25.03.2022
Wojna to nieszczęście ludzi; korzyścią z ekstremalnej próby może być obudowa odpowiedzialności: za siebie, za rodzinę, za wspólnotę lokalną, swoje państwo, Europę, świat. Nie ma wolności bez odpowiedzialności, nie ma bezpieczeństwa bez budowania solidnej sieci sojuszy w imię ochrony wspólnych wartości. Skończył się czas, gdy mogliśmy delektować się obiadem, nie martwiąc się, kto zapłaci rachunek. Skończył się też czas, gdy mogliśmy czuć się bezpieczni, bo – jakby coś – mamy silnych kolegów.
Wojna w Ukrainie zmienia układy w polityce zagranicznej, otwarła się szansa, by dzięki temu trwale wzmocnić polskie bezpieczeństwo. Problemem nie jest dziś lekceważenie polskiego interesu przez partnerów europejskich, ale niezdolność wyartykułowania, co jest tym interesem. W dodatku nie wiadomo z kim na ten temat rozmawiać, bo Prezydent RP nie rządzi, a premier być może tak, ale nie zawsze. Leżą więc na stole dwie ważne dla Polski propozycje: europejskiej solidarności energetycznej i europejskiej unii obronnej; nasi przedstawiciele udają, że ich nie widzą, bawią się wrzucaniem innych „księżycowych” projektów.
Trudno o wiarygodność, gdy premier naszego państwa ma wyraźne rozdwojenie osobowości, w dzień jest dr. Jekyllem, w nocy zmienia się w pana Hyde. Na forum międzynarodowym, na szczycie unijnym apeluje o ukaranie agresora mocnymi sankcjami, w tym blokadą handlową. Potem u siebie, w roli pana Hyde, cichutko dba o „business as usual”. Tropienie „miękkości” u Niemców, Francuzów, Hiszpanów itp., łagodzi nasze kompleksy, dowartościowuje „dumę narodową”, jednocześnie maskując naszą trwożliwą ostrożność. Choć tego żądamy od innych, sami nie zakazaliśmy importu rosyjskiego węgla, nie zamknęliśmy przed Rosjanami portów morskich ani dróg kolejowych.
Zakaz importu rosyjskiego węgla można wprowadzić, nie czekając na unijne decyzje, powody są oczywiste. Nie można kupować węgla nie mając pewności, czy ten towar nie pochodzi z kradzieży, z wydobycia w okupowanym przez Rosjan Donbasu. Podobnie racjonalne argumenty można przedstawić blokując porty morskie i „suche” (kolejowe).
Wprowadzenie takich sankcji nie jest ciężarem, którego nasza gospodarka by nie udźwignęła. Rosyjski węgiel spalany jest głównie w ciepłowniach komunalnych i w prywatnych domach; mniejsze jest zapotrzebowanie w okresie letnim, przed zimą można zasoby krajowe uzupełnić importem z innych państwa (Australia, USA itd.). Znacznie trudniejsza jest kwestia zakazu importu rosyjskiego gazu i ropy. Trzeba tu powiedzieć otwarcie: sankcję bardziej zabolałyby Polskę niż Rosję. Wynika to, niestety, z błędów i zaniechań popełnionych przez ostatnie kilka lat, z utopijnej i szkodliwej „polityki antyklimatycznej” wymuszonej przez lobby energetyczne.
W naszych rafineriach przerabianych jest 25,8 mln ton ropy (dane za 2020 r), w tym blisko 70% pochodzącej z Rosji, kupowanej od Rosneftu i Tatneftu. Nastąpiła tu pewna poprawa: dziesięć lat temu ponad 80% ropy pochodziło z Rosji. Największa polska rafineria w Płocku przerabia już tylko 50% ropy ze wschodu. Gorzej na Wybrzeżu, gdzie rafineria Lotosu budowana była w celu uniezależnienia się od dostaw z jednego kierunku: 70% przerabianej ropy pochodzi z Rosji. Uzależnione od Rosjan są orlenowskie rafinerie funkcjonujące w innych krajach: litewskie Możejki i czeskie w Litvinowie i Kralupach.
W trudnym położeniu stawia Polskę przyjęty plan wyprzedaży majątku Lotosu, związany z przejęciem tego koncernu przez Orlen. Sprzedaż stacji benzynowych węgierskiemu MOL może prowadzić do zwiększenia importu rosyjskiej ropy. Lotos Terminale, dziewięć terminali o możliwościach magazynowania 350 tys m sześć. ropy, przejmie częstochowska spółka Unimot, zarabiająca na handlu produktami naftowymi z Rosją i Białorusią. Problemem jest także przystosowanie instalacji w polskich rafineriach do przerobu rosyjskiej ropy, mającej inne parametry niż ropa arabska.
Lepiej wygląda sytuacja w obrocie gazem. Tu wiąże Polskę umowa kończąca się w tym roku: musimy kupować z Rosji 10,2 mld m sześc. rocznie, odbierając przynajmniej 85% tego surowca. Zatrzymanie importu oznaczałoby płacenie za towar, którego nie chcemy odbierać. Ogółem w Polsce zużywa się ok 20 mld m sześc. gazu. W końcu roku zostanie oddany gazociąg Baltic Pipe, o możliwości przesyłu 10,5 mld. M sześc. gazu; zatem nie musimy przedłużać umowy „jamalskiej”. Do tego czasu jednak, chcąc nie chcąc, musimy płacić Rosji, finansując jej wojnę z Ukrainą.
Rosja nie ma problemów ze znalezieniem odbiorców na swoją ropę i gaz. Za to polski kierowca musi się liczyć z faktem, że koszt sankcji przeniesie się na jego portfel, ceny benzyny mogą przekroczyć magiczną barierę 10 zł. za litr.
Z tych względów bardzo ważna dla nas jest unijna polityka solidarności energetycznej. Już z niej korzystamy, choć w ferworze rządowej antyunijnej propagandy to się przemilcza. Dzięki środkom unijnym budowana jest Baltic Pipe, UE sfinansowała połączenia gazociągów z Czechami i Litwą, pokryła także blisko połowę kosztów budowy gazoportu w Świnoujściu.
Dla porównania: Nord Stream 2 nie uzyskał ani jednego euro unijnego wsparcia.
Solidarność energetyczna to nie tylko budowa infrastruktury pozwalającej dywersyfikować kierunki dostaw. Dla Polski istotna jest inicjatywa przewodniczącej KE Ursuli van Leyen, proponującej wspólne zakupy ropy i gazu dla wszystkich państw UE. Podobny mechanizm z sukcesem wprowadzono dokonując wspólnych zakupów szczepionek antycovidowych. Polska, Bułgaria, Węgry, Czechy – mali i średni odbiorcy – zawsze skazani są na dyktat „wielkich dostawców”; „wielki odbiorca” może narzucać swoje warunki surowcowym dostawcom. Na rynku ropy i gazu nie istnieje „zwykły rynek” – ceny narzuca konsorcjum państw, które natura obdarzyła złożami. Widoczne to jest dziś, gdy Arabia Saudyjska mimo sojuszu z USA nie zwiększyła wydobycia, utrzymując w ten sposób korzystne dla Rosji wysokie ceny ropy. Tylko „wielki gracz”, występujący w imieniu ponad 500 mln konsumentów, może złamać ten dyktat. Tylko taki „wielki gracz” może skutecznie zastosować sankcję wobec agresywnej Rosji.
Rząd Polski, prowadząc dalej antyunijną kampanię nienawiści, nie poinformował nawet naszego społeczeństwa, o znaczeniu tej inicjatywy. Zamiast podjąć na ten temat rozmowy, skupił się, wraz z Węgrami, na krytyce polityki klimatycznej. Czyli na tym, na czym panu Putinowi zależy najbardziej.
Drugą ważną dla Polski ideą jest, powtarzany od lat, projekt budowy europejskich sił zbrojnych. Wojna w Ukrainie drastycznie ukazała grożące wszystkim niebezpieczeństwo. Dowodem tego rewolucyjna wręcz zmiana w Niemczech.
Państwo pacyfistyczne, przyzwyczajone do bezpieczeństwa pod parasolem USA, zdecydowało się budować silną armię, przeznaczając na ten cel 130 mld euro (do 2030 r). Mając w pamięci doświadczenia z XX w. wizja zbrojących się Niemiec jeszcze niedawno budziłaby przerażenie. Dziś odwrotnie, w silnym militarnie sąsiedzie, widzimy naszą gwarancję bezpieczeństwa.
Ostrożności jednak nigdy nie należy porzucać, nie można być pewnym, czy silny sąsiad przyjdzie nam z bezwarunkową pomocą, czy może ograniczy się do „przyjaznej neutralności” (jak dziś NATO wobec wojny w Ukrainie). Dlatego w interesie słabszego i „frontowego” partnera – a takim wobec Niemiec jest Polska – powinno leżeć umiędzynarodowienie polityki obronnej. W tym przydatna jest idea wspólnych unijnych sił zbrojnych.
Dotychczas inicjatywa ta zaowocowała planem tworzenia sił szybkiego reagowania, liczących ok. 5 tys. zawodowych żołnierzy. Jest to krok w dobrym kierunku, ale wobec wojny „po sąsiedzku” nie wystarczy.
W ramach NATO można i należy tworzyć wspólny system obrony powietrznej Europy. Dla nas istotny może być też aspekt niezauważalny przez NATO: budowa wspólnej, europejskiej floty wojennej na Bałtyku. Powiedzmy tu szczerze: Polska nie dysponuje potencjałem zdolnym do obrony naszego wybrzeża; w podobnej sytuacji są także mniejsze kraje bałtyckie: Litwa, Łotwa, Estonia. Ani Polska, ani żaden z wymienionych krajów nie jest w stanie w przewidywalnej przyszłości swojej morskiej siły zbrojnej wybudować. Potrzebny jest wspólny potencjał: zbrojących się Niemiec, Szwecji, Danii, Polski, państw bałtyckich, by w przypadku agresji rosyjskiej przejąć kontrolę nad Bałtykiem; zablokować okręty agresora w portach Kaliningradu i Petersburga.
Własnym wysiłkiem finansowym możemy stworzyć sprawną armię lądową, możliwą do uzupełnienia wyszkolonymi i uzbrojonymi rezerwistami. Ale dalej nie będziemy mieli ani korwet, ani łodzi podwodnych; siły agresora będą mogły blokować nasze porty. Dlatego ważne jest przekonać Niemcy do konieczności inwestowania w nowe okręty, ważne też by działały one pod wspólną europejską flagą, broniąc obszaru Unii Europejskiej.
Idea wspólnych sił europejskich oraz zauważalny w Niemczech i w innych krajach wysiłek zbrojeniowy tworzą warunki, by rozwinąć wspólny przemysł obronny. Polska swoje inwestycje w wojsko opierała dotychczas na wspieraniu własnej Polskiej Grupy Zbrojeniowej oraz na zakupie „supersprzętu” od USA. Taka polityka ma swoją cenę.
Posiadanie „supersprzętu” nie gwarantuje bezpieczeństwa, jeśli nie ma się zapewnionych dostaw amunicji, części zamiennych oraz posiadania zaplecza serwisowego. Zamówienia dla PGZ traktowane są jako forma podtrzymywania słabo sobie radzących zakładów. Tworzą się paradoksy: mamy w Polsce zagłębie produkcji najlepszych na świecie helikopterów, ale brak ich nawet dla naszych sił specjalnych. Rozpoczęty został projekt modernizacji w Łabędach niemieckich czołgów Leopard 2; ale zarzuciliśmy go, by kupić Abramsy. Tym samym zrezygnowaliśmy z udziału w projekcie tworzenia nowej wersji czołgu nowej generacji tworzonego przez przemysł francusko-niemiecki.
Tworzenie europejskiej wspólnoty obronnej nie jest konkurencyjne wobec NATO, stanowi istotne uzupełnienie siły tego sojuszu. Pamiętać należy, że w razie wojny w Europie, USA potrzebują kilku miesięcy, by przyrzucić i rozwinąć swoje główne siły. Obecność w Polsce kilku tysięcy żołnierzy amerykańskich tego faktu nie zmienia. Nasze bezpieczeństwo zależne jest od siły państw UE, od ich determinacji w obronie Europy.
Leżą na stole inicjatywy ważne dla Polski, ważne dla naszego społeczeństwa. Nie można tego marnować w imię antyeuropejskich fobii grupy rządzących partyjniaków.
Jarosław Kapsa
