31.07.2020

Jak każdego roku kolejna rocznica wybuchu powstania owocuje wzmożeniem patriotycznych emocji w przestrzeni publicznej. Nie jest to moja bajka i raczej się w tym wzmożeniu czuję nieswojo. Jednak staram się nawet w niezbyt odpowiadających mi klimatach znaleźć punkt zaczepienia, która pozwoli lepiej zrozumieć świat w jakim żyjemy.
Tytuł moich rozważań zaczerpnąłem z podtytułu przejmującej książki Agnieszki Cubały, Kobiety ’44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie.[1] Ta książka mogła się ukazać dopiero teraz i to nie z powodów cenzuralnych, ale ze względu na niemożność opowiedzenia doświadczeń kobiet, które brały udział w Powstaniu Warszawskim. Muszę powtórzyć rytualne słowa, to lektura obowiązkowa dla każdego, kto chce zrozumieć, co się w czasie powstania naprawdę działo.
Ta książka to zaproszenie do zadumy nad ciemną stroną historii. Historii zresztą przeważnie przemilczanej. Pojawiają się w niej kobiety rozpoznawalne i znane z innych dokonań jak na przykład Krystyna Zachwatowicz-Wajda, Alina Janowska, Irena Kwiatkowska, Danuta Szaflarska, Maria Dąbrowska, Maria Kownacka, Anna Świrszczyńska, Hanna Brzezińska, Natalia Sendys, Wanda Traczyk-Stawska. Ale są też dziesiątki innych, nieznanych, zapomnianych. Ich krzywda i ból do tej pory nie był wspominany.
Można powiedzieć: był mniej ważny w porównaniu z opowieściami strategów i walczących bohaterów.
Agnieszka Cubała nie jest Warszawianką, pochodzi z Dolnego Śląska, ale już od czasów szkoły podstawowej i lektury Kamieni na szaniec zafascynowała ją historia Powstania Warszawskiego. Poswięciła mu aż siedem książkek. O tej ostatniej w jednym z wywiadów powiedziała:
Myślę, że ta książka jest o kobietach takich jak my, że współczesne kobiety mogą z niej bardzo dużo czerpać. Przede wszystkim dużo siły. To historie osób, które po ogromnej traumie budowały swój świat na nowo. Musiały też odreagować na swój sposób to, czego doświadczyły. Książka ta nawiązuje do wielu aktualnych problemów. Mentalność ludzka nie zmienia się od wieków. Inna jest tylko otaczająca nas rzeczywistość. Również i teraz wiele kobiet znajduje się w bardzo trudnej sytuacji – doświadczają przemocy fizycznej, psychicznej, seksualnej. Każda z nich powinna mieć prawo do pomocy, ochrony, nawet chociaż możliwości skorzystania z telefonu zaufania. Patrząc też na losy bohaterek mojej książki, możemy sobie uświadomić, że dzięki pomocy psychologa, terapeuty, kogoś, kto nas wysłucha, można oszczędzić sobie kilkudziesięciu lat życia w ogromnej traumie. Myślę, że jest to taka książka, która może zmienić życie wielu kobiet.
Zgadzam się, dodam tylko, że wielu mężczyzn też.
Od lat interesuje mnie fenomen pamięci, a zwłaszcza sposoby jej opisywania. Mało w tych sposobach jest mowa o specyfice pamięci kobiecej. Myślę, że książka Kobiety ’44 wnosi do tych teorii istotny element, o którym do tej pory nie pamiętaliśmy.
Postawmy nieco prowokacyjne pytanie: czy pamięć polega na zapamiętywaniu, jak podpowiada etymologia polskiego słowa? Otóż niekoniecznie. Zwraca na to uwagę Paul Connerton, który od lat analizuje meandry tworzenia ludzkiej pamięci i mechanizmów zapominania. Zakładając, że problemy badawcze związane z pamięcią są dobrze znane, warto przypomnieć jego esej z 2008 roku „Siedem typów zapominania”, w którym analizuje niektóre przyczyny zapominania[2]. Ich typologia jest arbitralna i z oczywistych powodów nie wyczerpuje bogatego spektrum naszej niepamięci, jest jednak inspirująca i warto ją potraktować jako punkt wyjścia do własnych poszukiwań.
Oto wymienione przez Connertona siedem typów zapominania: represyjne usunięcie; zalecone zapomnienie; zapomnienie, które jest konstytutywne dla kształtowania nowej tożsamości; strukturalna amnezja, zapomnienie jako anihilacja, zapomnienie jako zaplanowane wyjście z użycia (obsolescence) i ostatnie: zapomnienie jako upokarzające milczenie. Oczywiście te rodzaje „zapomnień” nigdy nie występują w czystej postaci. Zwykle są kombinacjami różnych rodzajów, pojawiają się też nowe odcienie, o których Connerton nie wspomina, jak na przykład trauma powodująca wyparcie przykrego doświadczenia. Jednak ważna jest sama świadomość istnienia tych mechanizmów i uwzględnienie ich w naszej pracy badawczej.
Jak nas uczy Connerton, zapominamy te elementy, które tej tożsamości nie wzmacniają. Dotyczy to zwłaszcza pamięci zbiorowej. Jak wiadomo pojęcie pamięci zbiorowej wprowadził francuski socjolog Maurice Halbwachs w studium „Zbiorowa pamięć grup religijnych”[3]. Odpowiada ono sytuacji religijnej we Francji i dobrze oddają również sytuację w Europie, a nawet na świecie w latach dwudziestych minionego stulecia, gdy Halbwachs wypracowywał swoją koncepcję. Ich zastosowanie dzisiaj wymaga uwzględnienia rozwoju badań nad pamięcią, a więc „teoretycznego zróżnicowania i dopracowania”, jak to ujęła ostatnio Aleida Assmann[4]. Zdaniem Halbwachsa istotą pamięci grupy religijnej, w odróżnieniu od innych rodzajów pamięci, jest swoista ekskluzywność, a więc wykluczanie innych, alternatywnych i konkurencyjnych sposobów utrwalania i pamiętania przeszłości oraz przeświadczenie o własnej trwałości i niezmienności. Halbwachs powiada:
Taka jest w istocie specyfika pamięci grup religijnych, że podczas gdy pamięci innych grup bezustannie się przenikają i dążą do zgodności, pamięć religijna pragnie być ustalona raz na zawsze i albo zmusza inne do przystosowania się do jej dominujących przedstawień, albo też je systematycznie ignoruje i przeciwstawiając ich niestałości swoją trwałość, usuwa je na dalszy plan[5].
Strażnikami tak pojętej pamięci są przede wszystkim duchowni, a zwłaszcza wypracowana przez nich i przekazywana przez specjalny i kontrolowany przez Kościół system wychowawczy tradycja teologiczna, która zdobyła uznanie i cieszy się autorytetem. Powiada autor:
Tradycja teologiczna zdobywa autorytet, ponieważ jest jakby pamięcią grupy duchownych, która przy pomocy łańcucha pojęć solidnie ustalonych i odpowiednio usystematyzowanych może z życia i najdawniejszej nauki Kościoła chrześcijańskiego odtworzyć wszystko to, na czego zachowaniu jej zależy[6].
Jak długo chrześcijaństwo było religią dominującą i posiadało teologiczny monopol, a Kościół sprawował kontrolę nad życiem społecznym to był w stanie tak przedstawiać przeszłość, że stanowiła ona potwierdzenie słuszności jego nauczania:
Dopóki Kościół był zdolny narzucać światu swą tradycję, całe życie i historia świata winny były się podporządkować tradycji Kościoła, wszystkie wspomnienia odnoszące się do tego życia i do tej historii powinny być potwierdzeniem nauki Kościoła, który nie zbaczając z drogi przeszłości, mógł wzbogacić swą pamięć o te nowe świadectwa[7].
Podobne praktyki zawłaszczania pamięci dotyczą zresztą nie tylko instytucji religijnych, ale i struktur państwowych. Pluralizm współczesnych demokracji wytworzył mechanizmy uzgadniania wspólnej pamięci:
Wraz z demokracją pojawiają się również jednostki i instytucje, które szukają płaszczyzny dialogu dla poszczególnych wspólnot pamięci. Te zaś mogą być związane zarówno z pokoleniem, jak i religią, etnicznością, językiem, terytorium, regionem[8].
Nie jest to proces ani prosty, ani łatwy, niemniej jednak pamięć kulturowa jest owocem wypracowywanego konsensusu. Tak oto pojawia się kolejne ujęcie pamięci poprzez pryzmat kultury. Wprowadził je nie tak dawno niemiecki egiptolog Jan Assmann. Być może to właśnie perspektywa wielu tysięcy lat sprawiła, że sposób zadawania pytania Assmanna jest tak przekonujący. Pyta więc: czym jest pamięć? Co stanowi o istocie kultury? Czy myślenie ma historię? Jaką role w zapamiętywaniu przeszłości odegrało pismo? Czy religia pomaga, czy przeszkadza w budowaniu tożsamości? Co w naszym postrzeganiu świata zawdzięczamy Egiptowi, co Izraelowi, a co Grecji? To tylko niektóre z pytań, z jakimi zmaga się Jan Assmann w swej, napisanej w 1992 roku Pamięci kulturowej, której lektura powinna być obowiązkiem każdego, kto próbuje zrozumieć istotę pamięci, nie tylko kulturowej zresztą[9].
Z wielu wątków poruszanych w Pamięci kulturowej warto przywołać uwagi na temat powstania kanonu ksiąg świętych czy fundujących dane obszary cywilizacyjne. W przeciwieństwie do tego, co nieraz myślimy, ich początki bywały zaskakujące. Tak oto Żydzi swój główny zrąb wierzeń zawdzięczali… Persom. Gdyż to właśnie imperialna polityka sprzyjała powstawaniu lokalnych tradycji. Oczywiście nie chodzi o to, by były narzucane podbitym narodom jako elementy obce, ale wręcz przeciwnie, dzięki decyzjom Persów Egipt, i inne ludy podbite odkrywały własną tożsamość kulturową. Tak powstała najważniejsza bodajże księga hebrajskiej Tory – „Księga Powtórzonego Prawa”, której główny zamysł stał się paradygmatem dla wielu późniejszych tradycji religijnych. Cena tych przekształceń była wysoka: Równocześnie [za panowania Persów] w Palestynie powstał kanon hebrajski i to nie za zgodą Persów, lecz na ich zlecenie. […] Proces odpolityczniania życia publicznego w okresie perskim obejmuje całość świata starożytnego. W Egipcie i Babilonii obserwujemy ‘klerykalizację’ kultury, czyli przejście od pisarzy-urzędników do pisarzy-kapłanów jako jej reprezentatywnych nosicieli kultury, w Izraelu zaś przejście od proroków do uczonych w piśmie[10].
Klerykalizacja kultury doprowadzała do jej sakralizacji i stagnacji. Tak było w Egipcie, gdzie pamięcią zawładnęli kapłani, tak dzieje się w każdej kulturze, która rezygnuje z krytycznej instancji, jaką stanowi jej prorocki i hermeneutyczny wymiar. Prorocy kwestionując nadużycia władzy politycznej przywracaj jej właściwe proporcje zaś „uczeni w piśmie”, dzięki różnym strategiom hermeneutycznym pozwalają wpisać święte teksty w zmieniające się konteksty kulturowe. Krótko mówiąc, w miejsce zrytualizowanej liturgii wchodzi elastyczna hermeneutyka. Działo się tak w dużym stopniu dzięki zmianie technologii przekazywania tradycji. Wejście na miejsce tradycji oralnej pisma umożliwiło zerwanie z rytualną stagnacją. W miejsce rytuału weszła interpretacja:
Przejście od oralnego do pisemnego przekazywania tradycji oznaczało przejście od dominacji powtarzania do dominacji urzeczywistniania, czyli od koherencji rytualnej do tekstualnej. Łączy ona i spaja już nie dzięki przechowywaniu i naśladowaniu, lecz dzięki pamięci i interpretacji. Miejsce liturgii zajęła hermeneutyka[11].
Skoro Assmann wspomniał konstruowanie pamięci kulturowej, z jakim mamy do czynienia na łamach Starego Testamentu, to może warto wspomnieć o podobnych praktykach we współczesnym państwie Izrael. Pisze o nich izraelska badaczka Idith Zertal w książce Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, która zarzuca politykom swego państwa, z Ben Gurionem na czele, instrumentalne traktowanie Holocaustu w budowaniu nowej świadomości żydowskiej[12]. Podobnie krytyczny charakter, tym razem wobec społeczeństwa amerykańskiego, w tym amerykańskich Żydów, ma książka Petera Novicka, poświęcona roli Holocaustu w życiu Ameryki[13].
Wspominam o tych dwóch przykładach, gdyż problem Holocaustu odgrywa zarówno w Izraelu, jak i w USA kluczową rolę. Nie ma potrzeby wspominania o wykorzystywaniu historii do budowania imperialnej tożsamości w Rosji Wladimira Putina czy w Turcji Recepa Tayyipa Erdogana, gdyż są to wręcz przypadki dyktatorskiej polityki niestroniącej przed likwidowaniem przeciwników politycznych i ideowych. Z mniej radykalnymi formami instrumentalnego podejścia do historii mamy w przypadku każdego państwa, które troszczy się o „właściwy obraz” własnego kraju za granicą.
Znowu nie ma w tym nic dziwnego ani wyjątkowego. Tak zawsze było, poczynając od polityki faraonów w Egipcie wiele tysięcy lat temu, tak jest i dzisiaj. Jednak świadomość historyczności tego faktu pozwala na wypracowanie nowych form kształtowania obrazu przeszłości, które uwzględniają różne perspektywy i odmienne punkty widzenia zaczyna powoli docierać również do badaczy natury pamięci. Można w tym nowym podejściu dostrzec wpływ literatury i mediów, które ze swej natury wymykają się wszelkim mechanizmom kontroli społecznej, w tym również politycznej. Jak się wydaje sprawą najważniejszą jest uświadomienie, również politykom, złożonego charakteru samej pamięci jak też niemożności jej reglamentowania. Dodałbym nawet, że wszelkie próby przemocowego jej kształtowania czy narzucania prowokują odruchy sprzeciwu i stwarzają alternatywne przekazy. Doświadczały tego państwa oparte na przemocy, jak i instytucje religijne próbujące wykluczyć alternatywne czy konkurencyjne wobec obowiązującej, narracje. W pierwszym przypadku dochodziło do rewolucji politycznych a w drugich do religijnych podziałów.
Bliskie jest mi pojęcie zaproponowane ostatnio przez amerykańskiego antropologa kultury Michaela Rothberga, który pisze o wielokierunkowości pamięci[14]. Stąd wydaje mi się, że należy mówić o splotach pamięci, które historyk i antropolog kultury powinien rozplątywać. O niektórych takich próbach chciałbym w poniższych uwagach wspomnieć. Zastanówmy się więc na początku czym jest pamięć i z jakimi typami pamięci mamy najczęściej do czynienia.
Wspomniałem o pamięci wielokulturowej wprowadzonej przez Michaela Rothberga, autora tak właśnie zatytułowanej książki. Sądzę, że udało mu się w niej pokazać, że zmaganie z, fatalnym niekiedy, dziedzictwem nie musi być skazane na klęskę. Otóż główne przesłanie Pamięci wielokierunkowej można podsumować właśnie tak – jest to dziedzictwo trudne, ale może stać się punktem wyjścia do budowania własnej tożsamości, która nie będzie wykluczającą wobec innych. Nawet więcej pozwoli budować konkurencyjnym grupom tożsamość wzajemnie się wzmacniającą. Nie muszę chyba dodawać, że jest to wprost koniecznie w świecie, w którym mamy do czynienia nie tyle z (by użyć terminu wprowadzonego przez Michaila Bachtina) polifonią, ile z kakofonią, dźwięków wzajemnie się zagłuszających.
Właśnie z tego powodu, chciałbym przywołać fragmenty książki, które szczególnie wyraziście ilustrują tezy Michaela Rothberga. Robię tak z dwóch powodów. Po pierwsze jego teoria pamięci wielokierunkowej jest tak dalece sprzeczna z powszechnie przyjętym sposobem rozumienia tej sfery ludzkiej aktywności, że domaga się bardzo precyzyjnego i dokładnego wyjaśnienia. Po drugie jest ona dla mnie nie tylko przekonująca, ale i stanowi jedyne wyjście z zapętleń pamięci, w których tkwimy nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Bez żadnych wyjątków. Różnica, jeśli jakaś jest, to tylko w stopniu uświadomienia sobie konieczności przezwyciężenia spirali nienawiści, w jaką nas wkręca źle rozumiana pamięć. Struktura książki jest dość przejrzysta.
W obszernym prologu autor stara się wskazać na mechanizmy kształtowania się pamięci wielokulturowej zaś w krótkim epilogu wskazuje na ograniczenia proponowanej teorii w sytuacji trwającej przemocy na przykładzie Izraela. Nawiasem mówiąc, do tego tematu wrócił dwa lata po opublikowaniu książki w artykule „From Gaza To Warsaw: Mapping Multidirectional Memory”, w którym ukazał do czego prowadzi pamięć konkurencyjna[15] i wskazał na drogi jej przezwyciężenia odwołując się do doświadczenia powstania w getcie warszawskim w 1943 roku i jego całkowitej destrukcji po stłumieniu powstania. Konkretnym postulatem jest „nie tyle usunięcie pamięci o Holocauście z przestrzeni publicznej, ile raczej rezygnacja z jego centralnej pozycji przedstawianej w abstrakcyjnych i zreifikowanych formach”[16]. Co oczywiście nie oznacza relatywizacji tej pamięci, jak wielu obrońców wyjątkowości wydarzenia Holocaustu się obawia, ale odejście od jej sakralizacji i od nadużywania jej w celu usprawiedliwiania użycia przemocy.
A wracając do książki to trzeba powiedzieć, że każdy z ośmiu jej rozdziałów to kolejne odsłony możliwości przezwyciężenia napięć powstałych w wyniku zderzenia skonfliktowanych pamięci. Dla ilustracji swojej teorii Rothberg odwołuje się do tak różnych materiałów, jak płótno ideologicznie zaangażowanego artysty, klasyczna rozprawa filozoficzna, artykuły prasowe, listy, literatura, kroniki policyjne, reportaż, film czy zwykłe zdjęcie. A wszystko po to, by pokazać jak różne bywają sposoby kształtujące pamięć publiczną. Okazuje się bowiem, że nośniki tej pamięci bywają rozmaite, a co ważniejsze wzajemnie na siebie oddziałują.
To właśnie dzięki ich zderzeniom i zaskakującym zestawieniom zdajemy sobie sprawę, co tak naprawdę wpływa na naszą pamięć i jak dalece poszczególne elementy są z jednej strony ograniczone, a z drugiej uzmysławiamy sobie możliwości przekraczania tychże elementów. To właśnie w takim kontekście interpretacyjnym łatwiej dostrzec granice tak znanych i uznanych dzieł i koncepcji jak Korzenie totalitaryzmu Hannah Arendt czy uniwersalizujących ujęć Jeffrey’a Alexandra albo Natana Sznaidera, do czego jeszcze wrócę.
W obu przypadkach autor dostrzega uroszczenia eurocentryzmu, który traci z oczu złożoność fenomenu pamięci ograniczając ją do kategorii pojęciowych wypracowanych w Europie Zachodniej. Jednak w Pamięci wielokierunkowej nie chodzi tylko o krytykę zastanych sposobów opisywania pamięci. Głównym zadaniem, jakie stawia sobie autor jest wskazanie na możliwości przekroczenia impasu w jakim znalazły się studia nad pamięcią, a zwłaszcza polaryzujący, a nawet antagonizujący wpływ wyników tych badań na uczestników życia społecznego.
Już we wstępnym rozdziale Autor wskazał na podstawowe założenia metodologiczne, które warto przywołać, gdyż w istocie rewolucjonizują nasze przyzwyczajenia na temat sposobów kształtowania się ludzkiej pamięci. Terminem kluczowym jest oczywiście wielokierunkowość, który dotyka zasadniczego problemu tożsamości.
I właśnie od tego Rothberg swoje rozważania:
Pragnę zaproponować nową perspektywę w badaniach pamięci zbiorowej i jej związku z tożsamością grupową. Czynię to na dwa sposoby: zgłębiam logikę dominujących narracji o pamięci i tożsamości, logikę zero-jedynkową, która zwykle łączy się z rywalizacją oraz odkrywam przeciwtradycję, w której upamiętnianie Zagłady spotyka się ze skutkami kolonializmu, niewolnictwa i niezakończonego procesu dekolonizacji[17].
Mówiąc wprost chodzi o to, że dominujące narracje nie tylko tworzą własne wizje przeszłość, ale przede wszystkim wykluczają wizje niezgadzające się z proponowanym modelem. Pamięć konkurencyjna nie tylko zostaje pominięta, ale wprost napiętnowana jako wroga. By się tej tendencji przeciwstawić, potrzebne jest przywołanie „przeciwtradycji”, która zyskuje status partnerski i koryguje absolutystyczne uroszczenie mojej własnej narracji. Tak więc nie chodzi tutaj o zastąpienie jednej narracji drugą, ale o stworzenie nowej jakości, bardziej inkluzyjnej i otwartej na przeciwstawne racje.
W moim przekonaniu jest to absolutnie kluczowe założenie, które pozwala nawiązać kontakt ze skłóconymi racjami, które godząc się na własne ograniczenia odkrywają nie tylko interesujące wymiary pamięci „konkurencyjnej”, ale przede wszystkim są w stanie dostrzec „skazę” we własnym sposobie postrzegania przeszłości. Innymi słowy, mogę się otworzyć na inne perspektywy tylko wtedy, gdy zaakceptuję fakt własnego rozumienia pamięci jako ułomnej. Wtedy również tworzenie własnej tożsamości odsłoni swój problematyczny charakter:
Choć nie ma wątpliwości co do tego, że wiele przejawów współczesnej przemocy, w tym wojna i ludobójstwo, stanowią po części wytwór pamięci resentymentalnej i rywalizujących wizji przeszłości, twierdzę, że rama konceptualna, przez którą komentatorzy i zwykli obywatele odnoszą się do relacji między pamięcią, tożsamością a przemocą, ma pewną skazę[18].
Jak się wydaje szczególnie trudne do przyjęcia jest założenie, że własna pamięć i oparta o nią tożsamość mogą prowadzić do przemocy, gdyż stanowi ono poważną przesłankę do krytyki tak tworzonej tożsamości zbiorowej. Rothberg zdaje sobie sprawę z radykalnej nowości swego ujęcia i dlatego lojalnie swoich czytelników o tym uprzedza: „Rozumienie zbiorowego upamiętnienia, które wykładam w Pamięci wielokierunkowej, podważa podstawowe doktryny i założenia charakterystyczne dla dzisiejszych koncepcji pamięci zbiorowej i tożsamości grupowej”[19].
Możemy dopowiedzieć, że chodzi tu również o tożsamości narodowe czy religijne, które czerpią swój budulec właśnie z arbitralnie rozumianej przeszłości. Tak jednak nie musi być. Owszem pojawiły się już nawet filozoficzne ujęcia, które warto w tym kontekście przypomnieć. Chodzi o połączenie pamięci z jej wymiarem etycznym, którego cechą wyróżniającą jest jej wspólnotowy charakter. Bodajże najpełniejszą koncepcję tak rozumianej pamięci zaproponował izraelski filozof Avishai Margalit w swojej książce opublikowanej w 2002 roku poświęconej właśnie etyce pamięci. Jej źródła sięgają zapamiętanych w dzieciństwie rozmów rodziców Margalita, którzy zastanawiali się nad znaczeniem Zagłady europejskich Żydów właśnie dla nich, dla tych, którzy przeżyli[20].
Okazuje się, że wymiarem najważniejszym tej pamięci nie jest rozpamiętywanie śmierci najbliższych, ale imperatyw etycznego życia tu i teraz dla przyszłości, by nie powtórzyć błędu Ormian, którzy nie potrafili uwolnić się od przekleństwa pamięci śmierci (to zdanie ojca Avishaia zapamiętane z tych rozmów).
Nawiązując do ustaleń Avishaia Margalita Rothberg stwierdza, że również w przypadku w koncepcji pamięci wielokierunkowej chodzi o pamięć wspólną, a zwłaszcza o świadomość kanałów komunikacyjnych, jakimi jest przekazywana. Dotyczy to zresztą nie tylko pamięci o Zagładzie. Ważna jest przy tym rola jednostek, które dają początek przekazowi informacji, która później staje się wspólną własnością:
Kiedy mówi się o zbiorowej pamięci Zagłady czy o zbiorowej pamięci kolonializmu i dekolonizacji, mówi się przede wszystkim o pamięci, które mogły zainicjować jednostki, ale która została zapośredniczona przez sieci komunikacji oraz działanie instytucji państwa i ugrupowań społeczeństwa obywatelskiego[21].
Ale nie tylko konkretni ludzie mogą inicjować procesy przypominania „zapomnianych” faktów, zdarzają się bowiem pozornie nic nieznaczące bodźce, które potrafią uruchomić prawdziwą lawinę wspomnień. To właśnie „postawienie na wielokierunkowy, a nie rywalizacyjny wymiar pamięci” umożliwia włączenie bodźców „które początkowo mogą wydawać się nieistotne albo nawet niestosowne”[22]. Takie podejście, uwzględniające mnogość elementów współtworzących pamięć zarówno zbiorową, jak i indywidualną, jest źródłem optymizmu i nadziei na przezwyciężenie niesprawiedliwości związanej z przemocowym (może to dotyczyć kultury dominującej, ale też kultur mniejszościowych) charakterem pamięci.
Tak więc wykorzystuje nie tylko wzmożenie patriotyczne do głębszego namysłu nad pamiętaniem i zapominaniem do czego też innych zachęcam.
Przypisy
-
Agnieszki Cubały, Kobiety ’44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie, Warszawa 2020. ^ < Paul Connerton, „Seven types of forgetting”, w: Memory Studies, styczeń 2008, t. 1, s. 59-71. ^
- Maurice Halbwachs, „Zbiorowa pamięć grup religijnych”, w : Społeczne ramy pamięci, przekł. Marcin Król, Warszawa 2008, s. 262-323. ^
- Aleida Assmann, „Re-framing memory. Between individual and collective form of constructing the past”, w: Performing the past. Memory, History, and Identity in Modern Europe, wyd. Karin Tilmans, Frank van Vree i Jay Winter, Amsterdam 2010, s. 50. ^
-
M. Halbwachs, „Zbiorowa pamięć grup religijnych”, dz. cyt., s. 281. ^
- Tamże, s. 295. ^
- Tamże, s. 314. ^
- Anna Wolff-Powęska, Pamięć – brzemię i uwolnienie. Niemcy wobec nazistowskiej przeszłości (1945-2010), Poznań 2011, s. 34. ^
- Jan Assmann, Pamięć kulturowa. Pismo, zapamiętywanie i polityczna tożsamość w cywilizacjach storożytnych, przekł. Anna Kryczyńska-Pham, wstęp i red. naukowa Robert Traba, Warszawa 2008. ^
- Tamże, s. 222. ^
- Tamże, s. 34. ^
- Idith Zertal Naród i śmierć. Zagłada w dyskursie i polityce Izraela, przekł. Jan Maria Kłoczowski, Kraków 2010. ^
- Peter Novick, The Holocaust in American Life, Boston 2000. ^
- Michael Rothberg, Pamięć wielokierunkowa. Pamiętanie Zagłady w epoce dekolonizacji, przekł. Kataryna Bojarska, Warszawa 2015. ^
- Michael Rothberg, „From Gaza To Warsaw: Mapping Multidirectional Memory”, w: “Criticism” jesień 2011, t. 53, nr 4, s. 523-548. ^
- Tamże, s. 540. ^
- Michael Rothberg, Pamięć wielokierunkowa, dz. cyt., s. 7. ^
- Tamże, s. 15. ^
- Tamże, s. 19 ^
- Avishai Margalit, The Ethics of memory, Cambridge MA 2002. ^
- Michael Rothberg, Pamięć wielokierunkowa, dz. cyt., s. 35. ^
- Tamże, s. 37. ^



W świetle tego, co napisał p. Profesor – idąc za Halbwachsa definicją pamięci zbiorowej grup religijnych – na szczegόlną uwagę zasługuje fakt, że dwaj najwięksi założyciele nowych religii, Jezus i Budda, nie pozostawili żadnych spisanych przez siebie dokumentόw. “Historie” ich życia znamy jedynie ze zmitologizowanych przekazόw, spisanych dziesiątki lat po ich śmierci. Tak więc nie chodziło w nich o pamiętanie, lecz raczej o zapomnienie historycznej osoby – poprzez zapamiętywanie zdogmatyzowanych narracji, ktόre – to już Paul Connerton – jest konstytutywne dla kształtowania nowej tożsamości.
Nb. w tym miejscu wręcz narzuca się refleksja nad uderzającym podobieństwem fonetycznym polskiego słowa “zapominanie” i rosyjskiego “запоминание” (zapamiętywanie). Zważywszy, że obydwa języki wywodzą się z tego samego pnia leksykalnego (znanego filologom jako SCS), wypadałoby wręcz mόwić o pierwotnej synonimiczności “zapominania” i “zapamiętywania”. W innych grupach językowych może być podobnie.
Nierozwiązywalnym (raczej), ale tym bardziej intrygującym staje się pytanie o powόd/cel niespisania własnych nauk przez obu wielkich Nauczycieli. Wysoce prawdopodobna okoliczność, że historyczny Jezus mόgł być niepiśmienny (tak jak większość ludzi jego stanu społecznego w tamtych czasach), niczego nie wyjaśnia. Mόgł wszakże, gdyby chciał, podyktować tekst jakiemuś skrybie. W przypadku wysoko urodzonego Siddharthy Gautamy (Buddy) nawet takie “wyjaśnienie” odpada. Pozostają spekulacje albo wiara.
A może byli w pełni świadomi, że ich nauk, przekazu opartego na żywym dialogu z konkretnymi ludźmi, zanurzonym w ówczesnym kontekście nie da się zapisać. Ten dylemat przywodzi na myśl, słynne porównanie pomiędzy żywym motylem fruwającym w powietrzu a martwym przyszpilonym do podłoża w gablocie kolekcjonera. Niby tam motyl i tu motyl….. a przecież zupełnie coś innego.
Wprost przeciwnie – nauki Buddy zostały spisane krótko po jego śmierci przez jego uczniów. Nie było to specjalnie trudne, bo Budda wielokrotnie nauczał a uczniowie słuchali , szczególnie Ananda – kuzyn Buddy o znakomitej pamięci, który był z nim przez ostatnie 20 lat życia. Są one powszechnie dostępne (sam mam kilka książek które obejmują całość nauk), zostały także w kilku miejscach wyryte na skałach.
Poza tym nauka Buddy nie opiera się na wierze – to jest do wypraktykowania. Lama Rinczen w rozmowie ze mną porównał te nauki do książki kucharskiej, którą dostaje adeptka. Ma ona zaufanie do książki, ale sama wypróbuje te przepisy.
Budda nie przedstawiał się jako jakaś nadprzyrodzona istota, był po prostu jednym z pierwszych którzy osiągnęli oświecenie i nauczał innych co robić żeby też je uzyskać.
Dziękuję za korektę i ciekawe uwagi o rόżniących obie religie specyfikach.
Nauki Jezusa też zostały spisane – w ewangeliach (w niekanonicznej Ewangelii wg. Tomasza zwłaszcza), chociaż bez wiary w inspirującą rolę Ducha Świętego nie sposόb dociec – jak wiernie. Chodziło mi raczej o pamięċ o samych Inicjatorach, ktόrych życiowe historie (biografie) zostały utrwalone w przekazie zmitologizowanym (np. w opowieściach o ich nadprzyrodzonych narodzinach), a następnie – przynajmniej w chrześcijaństwie – zdogmatyzowane. Dlatego nie powiedziałabym o (historycznym) Jezusie, że “przedstawiał się jako jakaś nadprzyrodzona istota”, tylko że tak został utrwalony w ludowo-religijnej recepcji (w odrόżnieniu od interpretacji teologicznyci, bo te bywają rόżne).
Nie wiadomo w jakim stopniu ewangelie przekazują nauki Jezusa. Zostały spisane wiele dziesiątków lat po jego śmierci i to przez ludzi którzy Jezusa nie znali. Potem jeszcze dodawano i przerabiano to i owo.
Jezus, zgodnie z ewangeliami, przedstawiał się jako ktoś nadzwyczajny, to nie jest ludowo-religijna percepcja. A Syna Boga i Chrystusa zrobił z niego także św. Paweł, który Jezusa nigdy nie spotkał, a to co o nim pisał wziął ze swoich wizji, które uznał za przekazane przez Jezusa. Wyszedł on z założenia, że Jezus był Mesjaszem, a skoro zginął na krzyżu to musiał być w tym jakiś zamiar. I wywnioskował że to ukrzyżowanie to była ofiara dla Boga żeby go przebłagać za grzech Adama i Ewy! Ta okrutna interpretacja przyjęła się i chrześcijanie wielbią dobrego Boga który potrzebował ofiary swego syna żeby dać się przebłagać i wybaczyć rodzajowi ludzkiemu (!). Pisałem kiedyś trochę o tym https://studioopinii.pl/archiwa/185653 .
Oczywiście zmitologizowanie ma miejsce we wszystkich religiach, w buddyzmie także.
Upierałabym się, że w ewangeliach synoptycznych nauki Jezusa (bo już niekoniecznie wydarzenia) zostaly przekazane wiarygodnie, co oczywiscie nie znaczy, że dosłownie. Ewangelia wg. św Jana to już zupelnie inny przekaz – jest to raczej udramatyzowana rozprawa teologiczna, rozpisana na poszczegόlne “odsłony”, w ktόrych (zdeifikowany już) Jezus czyni spektakularne cuda lub toczy teologiczne debaty (także z kobietami) w dramaturgicznie dopracowanych sceneriach. (W sposόb nieortodoksyjny, lecz z perspektywy osoby wierzącej, piszę o tym na własnym blogu, gdzie zapraszam, żeby się tu nie rozpisywaċ)
Co do wizji św. Pawła i nowotestamentowych wizji w ogόlności (należą tu spotkania Jezusa zmartwychwstałego z Marią Magdaleną oraz parokrotne z uczniami, a także – w moim rozumieniu – spektakularne “wskrzeszenie” Łazarza), nie są to oczywiście zdarzenia weryfikowalne empirycznie, co jednak nie znaczy, że nie mialy miejsca jako fenomeny psychiczne. Nie są więc literackimi fikcjami, lecz – jako przeżycia wizyjne – zapewne były faktami, a nie zmyśleniami. Ich sila musiała byċ wielka, skoro doprowadzila do sformowania się nowej religii, mimo początkowych prześladowań wyznawcόw Jezusa.
Pόźniejszy jej triumf to już splot wielu czynnikόw natury politycznej, jednakże nie byłby on
możliwy bez tych – trafiających w fundamentalne potrzeby i egzystencjalne pytania – duchowych doświadczeń ludzi wspόlczesnych Jezusowi (w tym i Jego prześladowcόw, jak Szaweł z Tarsu).
Z buddyzmem (i z każdą wielką religią), rzecz ma się podobnie, chociaż na owe egzystencjalne potrzeby i pytania odpowiada w innym kodzie kulturowym.
PS. Do zalinkowanego tekstu (dziękuję!) postaram się odnieśċ na stronie, gdzie został opublikowany.
PS 2. Niestety, nie ma już możliwości skomentowania linkowanego postu „Mesjasz” na Pana stronie https://studioopinii.pl/archiwa/185653, więc obiecany komentarz zamieszczam tutaj (mam nadzieję, że za uprzejmą zgodą Gospodarza).
Fundamentalistyczni wyznawcy judaizmu już trzecie tysiąclecie czekają na zapowiadanego przez Prorokόw Mesjasza. Ich chrześcijańscy odpowiednicy od początku istnienia chrześcijaństwa czekają na zapowiadane drugie przyjście Chrystusa (teologicznie zwane „Paruzją”). Wniosek z tego taki, że w biblijnych “zapowiedziach” nie o nadejście, lecz o samo czekanie chodzi.
I ewangeliczny Jezus – w przypowieściach, i św. Paweł – w pastoralnych listach, nieustannie nawołują: “bądźcie czujni!”, “czuwajcie!” (Mat. 24:42; 1 Kor. 16;13), a nie “szykujcie się!” – jak to jest odczytywane w apokaliptycznej duchowości millenarystόw..
(W bliskim Panu buddyzmie zen taka postawa permanentnej “czujności” nazywa się chyba “uważnością”?}
Z kolei w nieortodoksyjnym judaizmie podkreśla się immanentny charakter religijnej figury “Mesjasza” (zainteresowanych odsyłam do wydanej w 2003 r. książki Roberta N. Levine, There is no Messiah and you’re it). Nie sposόb nie dostrzec w tym analogii do ewangelicznego nauczania Jezusa:
Te ostatnie słowa należałoby przytaczać wiernym, ktόrzy mają kłopot z zaakceptowaniem “zbyt radykalnych” nauk Chrystusa. Często z powodu legalistycznego ich odczytania, wpędzającego w permanentny stan od-czuwania (niezawinionej nawet) winy.
Problemem pisma zajmował się m.in. Platon w 7 liście i Fajdrosie, z jego stwierdzeń wynika, że najważniejsze sprawy przekazywał ustnie (jego mistrz Sokrates w ogóle nie pisał). Jezus umiał pisać i nawet raz to zrobił ale na piasku, było to jednak czytelnie, bo było wystarczające by oskarżyciele odeszli (J8 oczywiście pod warunkiem, że to opis wydarzenia, a nie konstrukcja literacka). Niektórzy islamolodzy zastanawiają się natomiast czy Mohamet był piśmienny, wiele wskazuje na to, ze nie.
Czwarta ewangelia jest z całą pewnością konstrukcją literacko-teologiczną, a tej perykopy nie ma w jej najwcześniejszych rękopisach (wg. przypisu Biblii Tysiąclecia jej styl i temat wskazywałyby na autorstwo Łukasza, a nie Jana). Niezależnie od kwestionowanej przez biblioznawcόw autentyczności, sam
tekst nie pisanym na ziemi, lecz usłyszanym od Jezusa słowom nadaje moc sprawczą (J 8:7-9).
Pisanie palcem na ziemi to raczej literackie zobrazowanie Jego kategorycznego zdystansowania się od żądnego “wymierzenia sprawiedliwości” tłumu. Zresztą (każda, a ta w szczegόlności) ewangelia – jako popularny w tamtych czasach gatunek literacki – jest tekstem “polifonicznym”, w ktόrym można
usłyszeċ, co ucho i serce zapragnie, więc i interpretacji p. Profesora podważaċ nie zamierzam.
Wiara (także moja) w inspirację Ducha Świętego, ktόra ten tekst czyni sakralnym, dotyczy nie tyle zapisu, co jego możliwych interpretacji (2 Kor. 3:5-6). Nie dotyczy ona natomiast historyczności Jezusa z Nazaretu, ktόry byċ może nie przewidywał, a tym bardziej nie zamierzał tworzyċ nowej religii, lecz wypełniaċ i uczyċ wypełniać (Mat. 5:17) tę, w ktόrą sam – i jak – wierzył.
Właśnie z tego powodu zrobiłem zastrzeżenie co do J 8. Ale jest też przypadek czytania przez Jezusa fragmentu Izajasza w synagodze, więc pewnikim był czytający. Zresztą w judaizmie analfabetyzm był zjawiskiem rzadkim, a już w przypadku rabina raczej wykluczonym. A Jezus był uważana za rabina.
Odpowiadam trochę przekornie, bo miło mi się z p.Profesorem dialoguje. I wiem, że chociaż może to zabrzmieċ obrazoburczo, Pana na pewno nie zgorszy.
Otόż to, że Jezus znał Pisma i potrafił je cytować, wcale nie musi dowodziċ, że je czytał. Pobożni Żydzi, niezależnie od statusu społecznego, od dziecka słuchali i uczyli się na pamięć najważniejszych dla ich wiary fragmentów świętych “ksiąg” judaizmu (cudzyslów, bo chodzi o zapisane na zwojach poszczególne teksty sakralne, których późniejsza Biblia jest skanonizowaną antologią). Zdaniem Wernera H. Kelbera: w Palestynie I wieku A.D. sztuka pisania była w rękach elity wykształconych specjalistόw, a umiejętnośċ czytania wymagała zaawansowanej edukacji dostępnej tylko nielicznym (w: The Oral and Written Gospel, 1983, s. 17).
Przytoczony fragment Ewangelii wg św. Łukasza, w którym cytowane są wersety z Księgi Izajasza, “czytane” przez Jezusa w synagodze, to raczej recytacja wybranego na ten dzień tekstu, który Mu podano (Łuk 4:17).
U tego samego ewangelisty, w przepięknym kantyku Magnificat, Maria cytuje teksty starotestamentowe. A to znaczy, że (wg wiedzy Łukasza) nawet όwczesne kobiety znały Pisma na pamięċ (Matka Jezusa nie byla wyjątkiem, kult maryjny nie był jeszcze znany).
Oczywiście i tu trzeba zrobiċ zastrzeżenie, że ewangelista Łukasz to wyborny poeta, a nie suchy kronikarz, więc spόr o historyczną prawdziwośċ jego relacji byłby bezprzedmiotowy.
W istocie nie gorszy mnie ta uczona wymiana opinii, wręcz przypomina mi moje lektury, którymi się kiedyś pasjonowałem (z pięciu tomów „Marginal Jew. Rethinking the Historical Jesus” Johna P. Meiera, cztery zajmuje honorowe miejsce w mojej domowej biblioteczce). A poza tym stosunek tradycji ustnych do pisemnych przez wiele lat był przedmiotem moich akademickich rozważań (myśl Waltera Onga). Tak więc proszę o jak najwięcej takich „prowokacji”.
Odpowiadam trochę przekornie, bo miło mi się z p.Profesorem dialoguje. I wiem, że chociaż może to zabrzmieċ obrazoburczo, Pana na pewno nie zgorszy.
Otόż to, że Jezus znał Pisma i potrafił je cytować, wcale nie musi dowodziċ, że je czytał. Pobożni Żydzi, niezależnie od statusu społecznego, od dziecka słuchali i uczyli się na pamięć najważniejszych dla ich wiary fragmentów świętych “ksiąg” judaizmu (cudzyslów, bo chodzi o zapisane na zwojach poszczególne teksty sakralne, których późniejsza Biblia jest skanonizowaną
antologią). Przytoczony fragment Ewangelii wg św. Łukasza, w którym cytowane są wersety z Księgi Izajasza, “czytane” przez Jezusa w synagodze, to raczej recytacja wybranego na ten dzień tekstu, który Mu podano (Łuk 4:17).
U tego samego ewangelisty Maria w przepięknym kantyku Magnificat cytuje starotestamentowe teksty, a to znaczy, że (wg wiedzy Łukasza), nawet όwczesne kobiety znały Pisma na pamięċ (matka Jezusa nie byla żadnym wyjątkiem, kult maryjny nie był jeszcze znany).
Oczywiście i tu trzeba zrobiċ zastrzeżenie, że ewangelista Łukasz to wyborny poeta, a nie suchy kronikarz, więc spόr o historyczną prawdziwośċ jego relacji byłby bezprzedmiotowy.
I jeszcze jedna uwaga odnośnie dyskusji w komentarzach. Ciekawe, że odległe czasy (początki chrześcijaństwa) budzą znacznie więcej emocji niż te wczorajsze (Powstanie Warszawskie i II wojna światowa). Wczoraj miałem okazję posłuchać ciekawego wykładu (online) Jana Grabowskiego o nowej narracji propagowanej przez PiS, a zwłaszcza premiera Morawieckiego, IPN i Instytut Pileckiego. Grabowski wprowadził ważne pojęcie różnicujące podejście do Holocaustu. W Polsce nie mamy do czynienia z negowaniem tego wydarzenia tylko z jego zniekształcaniem (distortion), co jego zdaniem jest znaczenie bardziej niebezpieczne, bo trudniej uchwytne.
Nie ma rady, skoro o Holocauscie mowa, powrót do początków chrześcijaństwa jest raczej nieunikniony.
Wprowadzone przez prof. Grabowskiego pojęcie różnicujące podejście do Holocaustu warto by także zastosować do recepcji tekstów nowotestamentowych, zwłaszcza Ewangelii wg. św Jana – którą nagminnie obwinia się o wygenerowanie i usankcjonowanie antysemityzmu wśród późniejszych chrześcijan. Owszem, padają tam z ust samego (literacko upostaciowanego) Jezusa mocne słowa, czy wręcz inwektywy pod adresem żydów, ale przecież chodzi tu o kaplanów i fanatycznych wyznawców ówczesnego, opresyjnego judaizmu, a nie o Żydów jako naród. Autor czwartej Ewangelii sam był Żydem – o Jezusie, Marii i apostołach nie wspominając -.przypisywanie mu „żydożerczych” motywacji świadczy nie tylko o przysłowiowej już religijnej ignorancji szeregowych katolików, ale i o bardzo niebezpiecznym, antyreligijnym resentymencie wśród wygłaszających takie „mądrości” intelektualistów.