20.08.2020

Znany filozof i historyk idei prof. Marcin Król ogłosił koniec świata demokracji liberalnej.
Jeszcze niedawno, przed kilku laty, Profesor wierzył w trwałość europejskich standardów i wyrażał nadzieję, że w Polsce kiedyś będzie normalnie, czyli tak, jak w Europie Zachodniej.
W takim ujęciu norma europejska, czyli demokracja liberalna była tym pożądanym horyzontem i właściwym rozwiązaniem. Tymczasem, rzeczywistość: ta europejska i ta polska, zamiast umacniać nadzieję, skutecznie ją osłabiała. Państwo liberalne przez dekady sprawnie funkcjonujące na podstawie systemu praw i zasad gwarantujących równowagę wewnętrzną i międzynarodową — z czasem zaczęło tracić zdolność odpowiedzi na aspiracje społeczne, a nawet ich trafnego rozeznania.
Sygnałem ostrzegawczym stały się ruchy oburzenia, które przybierały różne formy, ale wszędzie zrodziły się nie tylko z buntu ekonomicznego, lecz wyrażały dążenie do współdecydowania i miały charakter antysystemowy. Przede wszystkim jednak były stanowczym upomnieniem się o obywatelską godność czego liberalne elity wydały się nie rozumieć.
Próbę wykorzystania społecznego niezadowolenia podjęli populiści, którzy lepiej rozeznali narastającą w ludziach potrzebę podmiotowości i ich godnościowo-roszczeniowe aspiracje. Na tej fali doszło do brexitu, prezydentem został Donald Trump, a w Polsce zwyciężyła formacja Jarosława Kaczyńskiego.
Inną formą odpowiedzi na kryzys instytucjonalny były próby reformowania istniejącego systemu przez prezydenta Macrona, drastycznie jednak zweryfikowane przez masowe protesty „żółtych kamizelek”.
Demokracja reprezentatywna uległa erozji, a jej instytucje cierpią na brak skuteczności. Parlamenty, partie polityczne przestały rozwiązywać realne problemy ludzi i przekształciły się – na co zwrócił uwagę niemiecki socjolog, Ralf Dahrenfort – w rodzaj związków zawodowych, obsługujących interesy członków tych instytucji. Degrengoladzie świeckich mechanizmów sprawowania władzy towarzyszy kryzys Kościoła, nasiąkniętego polityką, niezdolnego do samooczyszczenia i powrotu do roli czynnika stymulującego działania na rzecz wspólnoty.
Z tak krytycznego oglądu sytuacji prof. Król wyprowadza wniosek o beznadziejności wszelkich cząstkowych prób jej poprawy i przewiduje rewolucyjne zmiany po okresie chaosu, który zmiecie ze sceny obecną nieudolną i nieuczciwą klasę polityczną.
Dobre, chociaż nieprędkie rozwiązanie polegałoby według Profesora na tym, żeby z nowych ruchów społecznych zrodziła się forma demokracji elektorsko-uczestniczącej, co oznaczałoby rzeczywiste oddanie władzy ludziom.
Warto przez chwilę zastanowić się nad realnością takiej perspektywy. Dotychczasowe doświadczenia wskazują na duże znaczenie ruchów obywatelskich, jakkolwiek budzą wątpliwości co do ich trwałości i zdolności tworzenia niezbędnych struktur, zapewniających realizację słusznych postulatów. Pewnego rodzaju laboratorium stanowiły wydarzenia w Argentynie na początku obecnego wieku, kiedy w warunkach głębokiego kryzysu gospodarczego i politycznego, w wyniku oddolnej inicjatywy, spontanicznie powstała cała sieć lokalnych komitetów zarządzających kryzysem, organizujących zaopatrzenie, samopomoc i zapewniających funkcjonowanie niezbędnych służb użyteczności publicznej. Wybrano przedstawicieli w celu koordynacji działań na szczeblach lokalnym i krajowym, a mimo to nie udało się zinstytucjonalizować tej autentycznie demokratycznej i przydatnej inicjatywy, którą wkrótce pochłonęły tradycyjne partie polityczne wracające, po chwilowym szoku, do wypróbowanych mechanizmów manipulacji opinią publiczną i sprawowania rządów w imieniu zrewoltowanego ludu, a nie przez lud.
Również inne przykłady mogą utwierdzać w przekonaniu, że ruchy obywatelskie i polityczne są skuteczne w przeprowadzeniu konkretnej sprawy, efektywnego protestu i doraźnej zmiany, czasem bardzo istotnej, jednak ich słabością jest stabilizacja i funkcjonowanie w dłuższej perspektywie.
Być może, będzie to możliwe w przyszłości. Na razie na arenie pozostają partie polityczne i oczekiwanie, że zdobędą się na krytyczną refleksję na temat swojego podejścia do inicjatyw i ruchów obywatelskich oraz przygotują nową ofertę ustrojową umiejącą połączyć dzisiejszy świat, jak to wymarzył prof. Król, z wolnością i podmiotowością, której ludzie chcą.

Eugeniusz Noworyta
Dyplomata, b. stały przedstawiciel Polski w ONZ, b. ambasador w krajach Ameryki Płd.
Więcej: Wikipedia

Niestety podzielam pesymizm profesora Króla. Pozostaję jednocześnie pełen podziwu dla ostrożnej i ukrytej nadziei Autora, że partie polityczne cytuję: ,,zdobędą się na krytyczną refleksję na temat swojego podejścia do inicjatyw i ruchów obywatelskich oraz przygotują nową ofertę ustrojową umiejącą połączyć dzisiejszy świat”. Szansa na spełnienie tak sformułowanego oczekiwania podobna jest do tej, że KK w Polsce sam się oczyści i zreformuje.
Na naszych oczach rozgrywa się walka wszystkich ze wszystkimi.Być może czeka nas teraz epoka restauracji monarchii pod postacią panowania dyktatorów przez wiele dekad. A potem wahadło przechyli się w drugą stronę. Albo spadnie z hukiem.
Dążenie do podmiotowości spełnia rolę inicjatywną w polityce gdy jest ona traktowana jako narzędzie właśnie dla takiego dążenia. To właśnie demokracja liberalna powinna zapewniać uniwersalizm podmiotowości uzależniając ją jedynie od działania jednostki.
A więc słuszna diagnoza kryzysu prowadzi tu do fałszywego wniosku. Sam liberalizm jest jednak pojęciem już historycznym dla doktryn gospodarczych i zastąpiony został dość dawno przez doktryny neoliberalne uwzględniające sektorowe role regulatywne państwa. Stąd wracamy do problemu kryzysu społecznego wobec różnicowania podmiotowości.
W teorii ekonomi tezy tzw. ekonomii głównego nurtu są coraz częściej zastępowane wnioskowaniem analizy systemów złożonych. W nich właśnie wpisują się zmienne społeczne. Jakkolwiek znajdowanie stabilnych minimów dla tak złożonych funkcjonałów zapisanych w globalnym systemie gospodarczym nie jest łatwe nie wydaje mi się, żeby demokracja parlamentarna była ofiarą takich procesów. A innej drogi dla planetarnego systemu ładu społecznego przecież nie ma.