Stanisław Obirek Mój Kołakowski (1927-2009)

11.10.2020

Pretekstem to pisania o Leszku Kołakowskim jest znakomita biografia pióra jego przyjaciela i autora dwóch tomów rozmów z autorem Głównych nurtów marksizmu, Zbigniewa Mentzla. To książka wyjątkowa z wielu powodów, ale jej największym atutem, moim zdaniem jest barwny język i żywa narracja.

Mentzel wybrał chyba najbardziej stosowny sposób opowiadania życia i twórczości swego bohatera. Wpisał go w czas, w jakim Kołakowskiemu przypadło żyć. Stąd nader trafny podtytuł Czytanie świata. Biograf czyta więc nie tylko Kołakowskiego, ale właśnie stara się zrozumieć świat. Kreśli to również pewną kreską. Wie, że zna tajniki zarówno życia, jak i twórczości jak nikt inny. Ale nie zanudza drobiazgowym opisem, raczej wskazuje na to, co najbardziej znamienne dla tego barwnego życia i fascynującej, obfitującej w zaskakujące zwroty, twórczości.

To prawdziwe szczęście, gdy człowiekowi przydarza się tak wdzięczny obiekt do zgłębienia, jak Leszek Kołakowski. Można bowiem jak w soczewce przyjrzeć się meandrom XX-wiecznej historii i to nie tylko historii Polski. Zbigniew Mentzel kokieteryjnie w odautorskim słowie pisze o sobie tak:

Nie jestem historykiem filozofii ani historykiem idei, brak mi zatem kompetencji, aby po ogromnym, rozciągniętym na wiele stuleci polu jego zainteresowań poruszać się swobodnie (mało kto jest zresztą do tego zdolny). Nie mogłem, ale i nie chciałem pisać o Kołakowskim książki akademickiej, przeznaczonej dla wąskiego grona specjalistów.

(s. 9).

Jako wdzięczny czytelnik dodam, no i dobrze. Takich specjalistycznych książek mamy bez liku, niektóre z nich są naprawdę niemądre (o jednej z nich dość obszernie zresztą Mentzel pisze w ostatnim rozdziale swojej biografii), inne może głupie nie są, ale więcej w nich dowiadujemy się o fobiach czy pasjach autorów niż o Kołakowskim. Sam nie wiem, co jest bardziej szkodliwe czy bezkrytyczny zachwyt, czy bezmyślna krytyka. Można więc je spokojnie pominąć bez szkody rozumienia zarówno dzieła Kołakowskiego, jak i jego czasu.

Tymczasem Leszek Kołakowski zasługuje na to, by się na nim właśnie skupić. Materiału dość i Mentzel potrafi z niego mądrze korzystać. I to nie tylko z dostępnych już prawie kompletnych bibliografii czy kalendarium życia, również z udostępnionego już dla badaczy bogatego archiwum przekazanego przez żonę Tamarę Kołakowską Bibliotece Narodowej (ponad dziewięćdziesiąt olbrzymich pudeł, w tym ponad szesnaście tysięcy listów!). Nie wspominając o tomach pism rozproszonych, które sam Mentzel przygotował i opublikował przed laty.

Tak więc Leszek Kołakowski nie należy do postaci anonimowych czy domagających się odkrycia. Wprost przeciwnie (wbrew wspomnianemu autorowi cytowanemu w ostatnim rozdziale) zarówno w ostatnich latach życia, jak i po śmierci jego dzieła są wznawiane i wydawane w tysiącach egzemplarzy, a więc również czytane, a tak bardzo ceniony przez współczesnych akademików impact factor, czyli wpływ na innych, niejednego mógłby zawstydzić. Nie chodzi więc o zachętę do czytania, bo Kołakowski i tez niej jest czytany i komentowany, ale o mądre czytanie. Książka Kołakowski. Czytanie świata. Biografia, wydana właśnie przez Wydawnictwo Znak wielce w tym będzie pomocna.

Swoje uwagi zatytułowałem przekornie „mój Kołakowski”, a nie np. „Kołakowski Mentzla”. Bo nie tylko o książce Mentzla chcę napisać. Podzielam w całej rozciągłości sympatie autora dwóch tomów rozmów z Kołakowskim, Czas ciekawy, czas niespokojny, które dla zainteresowanych stanowić mogą znakomite dopełnienie tej biografii. Jednak nie wszystkie ważne dla biografa akcenty są dla mnie równie zajmujące. Może to dziwić, ale tzw. rewizjonizm i zaciekłe walki partyjnych kacyków i usłużnych „intelektualistów” są dla mnie po prostu nudne. Znacznie ciekawszy jest podskórny nurt myśli Kołakowskiego, która rozwijała się niezależnie od politycznych zawirowań. Od razu dodam, nie jest to hagiografia, nie jest też książką napisaną na kolanach. To raczej trzeci tom zaczętych rozmów prowadzonych przez rozmówcę zaciekawionego i próbującego rozumieć zarówno wybory życiowe, jak i tematy kolejnych, zwykle przełomowych książek. Ta sympatia udziela się czytelnikowi, podobnie jak i i rozumienie tylko pozornie zaskakujących tematów książek. Jest tego sporo i każdy może zatrzymać się i zgłębiać te wymiary życia i twórczości Leszka Kołakowskiego, które są mu najbliżej.

Dla mnie najciekawsze są tropy pozwalające zrekonstruować sceptyczny światopogląd autora Świadomości religijnej i więzi kościelnej. Pewnie dlatego odnotowałem z zainteresowaniem spotkania wojenne Leszka nastolatka najpierw z Tadeuszem Sczanieckim (późniejszy ojciec Paweł, benedyktyn z Tyńca, który odegrał ważną rolę w moim życiu) w dworku w Wielkopolsce, który go uczył języka francuskiego, czy z osobliwym dziwakiem i znachorem Tadeuszem Kordyaszem w Garbatce. Z tym drugim dyskutował (po łacinie!) zawiłości myśli Tomasza z Akwinu.

Kordyasz to były ksiądz, który napisał doktorat z teologii w Rzymie, a później zrezygnował z kapłaństwa, ożenił się i osiadł właśnie w Garbatce, gdzie go spotkał młody Kołakowski. Po wojnie w 1948 roku opublikował w Radomiu książkę, Zakon miłości, której próżno szukać w bibliotekach. Po wojnie doszło jeszcze do jednego spotkania w dziwnych okolicznościach, kiedy Kordyasz czuł się zagrożony, jednak było to zagrożenie nie ze strony znienawidzonej bezpieki, ale wychwalanych dzisiaj żołnierzy wyklętych. Dlaczego, trudno dociec, choć dociekać pewnie warto. Tak więc wojna dla młodego Kołakowskiego to nie tylko dramat przenosin z miejsca na miejsce, tragiczna śmierć ojca i świadkowanie Zagładzie polskich Żydów (choć to bardzo istotne doświadczenia, które określiły jego światopogląd ostatecznie), ale również kształtowanie podstaw intelektualnych i poznawanie języków obcych, których znajomość w późniejszych latach okaże się bezcenna. To właśnie wtedy rodził się przyszły pogromca teologii scholastycznej. Ale nie tylko spotkania z konkretnym ludźmi były istotne, młody Kołakowski chłonął przede wszystkim książki, a w tym kolejne tomy encyklopedii (niestety wybrakowane, stąd braki w znajomości świata na temat haseł z niektórych liter alfabetu).

Stawiając pytania, do czego partii potrzebny był tak oczytany młodzieniec, który tuż po wojnie podjął studia filozofii na Uniwersytecie w Łodzi, Mentzel odpowiada:

Bardzo prawdopodobne, że odkryła w nim osobistego nieprzyjaciela Pana Boga, zajadłego antyklerykała, który przy swojej erudycji i wyjątkowo bystrym umyśle powinien być szczególnie użyteczny w walce o rząd dusz, którą komuniści prowadzili z Kościołem katolickim.

(s. 119).

Czy były to książki w istocie pisane przez „zajadłego antyklerykała” mam wątpliwości. Raczej prześmiewcy, który wskazywał na najbardziej absurdalne aspekty teologii, ale umiejąc dostrzec jej ciekawe aspekty, jak chociażby myśl Erazma z Rotterdamu. Jak się okazało był użyteczny dla partii, ale tylko do czasu.

Za jeden z najciekawszych rozdziałów książki uważam rozdział siedemnasty zatytułowany „Rozmowa w cztery oczy”. Znana antypatia Władysława Gomułki do nazbyt samodzielnego intelektualisty została pokazana w formie wyobrażonej (choć mocno zakorzenionej w realiach) rozmowy pierwszego sekretarza z Kołakowskim. Nieufnym kosumentom opasłych tomów biograficznych radzę lekturę rozpocząć właśnie od tego rozdziału (to zaledwie dziesięć stron 151-161). Rzuca wiele światła nie tylko na czas gomułkowszczyzny. Jej duch jest raczej z Orwella.

Osobiście bardzo jestem wdzięczny autorowi za przypomnienie jak ważnym był dla Kołakowskiego Spinoza (temat jego pracy doktorskiej), a przede wszystkim zmagania się z jego myślą do końca życia. Pisze Mentzel:

Ale ‘dziwna tajemnica Spinozy’, którą od początku w jego pismach wyczuwał, nie dawała mu spokoju. Wiedział, że ‘dotknął sekretu, i ‘nauczył się wiele z tego dotknięcia’, zdawał sobie jednak sprawę, ze sekret nie do końca został przez niego odkryty i wiele niepokojących paradoksów doktryny Spinozy nadal domaga się wyjaśnienia.

(s. 167).

Może to nie przypadek więc, że ostatnią przekazaną za życia książką do druku było wznowienie właśnie książki poświęconej tajemniczemu myślicielowi z Amsterdamu, Jednostka i nieskończoność. Wolność i antynomie wolności w filozofii Spinozy. Poza tym wielce pouczające są też reakcje na słynny wykład o Jezusie w warszawskim Empiku, który dał niektórym asumpt do przypisywania Kołakowskiemu konwersji na katolicyzm, a partyjnych działaczy zaniepokoił nazbyt pozytywna oceną Jezusa z Nazaretu.

Mam wątpliwości czy biograf ma rację podsumowując wstrzemięźliwe reakcje Kołakowskiego na pozytywne głosy ze strony katolickiej, w tym kardynała Wyszyńskiego. Pisze Mentzel:

Na pojednawcze gesty Prymasa Polski Kołakowski, jawnie pochyliwszy najpierw głowę przed Jezusem Chrystusem, odpowiedział z taką samą chłodną wyniosłością, jak na gniewnie zaciśniętą pięść partyjnego genseka.

(s. 192).

Moje wątpliwości wiążę z dystansem, jaki Leszek Kołakowski zachował całe życie zarówno do religii, jak i do wszelkich totalnych systemów ideologicznych. Nie sądzę również, że chodziło tu o „pochylenie głowy przed Jezusem Chrystusem”. Raczej o uznanie obecności mitu Jezusa w historii i jego kulturotwórczej roli. Podobnie nazbyt pospieszne ocenianie (choćby przez kardynała Dziwisza) jego pozytywnych wypowiedzi na temat Kościoła. Owszem cenił Jana Pawła II, a nawet bronił go wobec dość powszechnych na Zachodzie i w USA ataków, z jakimi się spotykał konserwatyzm polskiego papieża. Jednak znowu, chodziło tu raczej o docenienie obecności katolicyzmu w walce ideologicznej niż osobisty akces do religii. Jednak dystans do Wyszyńskiego (nawet jeśli doceniał jego rolę jako przywódcy instytucji walczącej z komunizmem) i jego ludowego katolicyzmu zachował do końca.

Już bez żadnych natomiast wątpliwości podzielam zdanie autora (wyrażone na s. 209), co do erazmiańskiego ducha, z którego wyrosła bodajże najważniejsza książka Kołakowskiego, Świadomość religijna i więź kościelna. Bezwyznaniowcem pozostał bowiem Leszek Kołakowski całe życie, podobnie jak tak mu bliski Baruch Spinoza.

I już całkiem na koniec wyrażę żal, że autor nie wspomniał, moim zdaniem najważniejszego bodaj eseju późnego Kołakowskiego z 2002 roku „Wiara dobra, niewiara dobra”. Zawarł w nim bowiem swoje sceptyczne credo wobec wszelkich uroszczeń zarówno ludzi wierzących, jak i niewierzących. Właśnie w tym eseju odnalazłem „mojego Kołakowskiego”.

avatar

Stanisław Obirek

Profesor

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita. Ur. 1956
Więcej w Wikipedii

Ostatnie artykuły Autora

6 najnowszych

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com