25.03.2022
Powiedzieć, że świat przyspieszył to nic nie powiedzieć. Od miesiąca, od inwazji Rosji na Ukrainę wszystko, co było codziennością straciło sens. Nawet pandemia i liczne jej ofiary w Polsce zeszła na dalszy plan, nikogo już nie przeraża 10 tysięcy zakażeń każdego dnia (a tak naprawdę trzeba to przemnożyć przez pięć) ani dzień w dzień po kilkaset zgonów – wszystko to stało się mniej ważne. Przestaliśmy o tym myśleć i mówić.
Szukam określenia na to, co teraz; jedyne, co przychodzi mi do głowy to tytuł znakomitej książki Hanny Malewskiej – „Przemija postać świata” wydanej już dawno i traktującej o bardzo dawnych czasach. Historia panowania Ostrogotów w Italii w VI wieku pozwoliła subtelnej autorce na postawienie wielu pytań, w tym o sens istnienia, o wartości, które są ważne. Widząc to, co dzieje się za naszą granicą i to, co jest następstwem okrutnej wojny – miliony uciekinierów, ludzi szukających spokojnej przystani i możliwości ułożenia sobie życia na nowo, wiem jedno – trzeba sobie przedefiniować świat, ustalić inne preferencje między tym, co ważne, a co nieważne, za czym warto gonić, a za czym nie.
To naprawdę jest potrzebne, to doświadczenie nie powinno pójść na marne. Wiem też, że naturalną zdolnością człowieka jest zdolność adaptacji do najgorszych nawet sytuacji.
Mamy świadectwa z lat ostatniej wojny, z obozów śmierci, z wielu lat biedy i udręki. Mimo tych wszystkich okropności ludzie znajdowali swoje małe radości, a nawet przeżywali chwile szczęścia – patrz sceny ślubów zawieranych przez uczestników Powstania Warszawskiego. To były jednak chwile wyjątkowe, codzienność była straszna.
Uczestnicząc w życiu społecznym przyfrontowego kraju, do którego przybyło już ponad dwa i pół miliona uchodźców i exodus nadal trwa, nie mogę zrozumieć jak powierzchowne jest przeżywanie tych czasów przez ogromną większość ludzi. Zalew informacji dotyczących tego, co się stało na froncie, co dzieje się w gremiach kierowniczych organizacji międzynarodowych, kto gdzie przyleciał i co powiedział (albo nie powiedział) – pomija całkowicie metafizykę tych czasów. W tych czasach, w których w Ukrainie dzieje się to, co się dzieje, mamy czas na świętowanie sukcesu Igi Świątek, która wygrała jakiś turniej tenisowy czy analizę tego, jak słabo grali polscy piłkarze w towarzyskim meczu z jakimś krajem!
Czy to da się pogodzić z tym, co na wojnie? Z tym wszystkim, co w Polsce, w której za chwilę zacznie się horror powodowany niesprawnością państwa? Bo to polskie państwo będzie musiało zastąpić wielką armię wolontariuszy, na których barkach spoczywał cały ciężar opieki nad ludźmi uciekającymi przed wojną.
A jakie to państwo jest wiemy aż za dobrze!
Żyjemy (jeszcze żyjemy) w czasach, w których rosyjski polityk mówi wprost do kamery – wy Polacy uważajcie, bo wasza Warszawa może zniknąć w trzydzieści sekund. I to jest prawda – są takie środki techniczne, które to sprawią. Czy mamy tego świadomość, że jesteśmy na skraju, że możemy zniknąć bez śladu a świat będzie musiał budować się od nowa (jeżeli będą jeszcze ludzie, którzy to będą mogli zrobić)?
Nie wiem, co zrobić i co powiedzieć tu i teraz, aby do ludzi dotarła wyjątkowość chwili. Mamy za sobą cale dziesięciolecia, w których stopień napięcia, skala emocji, dotknięcie absolutu – były żadne. Nasze rozterki życiowe sprowadzały się najczęściej do tego, gdzie pojechać (polecieć) na urlop, kupić taki samochód czy inny, podjąć jeszcze jedną pracę lub rzucić tę, którą mamy. Lista spraw, które nazywaliśmy problemami jest ogromna, właściwie nieskończona. Teraz jednak stoimy przed problemami prawdziwymi. Jest ich skończenie wiele; a ciężar ich nieporównywalny wszystkiego, co problemem do dziś nazywaliśmy.
Nie ma na te wszystkie pytania dobrych odpowiedzi. Chyba że powtórzymy za Malewską – przemija postać świata. Tego świata.
Ale i to będzie wykręt.

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
