31.03.2022

Jest przyjętym zwyczajem wśród agresorów, że tłumaczą oni swoje zachowanie zachodzącym „przymusem”, co wprawdzie brzmi mało poważnie dla postronnego widza/słuchacza, ale przecież nie o niego propagandzie agresora chodzi. W przypadku bandyckiej napaści Rosji na Ukrainę niejaki Putin wytłumaczył zaistniałe wypadki m.in. tym, że „nie ma takiego państwa jak Ukraina i takiego narodu jak Ukraińcy”.
Nie mam złudzeń, że nauka historii w polskich szkołach daje jakiekolwiek możliwości dyskutowania nawet z tak prymitywną propagandą. Dlatego uważam, że nie od rzeczy byłoby, gdyby niektóre przynajmniej media, w tym papierowe, spróbowały przybliżyć polskiemu czytelnikowi historię Ukrainy i narodu ukraińskiego, by wyzbyć się wielu pokutujących wśród nas uprzedzeń i jednocześnie uzbroić się przeciw topornej, ale hałaśliwej rosyjskiej propagandzie. Nauka nie musi być nudna, zaręczam.
Historia naszych narodów jest tak bogata w super ciekawe elementy, że wystarczy je wyeksponować, by słuchacz/czytelnik dał się wciągnąć nabywając wiedzy stanowiącej oręż.
Poruszę dziś na próbę tylko kilka wątków, by pokazać jak ich i nasza wspólna historia jest ciekawa i czasem zaskakująca.
Po pierwsze – naród ukraiński. Wbrew kremlowskiej propagandzie nie jest on aż tak bardzo etnicznie tożsamy z narodami niegdyś tworzącymi Wielką Ruś. Pominąwszy na wpół legendarne początki z Waregami w roli głównej warto przyjrzeć się kształtowaniu się struktury etnicznej w czasie gdy większość ziem należała do Wielkiego Księstwa Litewskiego, a później do Korony Polskiej.
Na ziemie naddnieprzańskie napływały masy osadników i to ze wszystkich kierunków. O ile wiem nikt nie był jak dotąd w stanie przeprowadzić badań dających wiarygodne wyniki co do składu etnicznego mieszkańców Ukrainy w XVI czy XVII wieku. Wiemy tylko, że byli to zarówno autochtoni, jak i przybysze z Polski (i to ze wszystkich jej części), uciekinierzy z Rosji i tatarskiego Krymu.
Jeszcze książę Witold osadzał w swoim księstwie obejmującym także ziemie ruskie Tatarów i Karaimów, ale w ilościach stanowiących raczej naukową ciekawostkę, niż element ważący. Pamiętać także należy, że Ukraina przez prawie 200 lat stanowiła cel wszelkiej maści uciekinierów, chłopów pańszczyźnianych, ludzi będących na kursie kolizyjnym z prawem itd. Wszyscy oni byli cennym nabytkiem dla magnatów dzierżących ogromne połacie wyjątkowo żyznej ziemi.

Ogromne, ale … puste. Stąd przymykanie oczu na pochodzenie i status prawny każdego, kto chciał osiąść w magnackich dobrach. XIX wiek to kształtowanie się narodu ukraińskiego we współczesnym tego słowa rozumieniu. Nie bez trudności, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych.
O zewnętrznych wspominałem niedawno pisząc jak to polskie elity, głównie z zaboru austriackiego protestowały przeciw uznawaniu Ukraińców za naród nazywając ich pogardliwie „nacją urzędową”. Uważali (nie bez racji), że Austriacy wspierają dążenia Ukraińców do samookreślenia się widząc w tym wsparciu możliwość przeciwstawieniu się podobnym dążeniom Polaków, których dążenia uważali za niebezpieczne dla monarchii z racji czysto historycznych. Polacy jakoś tego nie chcieli zauważać.
Dodatkowym problemem był fakt, że w świetle ówczesnych pojęć słowo „naród” oznaczało społeczność nie tylko o odpowiedniej liczbie wewnętrznych związków (historia, język, kultura, religia itp.), ale także posiadającą „w pełni wykształconą strukturę społeczną” rozumianą jako istnienie wszystkich warstw społecznych jednakowo identyfikujących się z narodowością. Tego wg wielu światłych tamtej epoki Ukraińcom brakło.
Nie im jednym. Z podobnych powodów np. Chorwaci w tamtym czasie odmawiali istnienia narodowości serbskiej, co powodowało trwające nieraz do dziś niesnaski.
Najciekawsze, że elity polskie nie chciały zauważyć, że same są w podobnej sytuacji. Dużo śniegów musiało stopnieć, zanim zwyciężyło przekonanie, że Polak to nie tylko, a szczerze mówiąc – przede wszystkim nie szlachcic. Do dziś niektórym z trudem przychodzi przyznać, że wprawdzie szlachta polska byłą najliczniejsza wśród europejskich krajów, ale wciąż było to tylko ok. 8% społeczeństwa.
Ukraińcy, korzystając z austriackich obaw co do Polaków cierpliwie i z uporem usiłowali budować swoją tożsamość. Nie było to wcale proste. Pamięć o Rusi Kijowskiej nie dawała „napędu”, który był potrzebny, spory procent ludności już się z nim nie utożsamiał.
Dziś wprawdzie w odpowiedzi na roszczenia Kremla Ukraińcy odpowiadają zuchowato, że „Ruś kijowska zrodziła Moskwę (co fakt to fakt), więc może ją i pochować, ale to tylko propagandowa zabawa.
Ustalenie jako godła Ukrainy monogramu Włodzimierza i Olgi (słynny Tryzub) stało się symbolem stosunkowo łatwym do przyjęcia. Nieco trudniej było z hymnem. Zaszła tu trochę podobna historia jak z hymnem Polski.

Kiedy Pawło Czubynski napisał wiersz „Szcze ne wmerła Ukraina” ani on, ani nikt inny nie spodziewał się, że przemieniony w pieśń stanie się hymnem narodowym. Przypomina to „przygodę” piosenki napisanej przez Wybickiego.

Wiersz Czubynskiego nie był nawet jakoś szczególnie popularny. Napisany w 1863 roku powinien być znany, a jednak w antologii poezji ukraińskiej wydanej we Lwowie w 1911 roku (ze wstępem Wł. Orkana) nie ma nawet śladu po nim. Nie ma także żadnego innego wiersza Czubynskiego. Mało tego – w wydanym z 1910 roku zbiorku „Szcze ne wmerła Ukraina” mamy tekst wiersza i napisane do niego nuty ks. Werbyckiego, ale … bez podania autorów!
Kolejna ciekawostka – cały zbiorek (i nie on jedyny) napisany jest alfabetem łacińskim, nie cyrylicą co świadczyć może o próbach „osadzenia” ukraińskości w innym kręgu kulturowym niż dotychczasowe jej kojarzenie.
I jeszcze drobiazg – język. Nie jestem fachowcem, więc tylko ogólnie. W cerkwi prawosławnej panuje jako język liturgiczny tzw. starocerkiewnosłowiański. Niektórzy twierdzą, że jest to najstarsza znana forma języka słowiańskiego, z której wyewoluowały wszystkie współczesne. No i z tej grupy najbliższy starocerkiewnemu ma być właśnie ukraiński, a to z tego prostego powodu, że przez wieki z racji historycznych nie miał on możliwości tak bogatej ewolucji, jak inne.
Dla mnie stanowi to ciekawostkę o tyle, że w podobnej sytuacji był i jest znany mi z dzieciństwa język kaszubski. Dokładnie ten sam mechanizm. Nie wiem, czy to do końca prawda, ale brzmi przekonująco.
Tak czy inaczej, mamy okazję poznać nieco bliżej naszych sąsiadów, co może mieć bardzo pozytywne skutki w przyszłości.
I na koniec jeszcze jedna uwaga. Wśród dyskutujących nad wspólną edukacją dzieci ukraińskich i polskich pojawiły się głosy „zatroskanych” czy aby da się uczyć na podstawie takich lektur jak „Ogniem i mieczem”. Zatroskanych zapewniam, że się da i to bez trudu. Wystarczy umieć czytać. W Trylogii Sienkiewicz zawarł tyle krytyki polskiej szlachty, tyle ironii pod adresem naszych przodków, że wystarczy czytać ze zrozumieniem, by nie obawiać się, że ktoś poczuje się urażony lekturą. Uczyć się zawsze warto. Uczyć się wspólnie – przepiękna okazja. Nie zmarnujmy jej!
Jerzy Łukaszewski
