02.02.2022

Opisywanie stosunków Rosja-Ukraina w formule „jutro wojna” niekoniecznie oddaje stan rzeczywisty. Zwrócił na to uwagę prezydent Wołodymyr Zełenski występując w Kijowie z apelem, żeby dziennikarze nie dolewali oliwy do ognia. Mnie zaskakuje, jak niewielu komentatorów nie ma ochoty pochylać się nad realiami gospodarczymi – zanim się wypowiedzą.
Napisy na samochodach w Dzień Zwycięstwa 9 maja o treści „Możemy powtórzyć” znaczą głównie o sile propagandy. Nie zmienia to faktu, że Rosja ma gospodarkę wielkości holenderskiej. Jest militarnym mocarstwem, ale gospodarczym karłem w porównaniu z państwami grupy G7 – Stany Zjednoczone, Niemcy, Francja, Wielka Brytania… nie wspominając o Chinach. Krótko mówiąc: Rosji zwyczajnie nie stać na wchłonięcie Ukrainy w swoją strefę wpływów. Skończyły się też czasy, kiedy miliony żołnierzy ginęły na wschodnich rubieżach Drugiej Wojny Światowej, od Stalingradu po forsowanie Odry (300 tysięcy poległych, żeby wyprzedzić Zachód w Berlinie) i można było „uzupełniać” straty Kazachami, Tatarami, obywatelami Uzbekistanu, nie wykluczając Ukraińców.
Śmierć spowszedniała przez pandemię. Nie na tyle jednak, żeby napędzić Putinowi wyborców, jeśli wysłani na niepodległą Ukrainę żołnierze „w celu rutynowych ćwiczeń” zaczną wracać w plastikowych workach. Obwarzanek niepodległych państw wokół Rosji i w jej obszarze, to nie tylko „przedmiot troski” jastrzębi z Moskwy. Jak chce się tam rządzić, to trzeba je utrzymywać: Białoruś, Czeczenia, Donbas, prowincje w Gruzji… Zagarnięty Krym kosztuje rocznie Moskwę 4 miliardy dolarów. A już na horyzoncie zaczyna pojawiać się głodujący Afganistan i migracje z tego kraju.
Dzienne wpływy Gazpromu z racji pompowania gazu na Zachód szacowane są na 200 mln dolarów. W tej sytuacji głoszenie, że Rosja zakręci ten kurek, jest jak ubijanie interesu niemego z głuchym. Kto chciałby rezygnować z rynku Unii Europejskiej, który znosi złote jaja? A w konsekwencji: ułatwić wchodzenie na ten rynek Stanom Zjednoczonym i Emiratom Arabskim. Nie mówiąc o pogrzebaniu przez Gazprom wiarygodności jako stabilnego od lat dostawcy gazu. Gdzie też miałyby trafić te ilości gazu, które dostarczał Gazprom do Unii? Budowanie infrastruktury przesyłowej do Chin czy gdziekolwiek do Azji musiałoby zająć lata, no i wymagałoby kasy.
Rosja ma aktualnie duże rezerwy walutowe, bo gaz skokowo podrożał. Ale też szybko one topnieją, skoro ubywa 200 mln dolarów dziennie. A w perspektywie są sankcje typu blokady przelewów na zglobalizowanym świecie.
Putin podobno wyznaje zasadę, że jak masz do czynienia z silniejszym, to uderzaj pierwszy. Bojowy nastrój to jednak nie to samo co upierdliwa rzeczywistość. Nie da się zamieść pod dywan, że gospodarka bazująca na surowcach może sobie pozwolić bez krachu na wyhamowanie ich sprzedaży.
Analitycy na łamach „The Economist” twierdzą, że najbardziej opłaca się Putinowi utrzymywać stan zagrożenia. Na przykład, dopóki nie przyjmą ponownie Rosji do grupy G-7, a z upływem czasu Zachód jeszcze bardziej zmięknie. Wrzucanie do zamrażarki nawet tak kosztownych przedsięwzięć, jak demonstracja militarnej siły Rosji nie musi być straconym manewrem politycznym.
Nie zaszkodzi jednak zauważyć, że budowanie bojowego nastroju zapisanego na naklejkach na samochodach – idzie opornie. Z badań niezależnego Ośrodka Jurija Lewady wynika, że 60% Rosjan boi się wojny. Poza Moskwą – nie przelewa się. Swoje robi koronawirus i inflacja. Żywa jest ciągle pamięć klęski w Afganistanie. Póki co, jak mawiają Rosjanie, hasło „Ukraina albo śmierć” nie przełożyło się na wzrost poparcia dla Putina, jak stało się to w wypadku inwazji w Czeczenii.
Nie bagatelizując potęgi presji nowej Armii Czerwonej, przyjdzie się „z twarzą” z tego powracania do ZSRR wycofać.
Jerzy Dzięciołowski
źródła obrazu
- dzieciol: BM
