Andrzej Lewandowski: Po bratersku…3 min czytania

()

26.03.2021

ECHA WYDARZEŃ: Wiem, że kibice piłkarscy mnie przeklną, uznając, iż stawiając siatkówkę przed futbolem gwałcę przyzwyczajenia i obyczaj.

Niech będzie! Trwam jednak w przekonaniu, iż awans do finału europejskiej Ligi Mistrzów ma prawo stanąć przed jednym z kilku meczów eliminacyjnych mistrzostw świata. Zwłaszcza jeśli się TO zdarzyło się pierwszy raz w historii. I jako ostatnie maźnięcie pędzlem finalizujące taki obraz.

Nie udaję mądrego, więc z miejsca wyznam, że dopiero teraz bardziej zainteresowałem się Kędzierzynem Koźle i rosyjskim Kazaniem.

Pierwsze – w opolskim, niespełna 70 tysięcy dusz, drugie – stolica Tatarstanu, milion i jeszcze 250 tysięcy obywateli. Pierwsze – to sławne Azoty; drugie – ze dwie fabryki statków powietrznych – pewnie stąd nazwa klubu Zenit, kilkanaście uczelni itd.

Jedno z drugim – daleko od stolic, ale siatkówka na poziomie wyższym od stołecznego. Światowa!

ZAKSA i Zenit dały widowiska, jakie zdarzają się rzadko. TV Kurskiego przegapiła szansę wysyłając swoje gwiazdy na skakanie; nawet red. Przemek mógłby nie wydolić. Taki był serial, taki poziom, takie emocje. Poznałem kilka nowych znakomitości, o których istnieniu wcześniej nie wiedziałem.

Teraz już ZAKSĘ na długo będę miał w pamięci. Nawet gdyby finał (drużyny włoskie, może ta z „rodakiem” Leonem) przyszło przegrać… Gdyby, bo ONI pewnie powalczą o zwycięstwo…

W Kazaniu – 3:2 dla ZAKSY, mimo że przegrywała 0:2 (pisałem w poprzednich Echach; w Kędzierzynie – 3:2 dla Zenitu). 10 setów pasjonującej walki i zero – zero. Przez cały czas coś w rodzaju dawnego olimpijskiego (tak, tak – było) przeciągania liny…

Czyli – złoty set: wygrywający awansuje, przegrywający … narzeka na los. Młodziankowie z ZAKSY byli do końca uparci, awans został na Opolszczyźnie. Gdyby tak kiedyś jeszcze klubowym futbolistom z naszego podwórka udało się dostać do finału Ligi Mistrzów…

Już czas piłki. Zaczęły się eliminacje mistrzostw świata. Niby, jak w powiedzeniu, że pierwsze koty za płoty, zawsze początek jakoś opisuje humory. Holendrom – dla przykładu – w Turcji miny zrzedły. Przegrali 2:4, a pokonał ich jednoosobowo piłkarz nazwiskiem Burak Yilmaz . Zdobył trzy gole…

MY? Pod nowym trenerem? W Budapeszcie jak w porzekadle – po bratersku. Gospodarze też mieli chrapkę na punkty, mimo że tej drużynie klasa dawnej Puskasa nie jest jeszcze dama. Nie byli daleko od celu: 2:0, 3:2… Metody proste, podania „do przodu”, blisko dziurawego jednak pola karnego i było groźnie, a przecież śnił się nam komplet punktów.

Mieliśmy drużynę ochoczą do grania. Personalnie z taką siłą w napadzie, że… Do przerwy świeże wydawało się pytanie: nie ma porządnej koncepcji, czy jest, ale sił na urzeczywistnianie nie staje?

Znak zapytania wymazały zmiany kadrowe, one odświeżyły drużynę, przewietrzyły szablon. I zrobiło się lepiej niż mogło być. Gramy dalej… Pytanie – z jakim skutkiem – nadal świeżutkie. Przybliżenie odpowiedzi – na Wembley…

Nie wyszło rodakom pierwsze latanie na sławnej Planicy. Nie tylko naszym, z grona faworytów, kilku bardzo sławnych nie przeszło z awansem przez pierwszą kolejkę. Pech, zbieg okoliczności, wypadek przy pracy? A może coś ze znużenia – sezon długi, stresy startowe spotęgowane nastrojem „wirusowym”; tak długo życie na walizkach i w podróży, te same – za przeproszeniem – gęby od rana po wieczór… Toż, nawet jeśli prezes Apoloniusz i dyrektor Adam robią, co mogą by stan świeżości podopieczni zachowali… Może niektórych psychicznie rozbroił widok wypadku norweskiego kolegi. A może – nic z tych rzeczy i jutro będzie znów dobrze?

Andrzej Lewandowski


Senior polskiego dziennikarstwa sportowego, b. szef działu sportowego „Trybuny Ludu”.

Więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.