konfrontacyjne – inna sprawa. Większym znakiem zapytania wydają mi się środowiska „katolików otwartych” reprezentowane w Polsce przez kilka inicjatyw (często ciekawych, na wysokim poziomie intelektualnym, mających też dużo do powiedzenia w tematach poza religijnych), chcieliby zjeść ciastko i mieć ciastko.
Nie wiem, jakie “ciastko” mają Państwo (z awatara) na myśli, odniosę się więc tylko do zarzutu (sic!) stawianego humanizmowi. Otóż dla tzw. katolików otwartych czy – szerzej – postsekularnych chrześcijan to właśnie humanizm jest konstytutywną i największą wartością chrześcijaństwa – stawiającego w centrum Boga-Czlowieka. Logika “zachowania historycznej ciągłości” w nauczaniu Jezusa z Nazaretu bynajmniej nie dominowała, kiedy wyglaszał na wskroś humanistyczne słowa: “To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu” (Mk 2:27).
Miałem na myśli, że swoje inicjatywy przedstawiają z przymiotnikiem katolicki, działają gdzieś na obrzeżach kościoła instytucjonalnego, a już na poziomie deklaratywnym jawnie zaprzeczają czy to kanonowi encyklik, Katechizmowi, orzeczeniom soborów, Urzędowi Nauczycielskiemu Kościoła (czyli w skrócie dokumentom, które każdy, nawet głęboko wierzący chrześcijanin niekatolik, może mieć głęboko… ale właśnie z wyjątkiem katolików, do których się one odnoszą). Chcą reformować instytucje, z którą może i się mocno utożsamiają i uważają to za słuszne, w duchu progresiwizmu, modernizmu. Wydawałoby się, że konsekwencja powinna ich pchać do pójścia drogą Hubertusa Mynarka, Drewermanna czy właśnie… Obirka.
Czy to nie Dan Brown powiedział, że „liczba bogów wraz z upływem czasu redukuje się” ? I to nie do liczby 1, a 0… Może właśnie to zero pojawia się na horyzoncie…
Profesor Obirek przepowiada „ludzie zaczną myśleć”. Słowo „zaczną” implikuje, ze dotąd nie zaczęli, pomimo rozlicznych nieszczęść gorszych od obecnego wirusa. Nie zaczęli po dżumie, po Wielkiej Depresji, po kilku wojnach, i po epidemii hiszpanki. A teraz zaczną i wiele się zmieni. Chciałbym to zobaczyć.
„powrót do kościołów będzie już świadomą decyzją” A dotąd był nieświadomą? Taki „wierny” sobie szedł i nieświadomie kierował się w stronę kościoła? A teraz zacznie myśleć i świadomie pójdzie w kierunku biblioteki? Azeby po raz pierwszy w życiu wziąć książkę do reki? Na pewno to będzie książka Profesora Obirka „Jak pokazałem Kościołowi tyłek”. Do pożyczenia w każdej wiejskiej bibliotece. Chciałbym z tym wiernym porozmawiać, gdy już przeczyta.
„Pozostanie też doświadczenie bliskości, ale też oburzenie na głupotę polityków i księży.” Nie bardzo wiem, o jaką bliskość chodzi. Ale jeśli idzie o głupotę, to PIRS o tym pisze w każdym odcinku swojego cyklu. Głupota była i nadal ma się świetnie. Naród się nie oburza. Naród głosował na PiS, i będzie głosował na PiS. No, chyba, ze Naród zacznie myśleć. Ale Naród nie zacznie. Naród wróci pod opiekę Świętej Panienki.