18.10.2021
Motto Ścisłość/precyzja wyklucza znaczenie
Rene Thom, twórca Teorii Katastrof

Duch i Litera prawa. W tzw. teorii prawa mówi się często o jego „literze” i „duchu”. Ten „duch”, to oparte jakoś o szeroko rozumianą cywilizację tzw. wartości aksjologiczne, dokładniej to jakiś system wartości składający się z wartości i sposobów manipulowania (w tym pozytywnym znaczeniu) nimi oraz kulturę, tj. cały konglomerat tradycji, obyczajów, wierzeń i diabli (i antropolodzy) wiedzą co jeszcze.
Litera prawa to te fragmenty jego ducha, które udało się komuś skodyfikować, tzn. wyartykułować w mniej lub bardziej (na ogół mniej) mądry/adekwatny sposób. Z tą artykulacją to tak różnie bywa; czasem jest względnie (tzn. przez jakiś czas) stabilna/niezmienna (tradycja prawa kontynentalnego), ale bywa i z założenia dynamiczna, tj. modyfikowana np. przez kolejne orzeczenia (tradycja anglosaska, tzw. common law). Oba sposoby tworzenia i stosowania prawa mają swe zalety i wady; pierwszy pozwala poprzez „czepianie się”, np. możliwych interpretacji czy rozstrzygania przez rozmaite trybunały co też „ustawodawca miał na umyśle” tworząc jakiś durny przepis, drugi pozwala walić przeciwnika/stronę sporu po łbie imponderabiliami. Jednym słowem; co kto lubi i co mu wygodnie.
No to zobaczmy na przykładach, jak toto funkcjonuje w praktyce. Podane niżej przykłady wybrałem celowo spośród tych najbardziej chyba kontrowersyjnych, by trudno było powiedzieć, że nas nie dotyczą.
- Pierwszy chyba bardziej znany kłopot pojawił się przy „rozliczaniu” zbrodni ludobójstwa po II WŚ. Z punktu widzenia istniejącego wówczas prawa większość skazanych w Norymberdze była niewinna. Nikogo osobiście nie zabili ani nawet osobiście i bezpośrednio do zabójstwa nie namawiali. A nigdy przedtem nikogo np. za pośrednie dowodzenie mordowaniem (wydawanie rozkazów, zaleceń itp.) nie sądzono. Były jakieś sugestie prasowe, by „ukarać” Leopolda II za Kongo (nikt chyba nie wie, czy było to bliżej 10 mln, ofiar czy raczej 20 mln), ale żaden wyrok nie zapadł i nikt nie wpadł na pomysł, by stosowny przepis do prawa (jakiego?!) wprowadzić. Zamiast tego wykoncypowano tzw. Konwencję Haską, mówiącą o tym, których to niewinnych ludzi i jak mordować można zgodnie z prawem.
A jednak w Norymberdze wyroki wydano. Również wyroki śmierci. Zadecydował właśnie wspomniany „duch prawa”, które tak naprawdę wyartykułowane zostało (niekiedy chyba „ad hoc”) później. I Norymbergę świat zaakceptował. - Drugi przykład z tej samej beczki. Aby powiesić Eichmanna (zgodnie z prawem istniejącym w chwili popełniania zbrodni chyba również niewinnego) Izrael zmienił swe prawo tak (wprowadzając karę śmierci), by skazać Eichmanna na powieszenie zgodnie z literą prawa.
- Domagamy się od Niemców reparacji za poniesione w wojnie straty. Gdybyśmy byli zwycięzcami, potrafilibyśmy pewnie wymusić te reparacje w jednym z zawieranych jeszcze podczas wojny i po niej układów. Ale nie byliśmy; nie wiem, czy reprezentacja LWP brała udział w paradzie zwycięstwa w Moskwie, czy nie, ale wiem, że na Zachodzie nas do tego nie dopuścili. Do decydowania o odszkodowaniach za poniesione (ogromne przecież) straty też nie. No i stanęło na tym, że reparacje dostaniemy od Rosjan (ale nie za zabrane nam ziemie, zniszczone działaniami wojennymi dobra czy wymordowanych obywateli, lecz za straty poniesione od Niemców) wysokości 15% tego, co oni od Niemców „dostaną” (tzn. zrabują). Na dodatek dostaliśmy w administrowanie do chwili podpisania traktatu pokojowego niemieckie ziemie na wschód od Odry i Łużyckiej Nysy. A potem utworzono Enerdówek, ZSRR wspaniałomyślnie zrzekł się odszkodowań i zostaliśmy z ręką w nocniku. Od kilku lat domagamy się reparacji, przywołując rozmaicie rozumiane pojęcie sprawiedliwości i ducha prawa, a Niemcy mówią „Wała, przecież zrezygnowaliście. I było to wszystko Lege Artis, więc nic wam się nie należy”. No i zgodnie z literą prawa mają rację.
Nigdzie przecież nie jest napisane, że jak ktoś podpisał coś pod przymusem (to nasza argumentacja), to ma się domagać odszkodowania od kogokolwiek, kto go do tego podpisu nie przymuszał. A Niemcy nas nie przymuszali. Tu my o „duchu”, a Niemcy o „literze” prawa gadają. - No i ostatni, bardzo aktualny przykład. Spór kompetencyjny naszego rządu z UE. My twardo przywołujemy jasny przepis naszej konstytucji, a UE bardziej ducha niż nieprecyzyjne przepisy traktatu Lizbońskiego i trochę lepiej sformułowane, a podpisane przez nas porozumienie „forsa za praworządność”. Tu my mamy „literę”, a UE „ducha” prawa. Tak naprawdę, to UE ma trochę więcej, bo konstrukcja Traktatu Lizbońskiego była bardzo „innowacyjna”, tzn. TL niczego właściwie jasno nie rozstrzygał, wprowadzając tzw. ekonomię norm i „miękkie sposoby dochodzenia do porozumienia”. Jest na ten temat spora literatura. Do mnie najbardziej trafia napisana/wydana w 2009 roku książka Jadwigi Staniszkis „Antropologia władzy” poświęcona w całości Traktatowi Lizbońskiemu.
Tak to wygląda. Każdy pilnuje swego; Jak Kali ukraść krowa, to być dobry uczynek, a jak Kalemu ukraść krowa, to być zły. Przykładów sporu, gdzie strony gadają „równolegle” każdy z nas znajdzie mnóstwo. Wszyscy problem znają, ale nie widać nikogo, kto chciałby coś z tym zrobić. Pisze o tym sporo ludzi (ja też, m.in. w tekście „Zmień nienawiść na rachunki”), ale nic z tego nie wynika. Jeden z moich znajomych powiedział kiedyś, że nic wyniknąć nigdy nie może, bo pierwszy polityk, który by to podniósł musiałby się z władzą pożegnać. Ja nie do końca jestem o tym przekonany, ale dobrych kontrargumentów nie mam.
Co ma „Kałach” do Traktatu Lizbońskiego? Wbrew pozorom sporo. Pomysł takiej broni powstał w Niemczech i zasadza się na spostrzeżeniu, że ani klasyczny karabin np. używany przez Niemców Mauser (chyba wz. 98) ani pistolet maszynowy nie nadają się dla żołnierza szturmującego wrogie pozycje. Pierwszy wymaga strzelania z ramienia (duży odrzut) i ma niewielki magazynek, a drugi ma mały zasięg skutecznego rażenia i fatalną celność. W obu przypadkach winien jest nabój; w pierwszym za duży, w drugim za mały. Wymyślili więc Niemcy amunicję pośrednią. I tak powstał karabin szturmowy Sturmgewehr 43 (chyba; dokładnej nazwy, a właściwie „numeru” nie pamiętam). Karabinek/automat AK 47 Kałasznikowa został z niego prawie „żywcem zerżnięty”.
Jednak „prawie” robi tu ogromną różnicę. Wprawdzie już Sturmgewehr zacinał się znacznie rzadziej niż np. MP, ale Kałach przebija go pod tym względem o kilka klas. Jest bronią niezawodną praktycznie w każdych warunkach. A przyczyna leży w tolerancji; współpracujące ze sobą części AK 47 nie są tak dokładnie, jak w niemieckim pierwowzorze do siebie dopasowane. Dokładnie tak jak zapisy Traktatu Lizbońskiego. Nie posądzam jego (TL) autorów o znajomość pomysłu Kałasznikowa. Jakbym ja miał taką jak oni forsę, to, zamiast o jakimś Kałasznikowie, wolałbym pogadać o dobrym koniaku, homarach czy inszych specjałach, ale w historii znane jest wiele przypadków dziwnego rozprzestrzeniania się idei/wiedzy (ciekawy pomysł tzw. pól morficznych miał swego czasu angielski chyba lekarz i fizyk Sheldrake).
Dla nas interesujące jest pytanie. Czy – gdyby części AK 47 produkowane były w różnych zakładach, a produkt finalny montowany tylko w kilku wybranych – to jakiś zakład produkujący np. zamek mógłby nagle „literalnie” naśladować Niemców i zacząć produkować swoją część bez tolerancji? Ja podejrzewam, że kłopot byłby spory. A to jest dokładnie nasza sytuacja jako współproducenta unijnego prawa. Naprawdę raz jeszcze polecam książkę Staniszkis. Napisana trudnym, bardzo gęstym, językiem, ale „na raty” przeczytać się da. Naprawdę warto.
Waldemar Korczyński

To w zasadzie jest mój postulat od lat. PiS oraz szerzej pojęta „klasa polityczna” powinna być osądzona przez swego rodzaju „Trybunał Norymberski” za zbrodnie przeciwko narodowi, państwu prawa i Konstytucji.
Ponadto, gdybym mógł, to zmieniłbym 43 Art. Konstytucji z brzmienia: „Zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości nie podlegają przedawnieniu.” na „Zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości oraz zbrodnie przeciwko demokratycznemu państwu prawemu i prawom człowieka nie podlegają przedawnieniu, jak również niedziałaniu prawa wstecz.”
A Art. 13. Konstytucji w brzmieniu „Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.” zamieniłbym na: „Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach i praktyce działania do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową, narodowościową i wszelką inną, stosowanie przemocy, dezinformacji i mechanizmów manipulacji opinią publiczną w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa.”
Dopóki takie zmiany nie są możliwe, to stosowałbym te zasady nawet pozakonstytucyjnie, tak jak to robi dzisiaj cała „klasa polityczna”.
Ale jako bezpartyjny obywatel, pozbawiony praw wyborczych, nic nie mogę. To takie marzenia ściętej głowy. Marzyciela fantazjującym o tzw. „demokratycznym państwie prawnym”.
Prawdę mówiąć nie do końca zrozumiałem odniesienie do Kałasznikowa. Czy dobrze myślę, iż Autor powiedział czytelnikom, że nasze przygody z UE, lekceważenie przez rządzących i łamanie wprost naszej własnej Konstytucji, niszczenie demokracji, naruszanie niezawisłości sedziowskiej, UE a la carte, UE jako bankomat to jest ta „tolerancja” konstrukcyjna i produkcyjna, dzięki której UE (czyli przykładowy kałach) lepiej będzie funkcjonować, przez wypełnienie tych niedopowiedzień z traktatu akcesyjnego?
Czy może po prostu zupełnie opatrznie zrozumiałem intencje Autora?
*
A propos Książki pani profesor Jadwigi Staniszkis „Antropologia władzy” kilka zdań komentarza. Warto pamiętać, że pani profesor którą znam osobiście i jej dorobek cenię, weszła w okres po 1989 r. pod dużym wrażeniem studiowania materiałów o działalności polskich i sowieckich służb specjalnych. We wnioskach z tych badań widać jej wyraźną fascynację sprawnością i sprawczością tych służb. Znakomity warsztat i pióro zawodowego socjologa Jadwiga Staniszkis w omawianym okresie po 1989 r. uzupełniła swego rodzaju uznaniem bezpośredniego ale także pośredniego oddziaływania tych służb na losy krajów i organizacji międzynarodowych.. Stąd jej prace z tego okresu mają charakter mieszanki dzieł spiskowo-socjologicznych, w odniesieniu nie tylko do Rosji, Polski, ale także do innych obszarów geograficznych, w tym także w odniesieniu do Unii Europejskiej. Napisałem o tym nie po to aby dezawuować dorobek naukowy Pani Profesor, ale po to aby uświadomić Autorowi i potencjalnym czytelnikom tej pozycji, iż nie jest to praca stricte naukowa, a publicystyczno-popularyzatorko-socjologiczno- spiskowa. Nie musi to wcale oznaczać jej mniejszej wartości czy przydatności do rozumienia opisywanych zjawisk i procesów, niż pracy czysto naukowej.
Chyba faktycznie nie za bardzo precyzyjnie coć napisałem, Generalnie
idzie mi o to, że prawo jest – delikatnie mowiąc – niejednoznaczne
i każdy Kali swój wycinek ma. Gdyby było inaczej, nie byłoby tzw.
„dobrych” prawników, którzy z manipukowania prawem zyją.
Ja jestem entuzjastą wszelkich pomysłow na maksymalne zapewnianie
np. niesprzeczności prawa i uważam, że trzeba je poprawiac ile sie
tylko da, ale nie bardziej. A spór między naszym
rząem a TSUE widzę jako nie do końca zdefiniowany. Literalnie
rzecz biorąc rząd ma rację mówiąc o Konstytucji w tym,
co chce mówić. A TSUE mówi nie tylko o twardych
przepisach , ale równiez o wartościach
aksjologicznych na których Unie budowano. I każdy podkreśla inne
aspekty naszych prawno – aksjologicznych relacji z UE. To sa rozmowy
równoległe, które ani do wspólnego, wywodliwego z połączenia
Traktatu Lizbońskiego i innych aktów prawnych z nasza Konstytucją
(okrojoną do tego co rzad wybrał, oczywiście) wniosku, ani do
równie jasnej sprzeczności nie doprowadzą. W takiej sytuacji
konieczna jest „tolerancja interpretacyjna” (stąd porównanie do
Kałacha, ale o UE a la carte czy UE jako bankomat mowy byc nie może, bo to nie jest tolerancja tylko usuwanie części broni, np. zamka) i dobra wola obu stron. My mamy, niestety, jedynie upór i
końskie okulary. Nie wiem co będzie w Brukseli za kilanascie
godzin, ale cokolwiek by było, dobrze nie będzie. Jesli Premier
ogłosi sukces jak po rozmowach rok temu, to stracic może
„sprawdzaczy”, którzy skupią się wtedy wokół Ziobty.
Jesli uczciwie powie, że forsa jest potrzebna i spełnił unijne
żądania to straci twarz (te resztki). Nie wiem co gorsze. Książke
J. Staniszkis pierwszy raz przegladalem zaraz po pierwszym wydaniu,
bo pokazano mi ja jako ciekawostkę. Chodziło o to, że pokazujący
mi to znajomy zauważył bardzo zreczne wyartyukułowanie przykładu
sytuacji, która występuje kiedy chcemy coś synchronizować. Tu
chodziło o „politykę sądowniczą” (wiem, że to jest
neologizm, ale nie mam lepszego okreslenia) krajów Unii jako
całosci. Praktycznie zrezygnowano z prób tworzenia „prawdziwie
wspólnego” prawa („Konstytucję Europejskaą” odrzuciła m.in.
Francja) zastępując je tak naprawdę „mechanizmem dochodzenia do
porozumiemia”, na podstawie którego nie da się tworzyc prawa na
poziomie ustaw tak jak na podstawie konstytucji. Staniszkis pisze o
synchronizacji „struktur” (prawnych) i postępowań (nie pamiętam
jakiej uzyła nazwy i dopuszcza brak zwornika (tj. syntezy)
heglowskiej tezy i antytezy w tym ostatnim przypadku. Taka sytuacja w
prawie wystąpic nie powinna, bo powoduje konflikty. Tak przynajmniej
ja tę książkę przeczytałem. Dzięki za trafne uwagi.
p { margin-bottom: 0.25cm; line-height: 115%; background: transparent }
Dziękuję za wyjaśnienia – teraz rozumiem intencje jakie PAnu przyświecały w tekście artykułu.
Do tych uwag, z którymi w wiekszości się zgadzam dorzuciłbym kilka przeświadczeń osobistych nie-prawnika, a człowieka który musiał posiąść pewien poziom kultury prawnej ze względów zawodowych.
*
Problem z prawem jest wielopoziomowy, bo prawo z natury rzeczy musi być ogólne i kierunkowe po to, aby nie dezaktualizowało się za szybko i obejmowało szewrokie obszary bez ciągłego uszczegółowiania. Tu dobrym przykładem jest Konstytucja USA. W tym sensie Traktat Lizboński jest dobrze skonstruowany i temu naprzeciw wychodziły wcześniejsze orzeczenia polskiego TK w tym zakresie.
Z PiSem jest inny problem, którego nie jest w stanie rozwiązać żadne prawo. PiS działa w złej wierze i nie chce uznawać wspólnego prawa tylko własne widzimisię wynikające z politycznych interesów. Wszystko co zrobił od zdemolowania TK i całego systemu sądowniczego, przez wiele innych działań bezprawnych, było tylko dla pozoru osłaniane fałszywą interpretacją norm prawa wspólnotowego i polskiego.
*
UE z takim celowym, świadomym i permanentnym podejściem nie spotkała się wcześniej niż w Polsce i na Węgrzech. Przez 5 lat niszczenia systemu demokratycznego w Polsce była bezradna, nie mając narzędzi prawnej egzekucji norm wspólnotowych. Wreszcie w 2020 roku wypracowała mechanizm warunkowości (pieniądze za praworządność) po to aby cała wspólnota się nie rozleciała.
*
W związku z tym narzędziem i wyrokami TSUE i ETPCziO PiS wywołał to orzeczenie pseudo TK aby mieć narzędzie ochrony przez wymaganiami organów UE. NIe ma w tym orzeczeniu trybunału Przyłębskiej ani cienia rzetelności i poprawności argumentacji prawnej, co poza wieloma ekspertami swierdzili w oświadczeniu sędziowie TK w stanie spoczynku. Wszystko to jest czysta gra polityczna po to, aby wyłudzić pieniądze nie respektując wspólnego porządku prawnego.
*
NIe wiem jak to się zakończy, ale po raz pierwszy słychać głosy, że UE juz nie ma gdzie się cofać i jeśli Kaczyński się nie cofnie to kasy z KPO a także z budżetu 2021 nie będzie, tak długo jak długo się nie ugną.
Jeżeli jednak UE się cofnie, czy to pod wpływem Merkel, czy też dla świętego spokoju to bardzo zła wiadomośc i dla POlski ale także i dla UE. Trzymam kciuki za dobre decyzje.
*
Jadwiga Staniszkis jako socjolog odkąd pamiętam była bardzo utalentowaną i oryginalną myślicielką. NAwet jej romans z PiSem nie odebrał jej wielu zasług.
„nie wiem, czy reprezentacja LWP brała udział w paradzie zwycięstwa w Moskwie, czy nie”
– a to tak trudno się dowiedzieć?
.
„ale wiem, że na Zachodzie nas do tego nie dopuścili. ”
– dopuścili, dopuścili…
.
„Karabinek/automat AK 47 Kałasznikowa został z niego prawie „żywcem zerżnięty”.”
– nie został.
.
Założenie, że czytelnicy są głąbami? Ale to niestety nie zawsze się sprawdza 😉
„nie wiem, czy reprezentacja LWP brała udział w paradzie zwycięstwa w Moskwie, czy nie”
– a to tak trudno się dowiedzieć?”, Nietrudno. Pytanie czy ma to dla tezy tekstu ważne czy mniej wazne znaczenie. A idzie o tezę, że zwyciężcy nas zwyczajnie „olali”. Pisanie dokładnie (jak dokładnie i w jaki sposób) sprawdzonych jest, oczywiście, ważne, bo utrudnia wciskanie „podprogowych”, sugestii. Sugestii nieprawdy. Rzeczywiście nie sprawdziłem. Jesli uważa Pan, że wypaczyło to jakos wspomniana wyżej teze, a wie Pan jak było, będę wdzięczny za sprostowanie. Z góry dziękuję.
„ale wiem, że na Zachodzie nas do tego nie dopuścili. ”
– dopuścili, dopuścili…” Tego akurat szukałem. Znalazłem tylko informację, że na paradzie w Londynie nas nie było. Jesli uważa Pan, że wypaczyło to jakos wspomniana wyżej teze, a wie Pan jak było, będę wdzięczny za sprostowanie. Z góry dziękuję.
„Karabinek/automat AK 47 Kałasznikowa został z niego prawie „żywcem zerżnięty”.”
– nie został.”
Chyba jednak został. Pomysł „naboju pośredniego” przywieziony został do ZSRS przez Niemców. Troche lepszy opis znajdzie Pan np. (ale nie tylko) w Wikipedii, zob.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Karabinek_AK
Proszę zauważyć, że wszystkie konstrukcje wczesniejsze zostały uznane za nieudane. Można dyskutować jak bardzo AK 47 został zerżniety z St 43 , ale pomysł z „dziurą w lufie” jest w tym przypadku, podobnie jak nabój pośredni, kluczowy.
Dopuścili, tylko Polacy tam nie poszli 🙂
„Brytyjczycy zaproszenie do udziału w defiladzie wysłali do Warszawy. I nic w tym dziwnego, wszak od lipca 1945 r. rząd JKM uznawał Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej. Rząd w którym wicepremierem był były premier rządu emigracyjnego.
Dopiero, gdy było wiadomo, że nie przybędzie delegacja z Warszawy, zaproszono Polaków „londyńskich”.”
No i ci „londyńscy” unieśli się honorem i nie poszli. Ale pójść mogli 🙂
.
Od naboju pośredniego do broni jest dosyć daleko… Obydwie bronie działały inaczej 🙂
Mimo zewnętrznego podobieństwa 🙂
Akurat za „nabój pośredni” można uznać naboje do karabinka Fiodorowa z 1913 roku, chociaż się nie przyjął. O ile to prawda 🙂
Rozmawiamy trochę „na marginesie”, ale fajnie, że dowiedziałem sie o kulisach londyńskiej parady. Jesli chodzi o nabój pośredni, to w zasadzie żaden z nas nie ma racji. To był chyba przypadek. Rosjanie mieli na poczatku XX w. duże ilości amuniscji japońskiej (własnie takiej „pośredniej”, która jednak nie była konstruowana z myślą użycia w karabinku szturmowym), z którą nie mieli co zrobić. No i Fiodorow zaproponował swój karabin, który chyba wtedy wyprzedzał swój czas. „Z dziura lufie” umożliwiającxa powrót zamka eksperymentowali chyba rózni ludzie (m.in. i Rosjanie), ale (razem z nabojem pośrednim) udało sie to tylko Niemcom w St 43 (który był pierwszym tego typu karabinkiem na świecie) właśnie. A Kalasznikow to rozwiazanie powtórzył. To troche tak jak z Einsteinem; wszystkie ważne „składowe” teorii względności (np. skończona szybkośc światła, czasoprzestrzeń, grupa Lorentza) nie pochodza od niego. A teoria względności przypisywana jest własnie Einsteinowi. .
Napisałem już powyżej i powtórzę. Ta Skoda jest dla mnie najprawdopodobniejszym wariantem poprzednika AK 47. Mam wizualny total recall i potrafiłbym z pamięci narysować ten sprzęt. Ta „rurka gazowa”(ze szkolenia na „wojsku”) nie była widoczna, bo ta broń miała z boku blaszane osłony, usztywnione drobną „falką”, ale była ta charakterystycznie wysoka „muszka”, jak w AK 47. W Wikipedii nie znajdziecie, ale jeden egzemplarz ma z pewnością Muzeum Wojska w Warszawie. Chadzałem tam jako dziecko.
AK 47 był zbliżony chyba do czeskiego SKODA, co go widziałem w 1948 w rękach żołnierzy izraelskich, na zdjęciach w Trybunie Ludu. Wtedy jeszcze Izrael nie był w Sojuzie uznawany za wroga i Czesi dostali pozwolenie eksportowe, ale to była jakaś mała partia. A nabój do kałacha był przez mojego ojca, żołnierza II W.S. określany jako „półmauzerowski”. Raz w życiu taki jeden wycelował do mnie z kałacha. To miał być żart. Zanim się wyjaśniło, nieźle wymiękłem.