Nadzieja w beznadziei (6)

30.05.2020

W Paryżu jestem już od pół wieku, wyjechałem wkrótce po marcu 68, bo nie mogłem znieść tej ohydy, pisze nasz przyjaciel, polsko-francuski prawnik, Kuba Winnicki. Ciebie mogę czytać od rana do wieczora. Zawsze znajdzie się słowo czy zdanie, które mnie wyśle w miejsce przeszłości, gdzie boli, gdzie tęskno, gdzie za późno, gdzie ktoś, kto był ważny, snuje się już jedynie wspomnieniem.

O Mandelsztamie i jego dzielnej żonie wiem prawie wszystko. Rozczytywałem się w jego poezji, która jest na wysokości Himalajów… Pamiętam, że Osip przemycał do żony wiersze pisane ciasno i maleńkimi literami na jakiejś bibułce (chyba od skręcania papierosów), i przenoszonych w ustach, których ona uczyła się na pamięć i będąc stale pod „ochroną”, przemycała czym prędzej dalej, aby ślad po nich nie zaginął. Nigdy nie dowiemy się już jednak ile zniósł upokorzenia, sadyzmu, cierpień i strachu, włącznie z okolicznościami jego śmierci. Patrząc na zdjęcie Nadieżdy, z trudem mogę unieść jej spojrzenie. Ostatnio zrobiłem się mazgaj. Odczuwam obniżenie odporności na emocje. To efekty zamknięcia na tygodnie, i podpatrywania ukradkiem czy jeszcze życie się toczy. Jak patrzę na obozy uciekinierów, ryczę. Jak patrzę na głodne dzieci, ryczę. Jak patrzę na snujące się po sąsiednich ulicach, cienie bezrobotnych czy bezdomnych, ryczę. Zrozumiałem, że muszę uciec od siebie.

Zgłosiłem się na ochotnika do Protection Civile, organizacji, która przychodzi z pomocą tym, którzy jej potrzebują, zwłaszcza wtedy, kiedy spada na ludzi jakiś kataklizm. Jestem wciągnięty na platformę telefoniczną i dzwonię, od siebie z domu, do chorych, samotnych, bezradnych… Listy takich osób przekazuje Protection Civile. Praca jest wymagająca, ale siedzę dzielnie po 4/6 godzin dziennie i pomagam, pocieszam, wzywam pogotowie, potrzebną pomoc, zarządzam donoszeniem żywności, dostarczeniem leków z apteki itd. Jestem w kontakcie prawie wyłącznie z ludźmi starymi, samotnymi, chorymi czy bezradnymi, wszelkiego pochodzenia i wszystkich religii. Skontaktowałem już prawie 800 osób. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile jest przeraźliwej samotności w dużym mieście, ile może znaczyć anonimowy, przyjazny głos, ile z tych anonimowych osób to prawdziwe żyjące skarby pamięci z czterech stron świata.

Kuba Winnicki, Paryż 2020

Nocą mam teraz często koszmary, jakoś się to wszystko na mnie odbija, mieszając z dzisiejszością, moją trudną przeszłość rodzinną, której — jak widzę — strawić łatwo się nie da. Moja własna samotność tez mi się czasem czkawką odbija, chociaż akceptuje moje życie i nie zamieniłbym go na żadne inne. Dzisiaj czuje się cudownie. Z dwóch powodów. Raz, ze dostałem bardzo przyjemny list od dyrekcji Protection Civile, gdzie mi składają gratulacje za rzetelność w pracy. A drugi powód to ten, że zamiast umrzeć, zmartwychwstałem. Wczoraj rano bowiem dostałem mdłości. Na kolanach przed muszlą, kurczowo i czule ją obejmując, wydawałem z siebie niebywałe odgłosy, dalekie od śpiewu słowika. Żołądek i kiszki przenicowane do ostatniej kropli.. Spocony jak mysz kościelna, dowlokłem się do łóżka, mając wrażenie, że mam gorączkę…zwiastuny Covida oczywiście…okropne bóle mięśni, które jednak tłumaczyłem wysiłkiem spazmatycznego ich napinania, przy wyrzucaniu z siebie …moreli. Tak, morele ! Niemyte i niedojrzale. To one doprowadziły mnie do tej poniżającej sytuacji. Kiedy wstałem, jak często bywa ok. 4. nad ranem, aby napić się wody, zobaczyłem w kuchni odłożone, te pierwsze, wiosenne morele, zakupione poprzedniego dnia. Morele kocham. Umyć je ? Zbyteczny wysiłek o 4. nad ranem ! Niedojrzale i kwaśne ? Trudno. Ciekawość i łakomstwo wzięły górę, pomimo iż po ich zakupie odłożyłem roztropnie tę przyjemność na później, aż dojrzeją. Wieczorem miałem gorączkę 38.5 ! Wziąłem paracetamol 1000, proszek nasenny i obudziłem się dziś rano zdrowy jak ryba, choć na kiwających się nogach po tych wszystkich wysiłkach. A więc sam rozumiesz, że mam dzisiaj dobry humor.

Kubuś, posyłam ci okładkę naszego ulubionego tygodnika, który czytamy od deski do deski. Trump, którego Grażyna nazywa “wieprzem” (jego wiceprezydent ma u nas ksywę “lizodup”), jest częstym gościem na ich okładkach.

Ten rysunek, podpisany „Zdolny do wszystkiego”, pokazuje wieprza jako chirurga bez maski (prezydentowi niedobrze jest w masce powiedział kiedyś, dodając, że co drugi dzień robią mu test i zawsze jest negatywny, choć słowo negatywny nie pasuje do jego charakteru, hahaha), przy chirurgu stoi zięć z otwartym podręcznikiem medycyny, obok, łapiący się za głowę Dr. Fauci, dyrektor instytutu chorób zakaźnych, a dalej, podający nożyczki chirurgiczne, naczelny prokurator USA Barr, tak jakby zapewniał nas (co robi w innych machinacjach Trumpa), że operacja jest legalna.

Byłoby to śmieszne, gdyby nie tragiczne. Wśród stu tysięcy ofiar wirusa, co najmniej trzecią część ma na sumieniu ten koszmarny prezydent z jego mantrą America Uber Alles, To jego błazeński optymizm opóźnił o długie tygodnie zapobieganie infekcji. Wizja przegranych listopadowych wyborów jest dla niego straszniejsza niż dziesiątkująca Amerykanów zaraza.

Pisze do ciebie w samolocie Boeing 737-800, do którego nasz syn Bartek projektował pojemniki do ręcznego bagażu wiszące nad naszymi głowami.  Od wyjazdu z domu w Miami Beach uberem Samuela — do wejścia do bostońskiego samolotu, towarzyszyła nam cisza:  oczekujący w maskach pasażerowie stonowali rozmowy, nie słyszało się wrzasków znużonych czekaniem dzieci, personel American Airlines pracował wolno, wołając każdego z osobna i sprawdzając odstępy między siedzeniami, anonsy odlotów nie przekrzykiwały się nerwowo, a gdy przed wejściem do samolotu dawali  torebki z prowiantem, była atmosfera  majówki.

Pierwsze skojarzenie: jesteśmy w kościele covida: „posługują” nam dwaj księża — piloci i trzy zamaskowane siostrzyczki, nie będzie piwa i bloody Mary,  nikt za nami  nie będzie  sąsiadowi głosił  głupich opowieści, po wylądowaniu rozlegną się oklaski, znane nam z Polski, ale tu niestosowane. 

Na pustym lotnisku w Bostonie relaksujemy się godzinnym czekaniem na ubera.   W drodze do domu wyludnionymi ulicami Bostonu, myśli mam  takie:  czy nie przyda się nam to wyhamowanie? Czy strach przed wirusem — bogiem nie przypomni nam o potrzebie skromności?   Nie doda nam sił w ludzkiej solidarności? Nie doprowadzi do kwestionowania status quo narzuconego nam przez rządzących?  Nie zmusi nas do myślenia nad nowym porządkiem społecznym, a w przypadku rozpuszczonej sukcesem gospodarczymi Ameryki, nie przypomni czasów Franklina Roosevelta i jego new deal, który wziął kapitalizm na oczyszczającą kurację?

Jutro rano zadzwonię do Super Cuts,  żeby umówić się na obcięcie włosów, które przypominają rozwichrzoną fryzurę Einsteina. 

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com