29.08.2020

Poryte wąwozami wzgórza między dwiema dzielnicami mojego miasta w latach dość odległych były stałym teatrem walk pomiędzy plemionami Apaczów i Siouxów, wrogimi sobie bez jakiegoś szczególnego powodu, ot tak – dla zasady.
Ciekawym dla dziejopisa szczegółem było to, że Apaczem lub Siouxem bywało się w zależności od miejsca, z którego patrzało się na pole bitwy. Kiedy my patrzeliśmy na nich to byliśmy szlachetnymi Apaczami, oni zaś wrednymi Siouxami, kiedy oni patrzyli na nas widzieli dokładnie to samo – nas jako wrednych Siouxów. Efekt o tyle ciekawy, że ostatecznie było się Apaczem i Siouxem jednocześnie.
Po lekcjach religii w kościelnej salce, w której nasz ksiądz przykładał wielką wagę do znajomości Biblii (dziś miałby problemy ze zwierzchnikami, jak sądzę), a Genesis i Exodus trzeba było znać niemal na pamięć, wryły się w świadomość spostrzeżenia dotyczące źdźbła i belki umieszczone w narządzie wzrokowym pasujące jak ulał do życia naszych plemion.
Obecnie przychodzi mi uzupełniać te prawa przyrody o nowe spostrzeżenia. Takie np., że usilne wpatrywanie się w ogon konia stojącego po drugiej stronie ulicy potrafi doprowadzić do zauważenie muchy siedzącej na naszym nosie. Muchy, której jakoś wcześniej nie potrafiliśmy dostrzec.
Pełne emocji i bardzo uczone analizy sytuacji na Białorusi zwracały i zwracają często uwagę na ciekawy fakt, iż białoruska opozycja na dobra sprawę nie ma lidera, co może mieć istotne znaczenie nie tylko dla wyniku walki z Łukaszenką, ale przede wszystkim dla konstrukcji państwa zbudowanego po jego ew. upadku. Hasła wolności, demokracji itd. same w sobie niewiele znaczą i o niczym nie przesądzają. Są jedynie pięknym przyodziewkiem, o którego urodzie decydują także kształty ciała użytkownika. Na jednym piękna koszulka będzie opięta nad miarę, na innym będzie smętnie zwisać.
Niektórzy posuwają się nawet do twierdzenia, że takie zbiorowe (czy anonimowe) przywództwo to zjawisko nowe we współczesnej polityce, ale które może okazać się trwałą zasadą charakteryzującą świat rodzący się na naszych oczach. Gdyby tak rzeczywiście było oglądalibyśmy zjawisko zamierania i wyzuwania się z wartości ruchów zorganizowanych.
Czy to możliwe?
Spoglądając długo i uważnie w ogon białoruskiego konia zgodnie z zaprezentowaną wyżej zasadą, dostrzegamy nagle siedzącą na naszym nosie muchę. Mucha zaczyna przybierać kształt społeczeństwa, a przynajmniej jego części, która nie potrafi pogodzić się z rodzącą się na jego oczach dyktaturą ciemniaków bis, ale nie wyłania z siebie żadnego elementu sterującego oporem.
Dlaczego? Nie potrafi czy nie potrzebuje?
Jedno jest pewne – ten opór, nawet gdyby miał przybierać na sile (miejmy nadzieję) nie jest i nie będzie oparty o istniejące tzw. partie polityczne odgrywające rolę opozycji ze względu na ich charakter zupełnie niepasujący do okoliczności i potrzeb wielu ludzi.
Skostniały organizm organizacji politycznych wyczerpał swoje możliwości i zupełnie nie odpowiada na współczesne zapotrzebowanie. Patrząc na nasze partie widzimy oczywistą oczywistość – „opozycja” stoi przeciw rządzącym, ponieważ ci pozbawili ją benefitów związanych ze sprawowaniem władzy, a nie dlatego, że ma jakąś inną tejże władzy wizję.
Okazuje się, że przestało mieć znaczenie to, że jeden jest wykształcony, a inny sam nie rozumie co publicznie mówi, jeden gra rolę delikatnego kwiatu na politycznej rabatce, a inny depcze ten kwietnik jak ostatni cham w brudnych i wykoślawionych buciorach – kiedy przyjdzie co do czego prezentują się jako nieznośnie podobni do siebie.
Ostatnio lawina krytyki przeczesała nasze partie polityczne przy okazji projektu podwyższenia uposażeń poselskich. Argumenty były różne, na ogół bardzo populistyczne, ale uwagę zwrócił jeden, absolutnie kompromitujący szczegół. Posłowie tzw. opozycji otrzymywali SMS-y z treścią tłumaczeń, jakie mieli przedstawiać ew. oburzonym wyborcom. I oni te SMS-y wyborcom „odczytywali”!
Czym to się różni od wielokrotnie przez nas wyśmiewanego „przekazu dnia” obowiązującego wyznawców religii jarosławnej?
Nie ukrywam, że osobiście bardzo boleśnie dotknęła mnie ta praktyka ze strony posłanki Nowackiej, do której miałem wielkie zaufanie, widząc w niej osobę uczciwą, nastawioną bojowo, a także mającą własne poglądy. Posłuszne odczytywanie SMS-ów pana Budki bez zmrużenia oka nieco kłóci się z tym moim o niej wyobrażeniem, a jestem wyborcą z jej okręgu. Szkoda.
Byłem na wiecu Rafała Trzaskowskiego w Gdyni (opisywałem to na SO). Wielkie zapowiedzi stworzenia ruchu obywatelskiego porwały obecnych (lekkim dysonansem byłą obecność szefa jednej z partii politycznych), padła konkretna data (koniec miesiąca) i … no co? No nic. Zero. Minęły dwa miesiące, pan Trzaskowski pojechał na urlop, urlop się skończył i?
Co chwila dochodzą nas słuchy, że „już się tworzy” co powoli przestaje być śmieszne, tym bardziej że wciąż mieli się ew. przyszłą nazwę ruchu – Nowa Solidarność wbrew tysiącom rad i komentarzy wskazujących na bzdurność tego pomysłu, których to krytyk najwyraźniej „ruch obywatelski” nie bierze pod uwagę. Piszę w cudzysłowie, ponieważ już wiemy, że po raz kolejny zostaliśmy oszukani. Ten pseudo ruch budowany jest w zatęchłych buduarach jednej z partii politycznych i niewiele będzie miał wspólnego z moim pojmowaniem „ruchu obywatelskiego”. Pan Trzaskowski już zmarnotrawił część potencjału zaufania, jaki mu dano i z każdym dniem marnotrawi resztę (resztkę?).
Rozumiem, urlop rzecz święta, ale po co w takim razie zapowiadać jakąś „walkę”?
Kto przy zdrowych zmysłach, mający szczere zamiary tak postępuje? „Ok, wygram tę wojnę, ale poczekajcie aż się wyśpię i uszyję sobie nowe skarpetki!”
I nie chodzi tu nawet o samego „wodza”, ale o społeczny potencjał, który dwa miesiące temu wybuchł z siłą wulkanu, a teraz stygnie jak lawa (brudna i plugawa – być może, ale mająca swoją siłę) i kiedy zamieni się w kamień na długo odejdzie nadzieja na jakąkolwiek zmianę. A winił za to nie będę neobolszewików z PiS, ale właśnie tych, którzy oszukali ludzi dając im złudną nadzieję. Tym ludziom trudno będzie uwierzyć ponownie przy jakiejś innej okazji, że tym razem nikt ich nie okłamuje.
Tak wygląda (w wielkim skrócie) mucha na naszym nosie.
To, co się dzieje na Białorusi nosi charakter prymitywnej brutalności władzy i jak na razie tylko tym różni się od sytuacji w Polsce. Na razie, bo są już widoczne symptomy tego, iż u nas wcale nie musi być inaczej.
Widać też inne zjawisko. Pojawiają się lokalni przywódcy umiejący zwołać ludzi do protestu w jakiejś konkretnej sprawie, na lokalną na razie skalę, Nie oglądający się na to, czy jakaś partia ich popiera. A czasem wręcz przeciwnie – punktujący partie za ich kunktatorstwo, brak zdecydowania, wyobraźni i JAKIEGOKOLWIEK PROGRAMU na przyszłość. „Obalimy Łukaszenkę/PiS, a potem się zobaczy!”
Kto za tym pójdzie? Młodzi? Żarty.
Czy zjawisko „bezprzywódczego oporu” stanie się i naszym udziałem? Gdyby tak się stało, mielibyśmy rzeczywiście do czynienia z nową jakością w polityce.
Niedawno oglądałem na YT przyjaciela – Saszę Reznikowa, aktora Teatru Muzycznego w Gdyni, Białorusina mającego za sobą więzienie w Mińsku przed laty i widziałem jego łzy, kiedy koledzy z teatru śpiewali chórem „Mury” dla poparcia protestujących na Białorusi. Saszka zaśpiewał ostatnią zwrotkę po białorusku, ledwo dał radę, wzruszenie było autentyczne i silne.
Pomyślałem sobie wtedy: – Saszka, mam nadzieję, że nie będziesz musiał śpiewać tego dla nas.
Oby.
No to muchę już widzimy. I co dalej?
Jerzy Łukaszewski

Paderewski, Curie-Skłodowska, już dawno pisałem że autorytet jest potrzebny, może by wskrzesić jakiegoś ducha, w narodzie oczywiście.
Jakim cudem w takim razie powstała, zorganizowała się, i rozwinęła się „Solidarność”? Czerwoni byli podobni do PiSu, PiS jest podobny do czerwonych. Kościół ten sam, chociaż myśmy o tym nie wiedzieli. Walesa był taki, jaki jest teraz. Wiec dlaczego się udało? Bo nie było wirusów w powietrzu?
To pytanie do socjologów (a mamy ich tutaj). Wg mnie, laika, w tamtych czasach była większa wspólnota interesów szerokich kręgów społecznych. Kapitalizm to rozdrobnił i dziś trudno o szerokie porozumienie.
Po drugie poszerzył się dostęp do informacji rozmaitych, co oprócz dobrych ma i swoje złe strony, bo nikt nikogo nie nauczył jak się informacje przyjmuje i klasyfikuje.
Kiedyś decyzje czerwonych uderzały niemal w całe społeczeństwo jednocześnie, dziś wybiera się poszczególne grupy do uderzania w nie po kolei, a reszta, wychowana w skrajnym egocentryzmie uważa, że to „nie jej sprawa”.
Ja też nie mam pojęcia ale myślę podobnie, też jako laik. Przychodzi mi do głowy kilka powodów, raczej
pomysłów. Jeden z nich ucieszyć powinien Pana Yac Mina. W czasie gdy
powstała Solidarność nieprzypadkowo postulatami jednoczącymi wszystkich
były te dotyczące kwestii finansowych. Jak wszyscy pamiętamy było wtedy
szaro, zimno i biednie. Teraz linia walki przebiega w zupełnie innym
miejscu. Różnice programowe, wartości, idee nie pozwalają jednak uporządkować świata w prosty czarno-biały sposób. Nieprzypadkowo po stronie opozycyjnej istnieje cały wachlarz propozycji i nie udało się wyłonić jednego kontrkandydata A. Dudy.
A propos autorytetu, lidera Wałęsa jaki był taki był. Ale był w odpowiednim miejscu i czasie. Samo zapotrzebowanie na przywódcę nie stworzy takiej jednostki. Musimy się chyba z tym pogodzić i nadal czekać z nadzieją, aż ktoś odpowiedni się znajdzie, urośnie i weźmie na siebie ten potworny ciężar. Chyba to jednak nie jest Rafał Trzaskowski. Miałem wrażenie, że już podczas kampanii wyborczej coś się z nim stało. Miał świetny początek a potem było tylko gorzej. Do tej pory zadaję sobie pytanie dlaczego.
Może dlatego, że początkowo walczył o to, by podnieść w sondażach kandydata PO z piątego na drugie miejsce.
A jak te już osiągnął to podobnie jak macierzysta partia uznał, że reszta głosów mu „się po prostu należy”, a utwierdzała go w tym całkiem spora machina medialna.
Dziennikarze przepytywali kontrkandydatów nie z pomysłów, nie z programu czy z możliwości jego realizacji, ale ze stosunku do Rafała Trzaskowskiego. I wyklinali tych, co próbowali uzmysłowić, że przed nimi dopiero pierwsza runda a RT jest ich kontrkandydatem.
Główny problem polega na rozmijaniu się naszych oczekiwań z rzeczywistością. Rzeczywistość jest
zdecydowanie mniej idealistyczna niż nasze życzenia. Pod pojęciem „my” rozumiem demokratyczną opinię publiczną, czyli z grubsza pewną część wyborców, którzy w II turze poparli Trzaskowskiego. Część tej grupy ludzi przypisała Trzaskowskiemu cechy i umiejętności, którymi onże nie dysponuje. Ta część ostrożnie licząc to około 30% wyborców czyli wyborcy z I tury, bo reszta poparła w I turze innych kandydatów. Sztab wyborczy i sam Trzaskowski dość optymistycznie odczytali wyniki II tury zapowiadając stworzenie ruchu obywatelskiego dla (sic!) 10 milionów ludzi. Tymczasem entuzjastów było dużo mniej, a teraz po upływie prawie 2 miesięcy początkowy entuzjazm jest już tylko wspomnieniem. Zresztą odgórne budowanie „ruchu obywatelskiego” jest przedsięwzięciem dość osobliwym. Zapowiadanie oparcia takiego ruchu na samorządach miałoby jakiś sens, ale musiałby to być ruch wielu gwiazd, a nie jednej gwiazdy, gwiazdy Trzaskowskiego akurat. Wśród polskich szefów samorządów, np. liderów wielkich miast, znalazłoby sie kilka osób z których każda mogłaby byc takim liderem – gwiazdą. NIc z tego nie będzie z powodu rzeczywistości właśnie.
*
Rzeczywistość jest inna. Politycy wszystkich opcji po 1989 r.stworzyli, a po 2005 utrwalili „klasę pasożytniczą” czyli „elity” oderwane od społeczeństwa, stojace z grubsza ponad społeczeństwem i w dużym stopniu ponad państwem i prawem. Byli i do pewnego stopnia są nadal solidarni w tym dziele. System partii politycznych i procedur parlamentarnych jest w znacznym stopniu oparty o ideę związku zawodowego chroniącego interesów polityków. Tylko dlatego po 1989 r. do dzis dnia żaden polityk nie poniósł odpowiedzialności prawnej za skutki swoich działań, choćby działania te narażały interesy RP na poważne szkody. Pojęcie „odpowiedzialności politycznej” jest kpiną ze zdrowego rozsądku wyborców. Partie polityczne są oligarchicznymi strukturami władzy z demokracją fasadową jak np. w PO bądź z brakiem wszelkiej demokracji wewnętrznej jak PiS. Partie nie rozwiązują żadnych ważnych problemów społecznych, a starają sie jakoś przetrwać przy władzy zapewniającej im poważne apanaże. Jedynie i wyłącznie w takich warunkach PiS w ogóle mógł przetrwać jako partia i wygrać wybory w 2015 r.
*
Po 2015 r. największa partia opozycyjna nie dokonała zasadniczych zmian wewnętrznych, w związku z tym jej poparcie społeczne (22%-24%) jest prawdopodobnie szklanym sufitem takiej formuły partyjnej. Zmiany w kierownictwie partii nie zapowiadaja powazniejszych zmian w tej formacji, a praktyka ostatnich tygodni dodatkowo kompromituje istniejące przywództwo.
*
Jeżeli chcemy poważniejszych zmian na polskim rynku partyjnym i parlamentarnym nie powinniśmy liczyć na jakis cudowny ruch obywatelski pod kierownictwem Trzaskowskiego. Są zasadniczo 3 drogi aby takie poważniejsze zmiany przeprowadzić:
– presja społeczna na całkowite zdemokratyzowanie wewnetrzne PO i na masowy rozwój uczestnictwa w tej formacji, niechby pod zmieniona nazwą i formułą,
– rozwój ruchu Hołowni i masowe w nim uczestnictwo,
– utworzenie nowej partii opozycyjnej, od początku demokratycznej i liberalnej w oparciu o samorzady i NGOSy – tzw. trzeci sektor.
NIewykluczone, że aby pokonac PiS potrzebne będą wszystkie 3 kierunki działań.
Trzaskowski już przegrał. Jest kompletnie niewiarygodny, co podkreśliłem w tekście. Co trzeba mieć w głowie, aby obiecywać coś ludziom na wiecu, a następnie znikać na dwa miesiące? Brak wyobraźni to mało powiedziane. Budka, w którym wielu pokładało nadzieje okazał się takim samym aparatczykiem jak Schetyna.
Ruch oparty o samorządy? Byli chętni. U nas deklarował się Karnowski i pani Dulkiewicz i co? Nie doczekali się.
Nie chciałbym być wulgarny, ale jeśli ktoś planuje „ruch obywatelski” budując jego plany w ścisłym porozumieniu z (jakąkolwiek) partią polityczną, to jest zwykłym … no! W innej wersji – oszustem.
Myślę, że system partii politycznych wyczerpał się (i nas przy okazji). Co w jego miejsce? Myślę, że całkiem niedługo możemy się przekonać.
Trzaskowski został „liderem z łapanki – zastąpił KIdawę-Błońską, której poparcie stopniało do małych procentów. Ja nie wiązałem z nim wielkich nadziei, choc trzeba przynać, ze na tle dotychczasowych aparatczyków PO jego osoba wniosła troche świeżego powiewu nadziei. Zgadzam się z Panem, że przegrał bo utracił wiarygodność, którą dysponował w wyborach prezydenckich. On podobnie jak inni aparatczycy PO rozumują w kategoriach „zagospodarowywania wyborców” tak, jakby głosy tych wyborców były własnoscią tych żałosnych aparatczyków. Pomysł aby ruch obywatelski był przybudówką PO-KO nie jest nawet śmieszny, jest żałosny. PO zresztą, kiedy ruch obywatelski KOD był silny i dynamicznie rosnący tak sie go wystraszyła, że zamiast go wspomóc zostawiła na pastwę losu (akurat ten los nazywał sie KIjowski & consortes).
*
Zgadzam się z Panem, że ” system partii politycznych wyczerpał się (i nas przy okazji)” i coś w ramach istniejącej próżni musi powstać. Partie jednak sa silnymi i zasobnymi związkami zawodowymi polityków i twardo będą bronić swoich pozycji – łatwo pola nie oddadzą.
Niewielka skuteczność partii politycznych w realizacji programów społeczno- gospodarczych wynika prawdopodobnie z tego, że współczesne podziały społeczne przebiegają inaczej. Między innymi dlatego pisałem poniżej o potrzebie lidera, który wniósłby charyzmę postaci z poza świata polityki. Natomiast receptą na sukces partii politycznej pozostanie konsekwencja programowa i.. konsekwencja w uczciwości postępowania.
Trochę śmieszy mnie przyznawanie politykom roli elity społecznej. Jest to być może zawód trudno osiągalny w drodze elekcji lecz nie należałoby zapominać, że dla wielu pozostaje poza zakresem zainteresowań. A że są ludzie wybitni zajmujący się polityką, całe szczęście że są także tacy.
A może Trzaskowski wyjechał do jakiejś leśniczówki i pisze program? Państwo poczekają aż wróci z urlopu. Ruch społeczny organizował się bardziej naturalnie wokół Hołowni.
Leśniczówka byłaby świetnym dowcipem, gdyby nie odnosiła sie do żałosnej sytuacji. Sytuacji pewnej mistyfikacji.
*
Politykom nikt nie przyznaje roli elity. Oni rzeczywiscie są elitą w znaczeniu definicyjnym: „…kategoria osób znajdujących się najwyżej w hierarchii społecznej…” a cechą wyrózniającą jest „ex auctoritate: łączenie się w grupę osób o dużym zakresie władzy…” por.: https://pl.wikipedia.org/wiki/Elita
Naturalnie tak rozumiana elita oznacza jedynie pozycję w hierarchii, a pomija ocenę wpływu na rzeczywistość. W tym sensie jeżeli ten wpływ byłby skrajnie destrukcyjny nie pozbawia tej grupy przymiotu elity. Jeżeli podłożylibyśmy pod pojęcie elity wartościowanie wyłącznie pozytywne, wtedy ten wyróżnik przestałby dotyczyć większości polityków.
*
By the way – chętnie poznałbym Pańską ocene którzy ze współczesnych Polaków to „…ludzie wybitni zajmujący się polityką…”. Ja także podejrzewam o to niektórych z nich – ciekawe czy nasze typy (i typki) się pokrywają.
Balcerowicz i Kołodko, w porządku alfabetycznym.
Dopisuję jako, że rozładował mi się telefon: naturalne, że istnieją różne znaczenia takiego pojęcia i opisy definicyjne różnych rodzajów elit. Moje skojarzenie w odpowiedzi dotyczyło więc elity politycznej a nie elity władzy i jak pan widzi pierwsi na myśl przyszli mi teoretycy i praktycy myśli ekonomicznej, ja myślę że we współczesnej Polsce wybitni.
Kryterium zaś skuteczności.. , takie także znajduje się w ujęciach definicyjnych inteligencji i ja mam z nim pewien problem, że tak się wyrażę percepcyjny – załóżmy że w pewnych kręgach aby się np. ożenić należy położyć rękę na pobliskiej pupie ale już nie można się przedtem przedstawiać a już na pewno nie zaprosić jej na kolację albo do zoo, czy więc osoby notorycznie samotne są mało inteligentne ? być może przy czym policzyłem sobie że żeby dostać się do parlamentu należało otrzymać 1.15 promila głosów od głosujących co w znaczeniu metaforycznym przekłada się na położenie ręki na 4 205 pup.
Balcedrowicz, Kołodko w tym samym rzędzie pewnie jeszcze Marek Belka to wszystko są świetnie wykształceni i sprawdzeni w praktyce ekonomiści – zgoda , że wybitni. Ich polityka była prawie zawsze merytoryczna. Tymczasem współczesnie dominują politycy niemerytoryczni czyli demagodzy, pianobije i konfabulatorzy, którzy obiecuja gruszki na wierzbie, a kiedy są zdeterminowani to czasami te gruszki na wierzbie realizują (vide PiS).
Ci wymienieni na poczatku lub ich równie wybitni następcy będa jeszcze bardzo potrzebni kiedy będziemy musieli w Polsce sprzątnąć po pianobijach i populistach. Wtedy będziemy musieli sięgnąc do prawdziwych elit a nie tylko partyjnych nominatów do bycia elitami.
Ja doceniam wolę prowadzenia walki politycznej na łamach SO, jednak ja zwykle dostawałem w nos od elit, no może ostatnimi czasy poprawia mi ulica, także obecnych polityków znam akurat wyłącznie z telewizji a tą z kolei szybko wyłączam.
Słusznie – ja także nie oglądam tv za wyjatkiem wybranych sprawozdań sportowych i czasami jakiegos filmu (raz na kilka miesięcy). No właśnie to „…w nos od elit” jest odpowiedzia dlaczego od 2015 roku rzadzi w Polsce pis. U mnie na wsi ulica mi nie podskoczy bo szybiej od niej jeżdżę rowerem. Prawdę powiedziawszy tutejsza „ulica” woli pogawedki od rekoczynów. A że uczyłem studentów prawie 40 lat więc czasami chętnie tubylcy słuchają mojego bajdurzenia. Mimo obcosci klasowej jednak jestem już stąd!
Gratuluję, ja jestem znikąd, choć pewnie skończy się na tym, że wyjadę do Texasu, znajomy tam ostatnio dostał Nobla więc może dostanę robotę po znajomości, nie to żebym się nadawał ale może coś zakombinuję. W bloku w którym mieszkam kręcą filmy ale nie oglądałem.
Ależ nie ! to przecież moja wina że biorę po nosie ! tylko moja! przyłóżcie mi że tak napisałem, mocniej proszę, ja wytrzymam. Poza tym mam taką teorię że mogę być byłym esbekiem, tzn. być może dlaczego by nie. Można z buta.
pstrykajcie się państwo sami po nosach, ja mam was wszystkich po warkoczyki
Świetna analiza. Niestety, nasze partie to karykatura. Jeśli idzie o program to jest jeden: jak my będziemy rządzić to będzie lepiej. Nie potrafią współpracować i opracować podstawowego wspólnego programu zmian po przejęciu władzy, do czego zachęcał ich już dawno Marek Borowski.
Naród oczekuje na przywódcę, który zauroczy, porwie i obali PiS. Tu jedyną nadzieję pokładałbym w Latającym Potworze (nie „smoku”) Spaghetti. Martwimy się globalnym ociepleniem, trzęsieniami ziemi itp., tymczasem wykazano (czwarty dogmat religii pastafariańskiej), że zmiany te są spowodowane malejącą liczbą piratów. Myślę że i inne dolegliwości jakie nas nękają mają te same przyczyny. Może warto powołać Partię Piratów!
Chyba za wcześnie skreśla się Trzaskowskiego. Dlaczego miałby się od razu „rzucić w wir działalności”? Jest taki rysunek Mleczki. Dowódca mówi do żołnierzy: – Naprzód.
I żołnierze pobiegli z okrzykiem hura!
A dowódca kończy: Naprzód musimy się zastanowić.
Szykowanie ruchu społecznego wymaga namysłu, opinii fachowców, przygotowania. To ma być m.in. współpraca samorządów. To wymaga czasu do ustalenia zasad współpracy itp. Nie powinna to być kontynuacja kampanii przedwyborczej. A i Trzaskowskiemu należał się odpoczynek, tym bardziej że jest wciąż prezydentem Warszawy.
Ja bym poczekał z oceną na „otwarcie” zapowiadane na 5 września i na początki działalności.
No i właśnie tym różni się budowanie ruchu społecznego od partii politycznych. Ruch wykorzystuje moment i emocje, bo to one są jego głównym paliwem na początku. Kiedy ostygną, można się do woli „zastanawiać z fachowcami”. Już będzie po wszystkim.
W efekcie jeśli zechce się w końcu ruszyć otrzymamy kolejną pseudopartyjkę, nikomu do niczego niepotrzebną. Oprócz „działaczy”, rzecz jasna.
5 września? To już trzeci termin jaki słyszę. Na wiecu w Gdyni była mowa o końcu lipca.
Jeżeli coś ma trwać przez parę lat to nie może opierać się tylko na entuzjazmie jaki panował w czasie wyborów. Musi być atrakcyjny i poważny program, a na jego skonstruowanie potrzeba czasu – pomysł powołania ruchu powstał niedawno. Fachowcy są potrzebni od początku, albo będzie jak z udziałem Platformy w wyborach.
Zgoda, ale co nam po wspaniałym programie stworzonym przez wybitnych fachowców, skoro nie będzie ludzi, bo ostygli? A ostygli. Mało tego, wielu uważa się za oszukanych. I mają rację, bo na razie pan Trzaskowski nie zrobił ani jednego samodzielnego ruchu. Wszystko z w uzgodnieniu z panem Budką. I robi tak dalej. Prosta recepta na klęskę.
Jest prezydentem Warszawy, PiS już zadba, żeby miał z tym kłopot (już zaczyna), jest w zarządzie swojej partii. I co jeszcze?
Budowa takiego ruchu wymaga czasu i swobody w dysponowaniu nim. Pan Trzaskowski ją ma? Myślę, że wątpię (c)by Wiech.
Tłuste koty są zawsze leniwe…..trzeba się zdecydować albo tworzę coś nowego co porwie tłumy albo siedzę na stołku ciepłym i tłustym prezydenta W-wy. Trzaskowski ma potencjał ale z każdym dniem zwłoki traci energię…
Tłumy porywają igrzyska. Przekonanie nad kartką wyborczą może zbudować ruch społeczny, warto jednak by nie był to ruch antyintelektualny. Bieganie z flagami niezależnie od ilości pasków jest takie sobie – cokolwiek zgrana płyta, chyba że ktoś znowu komuś przyłoży i będzie można załatwiać na biednego, tradycja zdaje się taka w narodzie jest, pokrzywdzeni zostają bohaterami a kot odwraca dupę, ogonem.
nie wiedzieć czemu tyuł twego tekstu kojarzy mi się z piosenką brassensa „le roi des cons” co (w bardzo ugrzecznionej wersji) znaczyłoby król głupoli.
Kto wie czy nie jesteś najbliższy prawdy 🙂