Jarosław Kapsa: Skuteczna pomoc to pomocniczość8 min czytania

()

04.03.2022

Nieszczęście rodzi się, gdy osobnik dysponujący prawie nieograniczonymi, możliwościami sprawczymi traci kontakt z rzeczywistością. Jedno się z drugim splata: ktoś, wierzący w swoją nieograniczoną sprawczość, jest oderwany od realiów; jednocześnie im większa sprawczość, tym większe odcięcie od prawdziwych informacji o rzeczywistości. Kto powie wszechwładnemu prezesowi, królowi czy dyktatorowi, że sprawy mają się inaczej, niż on sam sobie wyimaginował ? Dworacy są zdolni specjalnie drukować gazety i nadawać – indywidualnie dedykowany – „Dziennik Telewizyjny”, byle utwierdzać wodza w jego przekonaniu o nieomylności.

Agresja Rosji na Ukrainę jest lekcją przekonującą. Człowiek, który oderwał się od rzeczywistości, chce za wszelką cenę udowodnić swoją sprawczość. Zło ujawnia się, gdy istnieje system, pozwalający mieć takiemu osobnikowi nieograniczoną i niekontrolowaną władzę. Testem dobrej konstytucji powinna być odpowiedź na pytanie: co się stanie, gdy Prezydent lub Premier stracą zmysły…

Odsunięcie od władzy nie jest łatwe, wymaga przekonania wariata, że jest wariatem, a w związku z tym ma się leczyć, a nie rządzić. Taką sugestię może wariat i jego zwolennicy potraktować, jako rodzaj perfidnego zamachu stanu, który – dla dobra Ojczyzny – trzeba zdusić siłą.

Remedium na szczęście dawno wymyślono, bo w historii nie brakowało zwariowanych dyktatorów. Oprócz ograniczenia kompetencji i równoważenia się władz, oprócz reguł państwa prawa chroniącego niezbywalne wolności jednostki, istotne znaczenie ma zasada pomocniczości. Władza „wyższa” nie może zastępować lub przywłaszczać sobie, uprawnień sprawczych, które skutecznie realizują władze „niższe”: samorządy terytorialne lub dobrowolne stowarzyszenia.

Siła państwa nie leży w omnipotencji centrum. Przypomina o tym szereg doświadczeń historycznych. We wrześniu 1939 r. wódz, marszałek Rydz-Śmigły, był przekonany o mocarności swej armii, miał nawet plan wygranej z Niemcami, ale tak tajny, że nie mogli go poznać nawet dowódcy tworzonych armii. Po trzech dniach wojny wódz stracił łączność z podległymi wojskami, walki toczyły się jeszcze przez miesiąc, ale Rydz, wraz ze swym sztabem, był już w tej wojnie organizmem zbędnym.

Zagrożenia, jakie zrodziła agresja Rosji na Ukrainę, ukazują wyraźnie, że państwo nie jest w stanie sobie poradzić bez aktywności samorządów i dobrowolnych stowarzyszeń. Owszem, polityka demoralizuje; nie brak takich, którzy w tragedii widzą „polityczne złoto”; za wszelką cenę chcą pokazać, że to wyłącznie „my”: pomagamy, bronimy, chronimy, przygotowujemy itd., a opozycja tylko szkodzi i „rzuca piasek w szprychy”. Ale już działania i wypowiedzi prezydenta Andrzeja Dudy, a nawet pewne zmiany w zachowaniu premiera Morawieckiego świadczą, że widzą oni konieczność wzmocnienia państwa przez zastosowanie zasady pomocniczości.

Po prostu inaczej się nie da. Rząd może to i siamto, zwłaszcza na konferencjach prasowych, ale to prezydent Przemyśla musi się zderzyć z napływem uchodźców, przekraczającym liczbę mieszkańców tego miasta. To Wrocław, Kraków, Katowice, Warszawa muszą organizować punkty informacyjno-pomocowe na dworcach, muszą zapewnić dach nad głową i wyżywienie przybywającym. Rząd może pomóc albo chociaż nie przeszkadzać; życie spowodowało, że samorządy nie mogą uchylić się od tego obowiązku. Jeśli władze samorządowe są mądre (to nie reguła, ale się zdarza), to też stosują zasadę pomocniczości. Jest wzmożenie aktywności obywatelskiej, nie brak darczyńców, nie brak wolontariuszy, nie brak oferujących swoje mieszkanie jako lokum dla nieszczęśników. Pomocniczość pozwala tę aktywność maksymalnie wykorzystać.

Ta zasada pomocniczości sprawdzi się także, gdy jest kierowana do uchodźców. Jeszcze przed wojną mieszkało w Polsce kilkaset tysięcy ludzi z Ukrainy, oni przede wszystkim chcą pomóc swoim rodzinom i bliskim; pomóżmy im w tym. Zachęcajmy do samoorganizacji i dotujmy tworzone przez nich stowarzyszenia oraz grupy samopomocowe, zapewniajmy lokale i warunki materialne pozwalające rozwinąć aktywność. Nie traktujmy Ukraińców jak bierną masę, jak przedmiot naszych „szlachetnych działań”. Trzeba podkreślać na każdym kroku: przyjmujemy was bezwarunkowo, zapewniamy podstawowe warunki do życia, ale liczymy wzajemnie na waszą aktywność, na waszą umiejętność samoorganizacji. Nie jesteście problemem społecznym, ale możecie być istotną częścią rozwiązania różnych naszych problemów.

Nie wystarczy decyzja Ministra Zdrowia o objęciu Ukraińców bezpłatną opieką zdrowotną. Nasz system „bezpłatnej” opieki już się rozsypał, nie gwarantuje ochrony ludziom od lat płacącym składki na NFZ. Kraj, w którym emeryt czeka kilka dni na „teleporadę”, bo na normalne badania nie ma szans; w którym chorym na nowotwór odracza się operacje ad calendas Graecas; takie państwo nie może składać pustych obietnic objęcia kolejnych tysięcy ludzi usługami medycznymi.

Jest to jednak możliwa do spełnienia deklaracja, jeśli uznamy ukraińskie dyplomy potwierdzające kwalifikacje, jeśli zatrudnimy setki medyków, przybyłych tu z kraju zniszczonego wojną.

Problemem dla samorządowców jest kwestia objęcia opieką i edukacją ukraińskich dzieci. Ten problem też może zostać złagodzony, jeśli zniesiemy bariery administracyjne i zatrudnimy ukraińskie nauczycielki, wychowawczynie, opiekunki dzieci. Uchodźcy to bogactwo kapitału społecznego i ludzkiego; pomagajmy i – jednocześnie – korzystajmy z tego kapitału. Dajmy ludziom nie tylko chleb, ale i poczucie godności, świadomość, że są oni dla nas wartością, są oni nam potrzebni.

W czasach, gdy na losy Europy wpływa facet oderwany od rzeczywistości, nie da się przewidzieć przyszłości. Może wojna skończy się jutro, a może będzie trwać latami, jak w Syrii, w postaci „zamrożonej”. Nie wiemy, czy pół miliona przybyłych spędzi u nas miesiąc, czy kilka lat; ilu z nich zdecyduje się na stałe zamieszkać w Polsce… To też nie jest problem, przed pandemią, w 2019 r., na rozwój Polski pracowało ponad milion pracowników z Ukrainy, Białorusi, Gruzji, potrzeby „odbudowy” po pandemii (i Polskim Ładzie) także wymagają porównywalnego napływu.

Nie możemy jednak traktować obecnego dramatu jako okazji wyrabowania potrzebnego nam kapitału ludzkiego.

Trzeba patrzyć w przyszłość z umiarkowanym optymizmem, nie tylko wierzyć, że „szcze ne wmerła Ukrajina”, ale dążyć, by w przyszłości nasz sąsiad był silnym, trwale rozwijającym się państwem. Jeśli złe czasy się przedłużą, Polska powinna być Piemontem Ukrainy; nie w sensie militarnym, ale jako kuźnia jakości kapitału ludzkiego dla odrodzonego, suwerennego państwa.

Nie wystarczy otworzyć polskie uczelnie na ukraińskich studentów, to już i tak się dzieje. Trzeba stworzyć warunki i dać wsparcie materialne, by mogły tymczasowo u nas funkcjonować wyższe uczelnie ukraińskie. Tu też życie samo się rządzi, nie przejmując się granicami. W Iwano-Frankijsku (Stanisławowie) i w Tarnopolu są uczelnie medyczne, na których kształci się spora grupa polskiej młodzieży. Łatwiej się tam było dostać niż na polskie akademie, poziom kształcenia nie gorszy niż w Polsce. Teraz jest problem, bo przez wojnę ci młodzi, nasi rodacy, stracą semestr, a może i dłużej.

Ponieważ w Polsce brak lekarzy, ministerstwo wspiera lokalne uczelnie w zakładaniu wydziałów medycyny. Rozwija się wydział medycyny na uniwersytecie w Kielcach, planuje uruchomienie takowego uniwersytet w mojej Częstochowie; problemem jest słabość kadr, a co za tym idzie małe zainteresowanie potencjalnych studentów. Może lepszym rozwiązaniem, możliwym „od razu” jest uruchomienie w Częstochowie „tymczasowej” filii stanisławowskiej lub tarnopolskiej akademii medycznej? Może nasza częstochowska Politechnika zyska, gdy w jej bazie funkcjonować będzie mogła charkowska uczelnia techniczna? Kiedyś, w gorszych warunkach, po Powstaniu Warszawskim, pod nazwą Kursy Akademickie, mogły funkcjonować w Częstochowie „podziemne” stołeczne uczelnie: Uniwersytet, Politechnika i SGH. Moje miasto wiele zyskało dzięki tej inwestycji w pomoc warszawiakom.

Nie tylko uczelnie służyć powinny jako kuźnie kadr wolnej Ukrainy. Trzeba otworzyć się na przyjmowanie uchodźców z Ukrainy do pracy w administracji rządowej i samorządowej. Wiem, że opinia o naszej biurokracji nie jest najlepsza, jednak przez sam fakt obecności Polski w UE stworzono pewien wartościowy system administracyjny. Trzeba go przez zaznajomienie z praktyką przekazać naszym sąsiadom, by i pod tym względem byli gotowi na akcesję do Unii.

Warto także złamać pewne „tabu” i otworzyć dla uchodźców możliwość służby w polskim wojsku. Taką szansę dano „rozbitkom” uciekającym z krajów dawnej Rosji przed bolszewizmem. Dostęp do służby wojskowej to możliwość wykształcenia kadr przyszłej ukraińskiej armii na naszych wojskowych uczelniach, w szkołach podoficerskich, w szkoleniach i ćwiczenia zawodowych jednostek. To pomoc równie cenna, jak przekazywanie uzbrojenia; może nawet, myśląc perspektywicznie, cenniejsza; bo nie wystarczy dostać nowoczesną broń, trzeba umieć z niej korzystać.

Nie wiemy, jaka będzie przyszłość. Ale udzielając pomocy, kierując się przy tym zasadą pomocniczości, możemy wiele zyskać. Sprawić, że nasz kraj będzie silniejszy, przygotowany na różne nieszczęścia. Mam nadzieję, że lekcja ukraińska pokazała jak szkodliwy bywa centralizm i wiara w omnipotencję wodzów narodu. Zbyt dużo kosztuje ich oderwanie się od rzeczywistości.

Jarosław Kapsa

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.