21.02.2021

Jest na SO co najmniej kilka osób, które uważają edukację, jej stan i jakość za najważniejszy czynnik decydujący o rozwoju. Podzielając ten pogląd cieszę się, że jest nas spora grupka. Mniej, że mamy coraz więcej powodów do niepokoju.
Niczym niehamowane ekscesy niejakiego Czarnka, chluby KUL-u i jego współpracowników powodują, że chwilami cierpnie mi skóra na różnych fragmentach ciała.
Co gorsza, jakoś nie widzę masowego i stanowczego sprzeciwu ze strony rodziców na to, czemu poddawane są ich dzieci. To też dość znamienne dla naszych czasów – brak zainteresowania rodziców (z wyjątkami) tym, co pakuje się do głowy ich dzieciom. Ważne, aby przyniosły świadectwo, które uprawnia do wciśnięcia ich do kolejnej instytucji edukacyjnej, a tam … powtórzymy manewr i zdobywca dyplomu jakiejś uczelni będzie gotowy do robienia kariery, która, jak widzimy, nie zależy ani od zawartości mózgu, ani stopnia inteligencji, umiejętności i żadnych takich dziwadeł.

Założenia edukacji opartej o „światło Ewangelii” są tak proste, że nie potrzeba jakiejś specjalnej fachowości, by przerażały. Wystarczy przeczytać dwa – trzy zdania, jakie wygłaszają reformujący polską edukację, by wpaść w popłoch.
Najciekawsze, że to, co promują, ma bardzo niewiele wspólnego z Ewangelią. Jak to możliwe? Nie wiem, może mam stare wydanie, może w nowszych Jezus naucza inaczej?
Powtarzane do uprzykrzenia zdanie o odejściu od „pedagogiki wstydu” jest najlepszym przykładem. Szukałem po kilkakroć i nie znalazłem w moim wydaniu (Księgarnia św. Wojciecha, najlepsze moim zdaniem wydanie) momentu, w którym Jezus każe ukrywać popełnione złe czyny, tuszować zbrodnie, wypierać się w żywe oczy popełnionych złych uczynków, czyli robić to, co p. Czarnek i jemu podobni nazywają „pedagogiką wstydu”.
Nawiasem mówiąc, szermowanie złą pedagogiką wstydu obecnie rządzący mają ułatwione, ponieważ po latach PRL-owskiej edukacji, w której także obowiązywały „prohibity”, nagłe i nieskrępowane polityką otwarcie się nauk historycznych spowodowało wrażenie, że nie mówimy o niczym innym, tylko o tym, jacy to Polacy byli źli i niedobrzy. Te historyczne „nowości” rzeczywiście na jakiś czas zdominowały, szczególnie publicystykę historyczną, co po 45 latach PRL nie dziwi, ale jednak niesie – jak widać – określone skutki.
Minione 30 lat nie zostało wykorzystane na zmianę nauczania historii. Nie uczy się młodego pokolenia rozumienia procesów historycznych, współzależności wydarzeń, rzadko w naszym nauczaniu historii występuje pojedynczy tzw. zwykły człowiek.
Zwykle tłumaczy się to ogromem materiału skutkującym skupieniem się na datach, miejscach wydarzeniach i osobach wybitnych, co przysparza uczniom sporo pracy pamięciowej, wspaniale mało przydatnej.
Robiłem kiedyś eksperyment prowadząc (z seniorami) przez cały rok wykłady z cyklu „Życie codzienne”, przebiegając przez dzieje śladami dawnych potraw, ubrań, narzędzi itp., co miało pokazywać życie zwykłego człowieka w dawnych czasach.
Proszę mi uwierzyć na słowo – sam byłem zaskoczony faktem, że chcąc nie chcąc historia ukazała nam się w całym swym bogactwie – z wydarzeniami, datami, postaciami itd.
Wystarczyło przy każdym drobiazgu historycznym zadawać pytanie: dlaczego?
Dlaczego w tym regionie jedzono jedno, a w drugim co innego? Wcale nie zawsze zależało to od występujących tam roślin i zwierząt.
Narzędzia. Genialne wynalazki Greków aleksandryjskich z II w. n.e. nie były wykorzystane w praktyce, bo … no właśnie. Bo.
Szkoda, że w ten sposób nie uczy się naszej dziatwy. Ona jeszcze pamięta jak w wieku przedszkolnym zamęczała starszych namolnymi pytaniami „a dlacego? A dlacego?” dopókiśmy jej tego nie oduczyli, na jej ewidentną szkodę.
Mój ulubiony przykład – moda damska XIX wieku. Dlaczego się zmieniała i to w tak oszałamiającym tempie? Przypadek? Dyktatorzy mody? Nic z tych rzeczy, to miało bardzo racjonalne przyczyny, łatwe do wychwycenia.
Założę się o duże pieniądze, że nastolatki w dzisiejszych liceach „chwyciłyby” temat, gdyby im to w ten sposób wyłożyć.
Próbowałem w swojej dawnej szkole średniej. Byłem umówiony z dyrektorką na cykl wykładów, które miały coś dać młodzieży, a mnie dowód na to, że można uczyć inaczej i to z dobrym skutkiem.
Niestety, w sprawę wmieszała się posłanka (a zgadnijcie z jakiej partii?), której pani dyrektor bała się przeciwstawić i zdecydowała o innym kierunku dokształcania młodych kadr. Temat upadł.
Dziś mamy problem nie tylko z tym, czego uczyć, ale także – jak uczyć. Powszechna dostępność do informacji spowodowała, że pozostawiony sobie młody człowiek nieuczony „filtrowania” zaczyna się gubić. Stąd taki wykwit grup i grupek o poglądach jak z komediowej bajki, co może być śmieszne z pozoru, a w rzeczywistości zaczyna być groźne dla naszej wspólnej przyszłości.
Być może to jest zresztą powód, że pomysły czarnków znajdują poparcie, ponieważ mimo wszystko porządkują jakoś ten informacyjny chaos. To, że robią to niebezpiecznie źle, to już inna sprawa.
Kierunek zmian w kształtowaniu ludzkiej mentalności jest zresztą jasno określony i konsekwentnie wdrażany w życie.
Kiedy młodzież oderwie się na chwile od zgłębiania wiedzy i wlepi oczy w telewizor, też nie wiemy co może w nim znaleźć.
Szczególnie po tych, dość sensacyjnych doniesieniach.
Ujawniamy treść umowy TVP i episkopatu. Telewizja Publiczna odmawiała upublicznienia dokumentu
Portal Gazeta.pl ujawnia warunki umowy zawartej w ubiegłym roku przez zarząd Telewizji Polskiej i przedstawicieli Sekretariatu Konferencji Episkopatu Polski. W porozumieniu dokładnie wyliczono obowiązki TVP. Telewizja Polska obiecała m.in., że będzie uwzględniać stanowisko Kościoła katolickiego w 'audycjach publicystycznych, podejmujących problemy moralno-społeczne, życia zawodowego, społecznego i kulturalnego’.
Czytając to martwiłem się trochę, że w TVP zabraknie czasu na podawanie prognozy pogody i informacji o sukcesach rządu.
Ale może niepotrzebnie się martwię. W końcu w programie religijnym też da się zmieścić informacja, iż „Bóg zesłał dziś ocieplenie, na zachodzie do 6 stopni C”, ew. „Pan nasz dał premierowi łaskę zwalczenia pandemii i ożywienia gospodarki” itd.
Żarty? Niekoniecznie. To tylko możliwy fragment pasujący do tworzonej właśnie całości.
Jerzy Łukaszewski

Zaprzyjaźniona nauczycielka uczyła w tutejszej szkole i płakała, że nie może uczyć tak jak chce.; Mąż dostał pracę w Gdyni, była przerażona, że ona, dziewczyna z małego miasteczka jest bez szans. Złożyła kilka podań, zaproszono ją na rozmowę w szkole społecznej. Poszła z duszą na ramieniu, po rozmowie kwalifikacyjnej miała pokazać jak prowadzi lekcję. Po lekcji dzieciaki pytały, czy będzie je teraz uczyć i kiedy zacznie. Sluchający lekcji dyrektor powiedził, że ma te same pytania co dzieci. To było trzy lata temu. Tydzień w tydzień dostajemy sprawozdania od szcześliwej nauczycielki powtarzającejw kółko: Tu wolno uczyć. Szkoła jest utrzymywana przez rodziców, płace podobne jak w innych szkołach, ale są osobne „nagrody za fajerwerki”. To ważne, ale dla niej jeszcze ważniejsze jest to, że tam nauczycielowi wolno uczyć.
Jaka szkoda, że nie żyjemy w czasach ewangelicznych. To, co wyrabia rzekomo katolicki rząd i rzekomo katolicki kościół, zostałoby nazwane po imieniu jako kupczenie i frymarczenie, a urzędnicy jednej i drugiej sekty jako faryzeusze zostaliby pogonieni do diabła. Eh, co ja bym dała, aby móc na to popatrzeć !
Co zaś do rodziców, to gorzej niż barany. Przez całą edukację mego obecnie 22- letniego syna napatrzyłam się na serwilizm szkoły i rodziców wobec kościoła, tolerowanie szatańskich lekcji religii z filmami o egzorcyzmach, tolerowanie prowadzenia dzieci na jakieś nabożeństwa w czasie i w ramach zajęć szkolnych lub karne wożenie ich o jakichś dziwnych godzinach rano do kościoła, itd. Rodzice rzekomo bali się dla swych dzieci skutków gniewu kościoła w razie sprzeciwu. A przecież ważna jest „średnia”! i czerwony pasek na świadectwie. Tymczasem, niechodzenie na religię i do kościoła niczym nie skutkuje, zaś hipokryzja rodziców i ich przyginanie karku przed samozwańczym autorytetem księdza, wyrządza w procesie wychowania dzieciaka więcej szkody niż jakiekolwiek nieprzyjemności spowodowane sprzeciwem wobec kościoła, w tym brak czerwonego paska. Rodzice, mimo że na ogół wykształceni, nie mają takiej refleksji.
Jesteśmy na przednówku, z czego wnioskuję, że także i to jest po części przyczyną pesymizmu Autora. Rzeczywiście jest się czym smucić, choć moim zdaniem widac światełko w tunelu. Deforma Zalewskiej i sama postać Czarnka polskiej edukacji i nauki mają swoje istotne plusy. Tymi plusami jest skala absurdu jaką obydwie postacie zafundowały oświacie a Czarnek dodatkowo próbuje to robić nauce. Te jawne absurdy budzą zazwyczaj reakcje odwrotne od zamierzonych. Polacy, tj. nauczyciele i uczniowe z natury rzeczy bywaja przekorni i jestem pewien, że odrzucą absurdalne pomysły. Gorzej z rodzicami, o czym napisała Pani Ostrowska, to w większości ich konfortmizm i hipokryzja powstrzymują masowy sprzeciw społeczny wobec tych absurdalnych rozwiazań szkolnych. Działa stare, sprawdzone „nie wychylać się”.
*
Na szczęście wszystkie instytucje działają wbrew własnym interesom, oferując bzdury zamiast indoktrynacji.. PiS, jego ministrowie, wespół z hierarchią KRK przyczyniaja się do rozbudzenia postaw i zachowań społeczeństwa obywatelskiego, skutecznie zohydzając ewangelię, religię i samą instytucję kościoła. Moim zdaniem JK jest emerytowanym zbawcą narodu, bowiem od 1989 r. nikt jak on nie zrobił tyle, aby obalić patriarchalny porządek społeczny oraz iinstytucje krk. Nie podejrzewam aby to zrobił celowo, ale efekty ma niezłe.
*
Energetyka polska już w 2002 roku ustaliła, że światło Chrystusa jest jej światłem, co jako żywo przypomina slogan ze stanu wojennego: „zgaś żarówkę, świeć przykładem”. To wszystko przyniesie rezultaty odmienne od zakładanych przez rządzących i katabasów.
Czyli potrzebna byłaby większa niezależność nauczycieli idąca w parze z ochroną zawodu. Lepiej byłoby dozwalać niezależności nauczycielom dobrym a wręcz świetnie wykształconym. Taką grupę zawodową można stosunkowo łatwo ukształtować przyznając odpowiednie wynagrodzenie za pracę. Tymczasem średnia miesięczna pensja nauczyciela pozostaje na poziomie jednej szóstej (wg. podręcznika matematyki szkoły podstawowej oznacza to kwotę około sześć razy mniejszą, przy czym definicja średniej arytmetycznej jest jeszcze w nim zawarta) od mediany miesięcznych zarobków studentów kierunku podyplomowego dobrej szkoły menadżerskiej w Warszawie.
Jako że podobno bolszewicy już wyjechali proszę się nie obawiać, nie zostaniemy bez menadżerów. Lecz w szkołach zdaje się skrzypi, nieprawdaż? A może to bieda.
A w ogóle z tymi podręcznikami śmieszna sprawa, akurat niektóre przeglądałem. Przy całce i różniczce oczywiście, czuć tak wyraźnie siarką i dymem, że ależ skąd aby przedwcześnie, lecz dlaczego piętnastolatka pozbawiać świadomości istnienia funkcji (tj. jednoznacznej zależności, przyporządkowania pomiędzy zbiorami – kiedyś było, że to wystarczy a jaka zdobycz dla dwóch lat programu fizyki) tego akurat nie zgłębiłem. Dzieci także wydaje się, że miały wątpliwości – wprowadziłem szybciutko na grzybkach i nie zorientowały się, że mają nie rozumieć. Początkowo oczywiście, potem sobie coś pewnie googlneli i po bajce.
Co do zarobków nauczycieli to to jest dziwna sprawa. W załączniku ma Pan odpowiedź dyrektora szkoły podstawowej (to też „moja” szkoła) w sprawie zarobków katechety, który jest teoretycznie takim samym nauczycielem jak inni. https://uploads.disquscdn.com/images/fe8f3a77422a89c76e13bb6bcd0d3c835097da0b0bece9e0ea0ba59901be9d95.jpg
Znajomy prof. matematyki zdziwił się niedawno kiedy mu powiedziałem, że w szkole średniej uczono mnie o przestrzeniach nieograniczonych i jednocześnie rozłącznych. Ponoć już tego nie uczą. A ja pamiętam, że od tego tematu zaczął się mój rodzaj szacunku dla matematyki. Orłem nie zostałem, było już za późno, ale przynajmniej opanowałem ją w stopniu ułatwiających pisanie klasówek i zdanie matury z matematyki bez problemów.
W każdym przedmiocie jest więc coś co może ucznia zachęcić. Tylko to coś znaleźć i ciągnąć jak długo się da. Niestety, szał reform od lat zakłóca ten proces.
To prawda, kiedy pracowałem sobie w ośrodku wychowawczym powiedziałem, że będzie o falach, lecz nie o takich z wojska i zainteresowali się migusiem, a ja ciągnąłem przez semestr. Jedynie mi tam było trudno czymś panny zainteresować, mówiły mi ciągle: pan sobie poopowiada a my sobie poczytamy. Także słowo pisane także ważne. A z tą przestrzenią to proszę Pana jest sztuczka diabelska, w analizie matematycznej to już jedynie zbiór podzbiorów, podzbiory inne a ich zbiory nieskończone i już będzie, o przestrzenie funkcji już nawet nie zawadzając. W algebrze zaś to chyba poprawniej struktura algebraiczna tj. przestrzeń nad ciałem z określeniem działania, czyli gdyby na przykład ciała inne, przestrzeń taka sama to też i nie ta sama się okaże.
Czyli to był jakiś świetny katecheta, może tak się tylko nazywał a był od kilku religii naraz.
PS. Dlaczego na Pana e-maila zamiast na pańską wiadomość e-mail , wszelki duch Pana e-maila chwali ale ja znowu nie rozumiem.
Panie Jerzy – pominąwszy meritum odpowiedzi, w tej szkole dyrektor nie pilnuje minimum kultury w postaci form grzecznościowych właściwych dla tego rodzaju pism. Grozą i chamstwem wieje. A katecheta rzeczywiście sowicie wynagradzany – nie ma co!
Przecież oni to mieli robić bezpłatnie. Tak obiecywał niejaki Glemp.
Zanim religia weszła do szkół. Zaraz potem ten sam Glemp w wywiadzie w TV nadawał, że „przecież za pracę należy się płaca”. Nie wiem czy tylko ja mam pamięć słonia, ale społeczeństwo jakoś przełknęło to ewidentne zakłamanie.
Wszelkie złe zachowania Polaków tłumaczono u nas najczęściej trudną przeszłością. Najpierw zaborcy nie dali nam się rozwinąć, potem komuniści świadomie niszczyli naród, na przykład rozpijając go, bo to łatwiej takimi ludźmi rządzić.
To do mnie nie przemawiało. Ale odnoszę wrażenie, że dwie rzeczy wpłynęły na cechy Polaków – pańszczyzna i Kościół katolicki. Dlatego praktycznie nikt się nie buntuje przeciwko władzy (chyba że władza zabiera coś materialnego) i uważa się, że ten kto ma władzę to wie co robi. Rozumu najczęściej się nie używa, a odwaga cywilna jest wielką rzadkością. Zachowanie władz i kleru widać przecież codziennie, ale nikt się nie buntuje, choć najczęściej niczym to nie grozi.
Proszę nie zapominać o tak ważnym czynniku jak „co ludzie powiedzą”. Ślub cywilny sąsiad w małym miasteczku jeszcze przełknie, ale pogrzeb? Nie mówiąc już o tym, że większość cmentarzy jest parafialna.
A propos Pana zmartwień:
„Czytając to martwiłem się trochę, że w TVP zabraknie czasu na podawanie prognozy pogody i informacji o sukcesach rządu.”
Okazuje się, że mozna połaczyć i pochwałę rządu i krytykę opozycji i pogodę i jeszcze uwzględnić stanowisko KK
https://demotywatory.pl/5055297
Cholera, wykwakałem 🙁
zapomniałam dodać, a to miałam przede wszystkim na myśli pisząc o rodzicach, że, na szczęście, coraz częściej z rodziców baranów wyrastają niegłupie dzieci. widać to np. po dojrzewaniu do normalności red. Terlikowskiego, onegdaj ikonicznego wręcz fundamentalisty, którego słyszałam jakiś rok temu w wywiadzie, kiedy przyznał, że swoje poglądy musiał zweryfikować pod wypływem dorastających dzieci. ostatnio tego rodzaju wyznanie poczyniła któraś z posłanek (że zmieniła zdanie nt aborcji pod wypływem dyskusji z córką). takich przypadków jest na pewno o wiele więcej. będę trwać przy poglądzie, że co jak co, lecz akurat dzieci udały się 3 RP. przynajmniej niektóre.
Na tym polega sukces edukacyjny IV RP (od kiedy Rokita zapowiedział czwartą Rzepę):
Wychować dzieciaki w przekonaniu, że w szkole to i tak same bzdury opowiadają, a wiedzy trzeba szukać gdzie indziej 🙂
Czarnek wydaje się pogłebiać tę sprawdzona metodę.