14.05.2020
Niech za wstęp posłużą słowa prof. Marcina Króla:
…ale trzeba zdać sobie sprawę z tego, że żyjemy w świecie, który nie jest koniecznie nam przyjazny. I w tym świecie będziemy musieli żyć. Warto z tego wyciągnąć wnioski; pomyśleć o sensie życia a wierzący – o sensie Boga. Może to trochę głupie rady, aby bardziej zająć się życiem duchowym, ale tak jest. Warto też zająć się stosunkami wzajemnymi, między ludźmi. Nawet miłość wymaga, żeby się o nią troszczyć i starać. Teraz ludzie siedzą z dziećmi w blokach, w małych mieszkaniach. Potrzebują ze sobą utrzymywać dobre stosunki. I odnaleźć w nich radość. Innymi słowy, trzeba skupić się na swojej postawie wobec świata i zastanowić się, co my robimy na tej ziemi. Nie bać się, nie roznosić fałszywych wiadomości, nie pisać, że psy i koty roznoszą koronawirusa – co mnie doprowadza do szału, bo to jest nieprawda. Zamiast zajmować się sensacjami, lepiej zająć się trochę sobą. Na ogół nie mamy na to czasu, a teraz – jest na to czas. Pomyślmy o sobie.
***
Narastający niepokój winien uwidocznić się w tej sferze, o której widać nie tyle zapomniano, ile raczej chciano zapomnieć. Sfera ta, to aktywne społeczne uczestnictwo w tworzeniu rzeczywistości, w której każdy chce funkcjonować bezpiecznie, z poczuciem godności i wzajemnego kooperatywnego zrozumienia. Niestety goryczą napawa fakt, że wytworzony zostaje coraz to większy regres w odniesieniu do wartości, norm, symboli oraz mitów.
Narasta coraz to większa ucieczka od wolności, na rzecz złudnego poddania się tym siłom, które w sytuacji kryzysu będą wpierw wytwarzać korzyści dla samych siebie, niejednokrotnie bezwstydnie i prostacko generujących marginalizowanie i częściowe społeczne zubożenie. Człowiek rozsiadł się wygodnie w domowym fotelu i z góry założył, że jego wpływ na zmieniający się świat za oknem jest znikomy i tchnie komicznym uniesieniem.
Brzmi banalnie, jednak ucieczka ta ma kolosalne odbicie wobec braku zrównoważonego dialogu społecznego, wytworzenia pozytywnej synergii w społeczeństwie, jasnego i racjonalnego komunikowania, co w konsekwencji prowadzi do upadku i zrujnowania sfery publicznej. Obecnie coraz gorzej wygląda wzajemna dyskusja, wymiana poglądów na tematy, które mają uchronić nas przed gwałtowną eskalacją kryzysu na rzecz wzajemnego oskarżania, obelżywego atakowania drugiej strony, posługiwania się retoryką dzielenia wraz z wywyższaniem swoich wobec tamtych, czyli wrogów, zdrajców. Ów jasny i czytelny podział, rozprzestrzeniający się i koniec końców doskonale zadomowiony, ujawnił bolesnego ducha walki, jak również przydział szaty konformizmu, apatii, bierności i ślepego poddaństwa.
Istnieją w naszej rzeczywistości dwie sfery – sfera polityczna i sfera instytucjonalnej religijności, które za pomocą zaczarowania rzeczywistości, zamaskowały i zablokowały realną szansę na wymianę poglądów, których pozytywna energia i zdolność do szerokiego pojmowania zmian są przyczynkiem do zaistnienia społeczeństwa, które potrafi intensyfikować i wykorzystywać dobro. Dobrem okazuje się tylko lekkomyślne machnięcie ręką i oznaka, że jakoś to będzie. Podnosi się do rangi krzyku, że te dwie sfery są ściśle połączone z narodowym rodowodem, tworzą najważniejszą tkankę społeczną, fundament naszego rozwoju, naszej narodowej przynależności. Nieważny w tym momencie jest fakt, że po pierwsze sfera polityczna przyjęła demokrację ad hoc, jako hasło wyborcze, które uzależnione jest od nastrojów społecznych, sfera religijna zaś nie reaguje na zmieniający się świat, na jej wewnętrzny i zewnętrzny rozpad, dając upust ckliwego trwania w ślepym konserwatyzmie, społecznej fiksacji, oszukiwania samej siebie.
Pojawia się pytanie, czy istnieje realna szansa wyjścia z tego marazmu? Odpowiedź jest trudna i niejednoznaczna, jednak na chwilę obecną negatywna, pełna obaw i niepewności. Nie dokonaliśmy w sobie wewnętrznego rachunku sumienia, nie wyciągnęliśmy wniosków z historycznego przełomu, daliśmy się ponieść wiatrom zmiany, kształtując społeczeństwo ryzyka zamiast społeczeństwa obywatelskiego.
Trzeba stanowczo stanąć wobec faktu, że sfera polityczna jest przesiąknięta walką i nie stoi wobec realizacji demokratycznego ducha i dobra wspólnego, tylko służy zgrupowanym interesom jednostkowym, brudnemu kapitałowi społecznemu, tworząc specyficzną nadrzeczywistość. Z jednej strony nie chcemy przecież mieć bezrefleksyjnie lojalnych obywateli, oddanych ideologicznemu spętaniu, pozbawionych prezentowania niezależnych myśli i czynów, z drugiej oddajemy pole walki na rzecz sztucznej pewności siebie, intelektualnego wycofania, zakulisowego malkontenctwa, taki stan rzeczy uskuteczniamy.
Równie podobne realia kształtowały się i kształtują w sferze instytucjonalnej religijności, z tym że mamy tutaj do czynienia z przejaskrawieniem, fałszywą wzniosłością, jawnym tuszowaniem prawdy na rzecz niezrozumiałej jedności i zgody, która tak naprawdę tworzy podwalinę do rychłego upadku. Czarę goryczy przelewa obojętność, ślepota i forsowanie „świętych” norm i wartości, których znaczenie jest obalane na rzecz stosowanie podwójnych standardów, obłudy i hipokryzji. Sprawca staje się ofiarą. Problem przeradza się w atak, natomiast potem odbierany jest już jako kłamstwo. Istnieje społeczne przyzwolenie na afirmację katolicyzmu przy jednoznacznej wewnętrznej sprzeczności z naturą i nauką chrześcijańską.
Liczy się społeczeństwo oparte na wiedzy, a nie szukania ducha czasów w sferze zmitologizowanych ofiar, traktujący historię jako formę narodowego wyświęcenia. Społeczeństwo obywatelskie, gdzie zarządzający mają być dopełnieniem głosu ludu, katalizatorem postaw formowania dobra wspólnego oraz społeczeństwo świadome misji, jakie niesie za sobą rządzenie, której główna myśl polityczna byłaby jak świeży powiew wychodzący naprzeciw skostniałemu systemowi.
System ten niejednokrotnie dał upust swojej powierzchowności, płytkości, bylejakości, napędzając prostacką rywalizację, mierne powoływanie się na politykę uczuć i odczuć, bez powiązań z racjonalnością i logiką. Na głównej scenie aktorami są osoby tkwiące w rygoryzmie społecznym i obyczajowym, popychające w stronę zaściankowości, histerycznego poczucia historycznego skrzywdzenia, budujące tożsamość na utwierdzaniu wojny polsko-polskiej z jednoczesnym głoszeniem wyższości narodowego „ja” przy przaśnym poczuciu nowoczesności. Widzowie zaś okazują się biernymi widzami, odpornymi na obiektywne tłumaczenie zależności makro i mikro społecznych. Kierowanie się wartościami moralnymi jako imperatyw kategoryczny, z ich jednoczesnym stałym objaśnianiem i wtapianiem w codzienne życie, stało się nudne. Rozum został zaczarowany przez uczuciową denność, uśpienie. W wyborach nie kierujemy się ani rozumem, ani sercem. Wybieramy ślepe posłuszeństwo, które daje nam poczucie fałszywej, sfiksowanej błogości.
Pojawia się zatem konieczność przetestowania i utworzenia nowego znaczenia wartości takich jak naród, społeczeństwo, demokracja, wolność, równość, sprawiedliwość, tolerancja, tożsamość, pobożność.
Krzysztof Rosner

