Ożeniony ze szlachcianką (67)8 min czytania

()

06.03.2022

W maju 1981 gotowy do wyjścia na peron Dworca Gdańskiego w Warszawie, skąd w 1969 roku odjeżdżali marcowi emigranci, stałem w drzwiach wagonu, a za mną, z kamerą przy oku, Jean, mój student filmowy z Rhode Island School of Design, gdzie powstała koncepcja ujęć przez plecy.

Moje plecy w kamerze Jeana ruszyły pustym peronem, po chwili kamera prowadziła mnie przodem, potem, z odjeżdżającym pociągiem w tle, znów przez plecy, aż pojawił się kolejarz, którego zapytałem, czy był to ten pociąg, na który ktoś miał na mnie czekać, a wtedy zauważyliśmy przechodzących przez tory ludzi (wujek Oleś, Halinka, Mariusz i Bożena, których nie widziałem 12 lat), moje plecy ruszyły w ich kierunku; minęły 3 minuty od wyjścia z pociągu, gdy skończyliśmy się obściskiwać, to nieprzerwane ujęcie „z ręki”, weszło do filmu „Powrót do Polski”.

Tak zaczęła się kariera operatorska Jeana i mój nowy styl filmowy zagęszczający emocje obserwacji: w długim, nieprzerywanym ujęciu, zaczynając od punktu widzenia kamery na czyjeś plecy, operator wyprzedza je, a pokazując twarz przechodzi na jej punkt widzenia, potem znów wraca do pleców, żeby przypomnieć przestrzeń, w której się to dzieje. W filmie „Elephant” nagrodzonym Złotą Palmą w Cannes mój student Gus VanSant, osiągnął olbrzymie napięcie dramatyczne, filmując przez plecy ucznia – zabójcy, wejście do szkoły w Colorado, w zwolnionym, jakby ze snu – tempie, podkreślającym duchową pustkę, jaka jawi się za tą zbrodnią.

Kiedyś, we wschodniej Jerozolimie szedłem wzdłuż podziemnych straganów arabskich, gdy nagle wyrósł przede mną człowiek z sięgającym niemal do sklepienia drewnianym krzyżem na ramieniu; przyspieszyłem kroku, co jakiś czas wyprzedzając go, żeby zobaczyć jego twarz, a potem znów przez plecy, które wydały mi się lepszym ujęciem, bo na mijających go ludziach nie robił wrażenia; wściekły, że nie mam kamery nie mogłem doczekać się miejsca, do którego zmierzał, zatrzymał się przez jakimiś drzwiami, krzyż oparł o ścianę, po czym razem weszliśmy do środka: była to stolarnia, w której reperowano krzyże na zbliżającą się coroczną procesję — wzdłuż Via Dolorosa.

Dziś w Miami zauważyłem z daleka plecy zgrabnej, ładnie ubranej dziewczyny; w ręku miała tekturową tabliczkę, jaką posługują się bezdomni, ale na żebraczkę nie wyglądała, szła do parkingu, zacząłem śledzić jej plecy, zatrzymała się przed sklepem, prosiła o pieniądze dla swoich głodnych dzieci, zapytałem kim jest: rumuńska Romka, z Polski przenieśli się Niemiec, potem do Francji, stamtąd samolotem do Mexico City, autobusem przez cały Meksyk, nielegalnie przez granicę i przez cały kraj do Miami; mogłaby pracować, ale co zrobić z dziećmi? Chodzi po parkingach na zmianę z siostrą, z którą nawzajem pilnują sobie dzieci, wróci do domu, jak uzbiera 30 dolarów.

Wzdłuż nowo zbudowanych townhouses nad kanałem w Miami Beach, z przystaniami dla łodzi prowadzącym do oceanu. Znów plecy. Przed nami idzie na nogach lekko zaokrąglonych młoda dziewczyna: słomkowy kapelusz, dżinsy niezupełnie opięte, strząsa peta na chodnik. Zatrzymujemy się na moście, ona skręca w dół pod przęsło, do poziomu wody, teraz widzimy jej twarz: czarna, może z Haiti. Siedzi na kamieniu, widać tylko lewą część jej ciała, twarz jest zasłonięta przęsłem mostu. Lewą ręką wyciąga z torebki pustą paczkę po papierosach i rzuca ja na kamienie. Potem ta sama ręka szuka czegoś między kamieniami i znajduje puszkę po coca-coli. Obie ręce zajmują się teraz płaszczeniem, a potem wykręcaniem puszki aluminiowej w różne strony, aż przybiera kształt grubego korkociągu. Prawa ręka trzyma zapalniczkę, wypalając w puszce mały otwór, gdy jest gotowy, lewa ręka wsypuje w niego biały proszek, a prawa wprowadza ogień do wewnątrz, za chwile górny otwór puszki, przez który pije się coca-cole, przylegnie do jej twarzy, usta będzie miała szeroko otwarte, wdychające biały dym. Dlaczego nie robi tego w domu? Mąż? Dzieci? Samotna? Może mieszkającej z nią koleżance obiecała, że już nigdy nie będzie tego robić?

Kokainę widziałem raz w życiu. Ponad 40 lat temu, studenci szkoły filmowej, w której uczyłem, przynieśli nóż pokryty białym proszkiem i powiedzieli, żebym odrobinkę wciągnął do nosa. W nosie mi się zakręciło i całą dawkę wykichałem, powodując ogólny śmiech. Studenci wyczyścili resztę noża i powiedzieli, że po tym robi się dobrze.

— Cokolwiek pomoże wam robić lepsze filmy, jestem za — skomentowałem.

Gdy wracaliśmy ze spaceru wokół pola golfowego — tuż przy po moście, gdzie zostawiliśmy młodą kobietę, stała taksówka i dwa wozy policyjne. Z taksówki wychodził młody Haitańczyk, policjanci założyli mu kajdanki i wsadzili do swojego samochodu, po czym odeszli, zostawiając stojącego obok taksówkarza.

— Jaki masz problem? — Pytam go.

— Wsiadł w śródmieściu, wybiło 30 dolarów, powiedział, że nie ma, powiedziałem niech da 20, i spieprza, jak odmówił, wykręciłem 911, policjanci poszli do jego domu, może jest tam ktoś, kto zapłaci.

— Niedaleko stąd siedzi pod mostem kobieta i wdycha kokainę — powiedziałem — wiesz, że za to idzie się do więzienia, czy powiedziałbyś o tym policjantom?

— Nie ma mowy, niech ćpa.

Wracamy na most. Dziewczyna znikła. Pokręcona puszka po coca-coli leży na kamieniach.

Stoję na naszym deku w Miami Beach i dzwonię do Zvi. Jego matka była piękna i nie wyglądała na Żydówkę. W czasie wojny jego ojciec właściciel cegielni, ukrywał się pod Lublinem. Ktoś, kto chciał mu zabrać cegielnię, wydał go Niemcom, którzy zabili go w Majdanku. Matka uciekła ze Zvi (wtedy jeszcze był Rysiem) — pod Kraków, tam kochał się w niej kolejarz, któremu oboje, matka i jej kilkuletni chłopiec, zawdzięczają życie.

Rysio miał 8 lat, gdy wyjechali do Izraela. „Za dużo tu Żydów”, mówiła matka — malarka, która syna zostawiła w internacie i wyjechała do Paryża, aby pod okupacyjnym nazwiskiem, ukrywać się dalej, tym razem wśród polskiej bohemy. Zvi nosił żydowskie nazwisko ojca, z pokładów wywiadowczych samolotów, sprawdzał mapy Palestyny. Na studia przyjechał do Bostonu, gdzie ożenił się z Ali, której matka dopiero przed śmiercią powiedziała, że jest z żydowskiej rodziny ukrywającej w Ameryce swoje korzenie. Gdy Zvi odwiedzał matkę w Paryżu, odbywało się to w tajemnicy przed jej przyjaciółmi.

Poznaliśmy się w publicznej telewizji amerykańskiej, gdzie Zvi produkował głośne serie o anatomii amerykańskiego biznesu, o wyścigu zbrojeń w czasach zimnej wojny, wyprawach żeglarskich Kolumba, konflikcie izraelsko—palestyńskim, o historii XX wieku. Nasza przyjaźń dwóch żydowskich chłopców uratowanych z zagłady trwała ponad 30 lat. Grażyna traktowała go tak, jakby był moim bratem.

Ali młodo umarła na raka mózgu, pozostały dwie dziewczynki i kalejdoskop kobiet, które uprzedzał, że nie jest monogamistą. Jego sceną miłosną był jacht, po Kolumbie nazwany „Nina”; dwukrotnie przekraczając Atlantyk, spędził na nim sporą część swojego życia. Na emeryturze zamieszkał na jachcie, a wtedy pojawiła się żeglarka z Gdyni, z którą kochał się i pływał przez 3 lata. Potem polskie schronienie zamienił na żydowskie: na jachcie pojawiła się izraelska malarka, prototyp matki. Gdy dopływali do Panamy, złapały go gwałtowne bóle żołądka. Tydzień później, w bostońskim szpitalu, dowiedział się, że była to końcowa faza raka trzustki.

— Przeżyłem wszystko, co się dało — mówi do słuchawki Zvi — było mi dobrze, a nawet wesoło, nie zadaję sobie pytania: dlaczego ja? Traktuję to, jak mój ostatni show, nie chciałbym stracić kontroli nad tą produkcją.

Na co ja: — Wpatruję się w zatokę i czekam na twój jacht, gdybyś się tu pojawił, możesz u nas przycumować, szkoda, że nigdy nie udało się nam popłynąć razem.

Następnego dnia odwiedza nas Hania, żeglarka z Gdyni, która z francuskiej stoczni przeprowadziła do Miami nowy jacht. Nie może opanować łez. Chociaż ją zostawił, wciąż go kocha. Chciałaby pożegnać się z nim w Bostonie, ale nie wie, czy on tego chce.

Grażyna piecze „piernik jerozolimski”, same migdały, bez odrobiny maku. Jaki był Zvi? Zastanawiamy się z Hanią przy tym pierniku: porzucone dziecko szukające matki? Syn nienauczony przez nią miłości?

— Opuszczona „Nina” stoi w Panamie — mówi zapłakana Hania — jachty najlepiej czują się w oceanach, powinnam wynieść ją na ląd, żeby nie niszczała w stojącej wodzie. Gdyby starczyło mi pieniędzy, kupiłabym od niego „Ninę”, i chociaż on dla mnie pozostanie Rysiem, zmieniłabym jej nazwę na „Zvi” i pływała nią do końca życia.

DCN

Marian Marzyński

Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.  

Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ

Więcej w Wikipedii

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.