Waldemar Korczyński: Dobry uczynek jest jak Kali ukraść krowa

18.10.2021

Motto Ścisłość/precyzja wyklucza znaczenie

Rene Thom, twórca Teorii Katastrof

Duch i Litera prawa. W tzw. teorii prawa mówi się często o jego „literze” i „duchu”. Ten „duch”, to oparte jakoś o szeroko rozumianą cywilizację tzw. wartości aksjologiczne, dokładniej to jakiś system wartości składający się z wartości i sposobów manipulowania (w tym pozytywnym znaczeniu) nimi oraz kulturę, tj. cały konglomerat tradycji, obyczajów, wierzeń i diabli (i antropolodzy) wiedzą co jeszcze.

Litera prawa to te fragmenty jego ducha, które udało się komuś skodyfikować, tzn. wyartykułować w mniej lub bardziej (na ogół mniej) mądry/adekwatny sposób. Z tą artykulacją to tak różnie bywa; czasem jest względnie (tzn. przez jakiś czas) stabilna/niezmienna (tradycja prawa kontynentalnego), ale bywa i z założenia dynamiczna, tj. modyfikowana np. przez kolejne orzeczenia (tradycja anglosaska, tzw. common law). Oba sposoby tworzenia i stosowania prawa mają swe zalety i wady; pierwszy pozwala poprzez „czepianie się”, np. możliwych interpretacji czy rozstrzygania przez rozmaite trybunały co też „ustawodawca miał na umyśle” tworząc jakiś durny przepis, drugi pozwala walić przeciwnika/stronę sporu po łbie imponderabiliami. Jednym słowem; co kto lubi i co mu wygodnie.

No to zobaczmy na przykładach, jak toto funkcjonuje w praktyce. Podane niżej przykłady wybrałem celowo spośród tych najbardziej chyba kontrowersyjnych, by trudno było powiedzieć, że nas nie dotyczą.

  1. Pierwszy chyba bardziej znany kłopot pojawił się przy „rozliczaniu” zbrodni ludobójstwa po II WŚ. Z punktu widzenia istniejącego wówczas prawa większość skazanych w Norymberdze była niewinna. Nikogo osobiście nie zabili ani nawet osobiście i bezpośrednio do zabójstwa nie namawiali. A nigdy przedtem nikogo np. za pośrednie dowodzenie mordowaniem (wydawanie rozkazów, zaleceń itp.) nie sądzono. Były jakieś sugestie prasowe, by „ukarać” Leopolda II za Kongo (nikt chyba nie wie, czy było to bliżej 10 mln, ofiar czy raczej 20 mln), ale żaden wyrok nie zapadł i nikt nie wpadł na pomysł, by stosowny przepis do prawa (jakiego?!) wprowadzić. Zamiast tego wykoncypowano tzw. Konwencję Haską, mówiącą o tym, których to niewinnych ludzi i jak mordować można zgodnie z prawem.

    A jednak w Norymberdze wyroki wydano. Również wyroki śmierci. Zadecydował właśnie wspomniany „duch prawa”, które tak naprawdę wyartykułowane zostało (niekiedy chyba „ad hoc”) później. I Norymbergę świat zaakceptował.
  2. Drugi przykład z tej samej beczki. Aby powiesić Eichmanna (zgodnie z prawem istniejącym w chwili popełniania zbrodni chyba również niewinnego) Izrael zmienił swe prawo tak (wprowadzając karę śmierci), by skazać Eichmanna na powieszenie zgodnie z literą prawa.
  3. Domagamy się od Niemców reparacji za poniesione w wojnie straty. Gdybyśmy byli zwycięzcami, potrafilibyśmy pewnie wymusić te reparacje w jednym z zawieranych jeszcze podczas wojny i po niej układów. Ale nie byliśmy; nie wiem, czy reprezentacja LWP brała udział w paradzie zwycięstwa w Moskwie, czy nie, ale wiem, że na Zachodzie nas do tego nie dopuścili. Do decydowania o odszkodowaniach za poniesione (ogromne przecież) straty też nie. No i stanęło na tym, że reparacje dostaniemy od Rosjan (ale nie za zabrane nam ziemie, zniszczone działaniami wojennymi dobra czy wymordowanych obywateli, lecz za straty poniesione od Niemców) wysokości 15% tego, co oni od Niemców „dostaną” (tzn. zrabują). Na dodatek dostaliśmy w administrowanie do chwili podpisania traktatu pokojowego niemieckie ziemie na wschód od Odry i Łużyckiej Nysy. A potem utworzono Enerdówek, ZSRR wspaniałomyślnie zrzekł się odszkodowań i zostaliśmy z ręką w nocniku. Od kilku lat domagamy się reparacji, przywołując rozmaicie rozumiane pojęcie sprawiedliwości i ducha prawa, a Niemcy mówią „Wała, przecież zrezygnowaliście. I było to wszystko Lege Artis, więc nic wam się nie należy”. No i zgodnie z literą prawa mają rację.

    Nigdzie przecież nie jest napisane, że jak ktoś podpisał coś pod przymusem (to nasza argumentacja), to ma się domagać odszkodowania od kogokolwiek, kto go do tego podpisu nie przymuszał. A Niemcy nas nie przymuszali. Tu my o „duchu”, a Niemcy o „literze” prawa gadają.
  4. No i ostatni, bardzo aktualny przykład. Spór kompetencyjny naszego rządu z UE. My twardo przywołujemy jasny przepis naszej konstytucji, a UE bardziej ducha niż nieprecyzyjne przepisy traktatu Lizbońskiego i trochę lepiej sformułowane, a podpisane przez nas porozumienie „forsa za praworządność”. Tu my mamy „literę”, a UE „ducha” prawa. Tak naprawdę, to UE ma trochę więcej, bo konstrukcja Traktatu Lizbońskiego była bardzo „innowacyjna”, tzn. TL niczego właściwie jasno nie rozstrzygał, wprowadzając tzw. ekonomię norm i „miękkie sposoby dochodzenia do porozumienia”. Jest na ten temat spora literatura. Do mnie najbardziej trafia napisana/wydana w 2009 roku książka Jadwigi Staniszkis „Antropologia władzy” poświęcona w całości Traktatowi Lizbońskiemu.

Tak to wygląda. Każdy pilnuje swego; Jak Kali ukraść krowa, to być dobry uczynek, a jak Kalemu ukraść krowa, to być zły. Przykładów sporu, gdzie strony gadają „równolegle” każdy z nas znajdzie mnóstwo. Wszyscy problem znają, ale nie widać nikogo, kto chciałby coś z tym zrobić. Pisze o tym sporo ludzi (ja też, m.in. w tekście „Zmień nienawiść na rachunki”), ale nic z tego nie wynika. Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś, że nic wyniknąć nigdy nie może, bo pierwszy polityk, który by to podniósł musiałby się z władzą pożegnać. Ja nie do końca jestem o tym przekonany, ale dobrych kontrargumentów nie mam.

Co ma „Kałach” do Traktatu Lizbońskiego? Wbrew pozorom sporo. Pomysł takiej broni powstał w Niemczech i zasadza się na spostrzeżeniu, że ani klasyczny karabin np. używany przez Niemców Mauser (chyba wz. 98) ani pistolet maszynowy nie nadają się dla żołnierza szturmującego wrogie pozycje. Pierwszy wymaga strzelania z ramienia (duży odrzut) i ma niewielki magazynek, a drugi ma mały zasięg skutecznego rażenia i fatalną celność. W obu przypadkach winien jest nabój; w pierwszym za duży, w drugim za mały. Wymyślili więc Niemcy amunicję pośrednią. I tak powstał karabin szturmowy Sturmgewehr 43 (chyba; dokładnej nazwy, a właściwie „numeru” nie pamiętam). Karabinek/automat AK 47 Kałasznikowa został z niego prawie „żywcem zerżnięty”.

Jednak „prawie” robi tu ogromną różnicę. Wprawdzie już Sturmgewehr zacinał się znacznie rzadziej niż np. MP, ale Kałach przebija go pod tym względem o kilka klas. Jest bronią niezawodną praktycznie w każdych warunkach. A przyczyna leży w tolerancji; współpracujące ze sobą części AK 47 nie są tak dokładnie, jak w niemieckim pierwowzorze do siebie dopasowane. Dokładnie tak jak zapisy Traktatu Lizbońskiego. Nie posądzam jego (TL) autorów o znajomość pomysłu Kałasznikowa. Jakbym ja miał taką jak oni forsę, to, zamiast o jakimś Kałasznikowie, wolałbym pogadać o dobrym koniaku, homarach czy inszych specjałach, ale w historii znane jest wiele przypadków dziwnego rozprzestrzeniania się idei/wiedzy (ciekawy pomysł tzw. pól morficznych miał swego czasu angielski chyba lekarz i fizyk Sheldrake).

Dla nas interesujące jest pytanie. Czy – gdyby części AK 47 produkowane były w różnych zakładach, a produkt finalny montowany tylko w kilku wybranych – to jakiś zakład produkujący np. zamek mógłby nagle „literalnie” naśladować Niemców i zacząć produkować swoją część bez tolerancji? Ja podejrzewam, że kłopot byłby spory. A to jest dokładnie nasza sytuacja jako współproducenta unijnego prawa. Naprawdę raz jeszcze polecam książkę Staniszkis. Napisana trudnym, bardzo gęstym, językiem, ale „na raty” przeczytać się da. Naprawdę warto.

Waldemar Korczyński

Print Friendly, PDF & Email