6 min czytaniaAneta Wybieralska: Love is shit…

09.06.2022

Wczoraj widziałam film. Bardzo niefajny.

Momenty? Owszem, były. Jak cholera były. Właściwie ten film złożony był z samych momentów, z rzadka tylko przetykanych niemomentami. Aż mi rzeczone momenty wyszły nosem, uszami i otworem gębowym.

Zapytacie Państwo, dlaczego zatem oglądałam? Do końca?

To dość proste i skomplikowane zarazem. Ot, kobieca przekora. Sama nie wiem, nie jestem pewna, po jaką cholerę. Śmiem przypuszczać, że w ramach skrywanych przez kilka dekad (przed światem i samą sobą) skłonności masochistycznych. Może trochę z szacunku dla czytelnika Studia Opinii, ponieważ nieładnie jest pisać o czymś, czego się nie wyoglądało. Otóż ja chyba dwie godziny z górką czekałam na sceny, które w większości filmów tworzą coś, co nazywa się fabułą. Które byłyby czymkolwiek inspirującym, zastanawiającym, sprawiającym frajdę; choćby budującym logikę akcji.

Daremnie.

Rzecz dotyczy najnowszej produkcji z 2022 r. naszego geniusza ekranu, performera nowoczesnego stylu, mistrza fabuły i sensu, gejzera dobrego smaku, godnego następcy wielkich reżyserów naszych czasów: Felliniego, Bessona, Kubricka, Spielberga, Almodovara. I naszych rodzimych: Kieślowskiego, Wajdy, Polańskiego, Holland. Patryka Vegi.

Uwaga: żartowałam.

Zaproponowany przez tego wybitnego twórcę przydługawy tytuł: Miłość, seks and pandemia (w dwóch językach) od razu chwyta za serce i nakazuje natychmiast wsiadać do autobusu miejskiego, by gnać do najbliższego multikina, w którym za kilka dych będzie można kupić sobie skrywane marzenie seksualne (i odręcznie ziścić ten sen siedząc w kinowym fotelu w egipskich ciemnościach).

Przyznam, na wstępie zaintrygowały mnie nieco obsadzone w głównych rolach trzy aktorki: Anna Mucha (Kaja – dziennikarka, felietonistka), Zofia Zborowska (Olga – prokuratorka) i Małgorzata Rozenek (Nora – fotografka). Dwie pierwsze bardzo lubię. Za ich elastyczność aktorską, za dotychczasowe dokonania.

Teraz jeszcze doszedł podziw za odwagę.

Albowiem trzeba być wielce odważnym i zdeterminowanym (finansowo?), by zagrać rolę według scenariusza Vegi.

Co do pani Rozenkowo Majdanowej, to już wcześniej nie darzyłam jej zbytnią sympatią, a owa pani nie ma – moim zdaniem – zbyt wiele wspólnego z aktorstwem. Teraz jednak spojrzałam na nią z innej perspektywy. Chyba nadawała się do tego filmu jak nikt inny. Tu zdała egzamin z hm… dość specyficznego odtwarzania postaci.

*

– Czemu uprawiasz ze mną seks? – (on)

– Bo chcę! – (ona)

Oto cała tajemnica i głębia intelektualna trzech przyjaciółek. Kobiet 40+, majętnych, wykształconych, doświadczonych erotycznie. Wyzwolonych feministek, mocno osadzonych w życiu i sprawach wielkiego miasta. Co więcej, świadomych wszystkich konsekwencji swojej płci. Chyba dość nieszczęśliwych w ich nie-związkach, ale to ostatnie mniemanie może być jeno interpretacją starszej pani, rozpaczliwie szukającej sensu w tym dziele.

W sumie wiedziałam (wszyscy wiedzieli), że Vega zawsze balansuje na granicy dobrego smaku; nie wszyscy jednak są pewni, po której stronie tej granicy. Jego filmy są wulgarne, wytatuowane, opite i naćpane.

Tm razem jednak Patryczek przegiął był na maksa.

Zrobił gówniane (wybaczcie) porno, w którym nieestetyczna golizna (także botoksowa, z dziarami i piercingiem), kopulacja, obnażone organy płciowe i rynsztokowa perwersja zostawiają głównie ogromny niesmak. Mówiąc wprost: chciało mi się dać upust emocjom i zwymiotować.

Każda scena, każdy dialog, nawet element scenografii są lumpiarskie. Kloaczne. Brudne i cuchnące zgnilizną moralną.

Czy my wszystkie – współcześnie żyjące kobiety – naprawdę jesteśmy aż tak odczłowieczone i odkobiecone? Im inteligentniejsze, bardziej wyzwolone od myślenia utartymi męskimi stereotypami, buntowniczki, tym wulgarniejsze i bardziej wyuzdane? Uzależnione od „rżnięcia” nimfomanki? Naprawdę wszystkie jesteśmy kopniętymi seksoholiczkami? Nie szanujemy mężczyzn, swoją pochwę traktujemy jedynie jako narzędzie perwersyjnej rozrywki?

Tak nas pan postrzega, panie “reżyserze” Patryku Vega?

*

„Nie wzięłam ślubu, bo bałam się, że stracę niezależność…”

„Pójdziesz z facetem do łóżka tylko dlatego, żeby o nim napisać tekst?”

*

Czy sens tego filmu, jeśli w ogóle jakiś w nim jest, nie stanowi aby szowinistycznej, mizogińskiej narracji prymitywnych wojowników, czegoś w rodzaju „Rycerzy Chrystusa”, występujących z krucjatą przeciwko Strajkowi Kobiet, Konwencji Stambulskiej i Karcie Praw Człowieka?

Zgroza. Wrrr…

*

Seks. Ordynarny, chamski, wulgarny. Pozbawiony intymności, uczuć wyższych. Dominuje zwierzęca chuć. Zabija kulturowość, wrażliwość, sztukę. Wszystko. Błeee…

Miłość? Nie istnieje. To blaga.

Zwierzęcy seks staje się towarem sprzedawanym w workach na kartofle jak buraki pastewne. Posiadanie przygodnego kopulanta jest jedynym osiągnięciem cywilizacyjnym kobiety.

Głębsza treść? Fabuła? Jeśli nawet gdzieś jest, to stłumiona przez występujące w wielu niedwuznacznych konfiguracjach: męskie członki, akty kopulacji, nagie torsy i pośladki ze wszystkim, co zwykle znajduje się między nimi.

Nie. Ten film to zdecydowanie nie moja bajka. Nie kupuję pana reżysera. No way…

Ktoś całkowicie schamiał i zdurniał. Vega zamordował moje rozumienie estetyki.

Im dłużej gapiłam się w ekran telewizora, tym mocniej targana byłam myślą o nim samym. Co to za człowiek?

*

„Zostań w domu!”

A potem nagle pojawił się Covid. Zaraza zmieniła wszystko. Łącznie z możliwością uprawiania miłości. Pustka, beznadzieja. Za to alternatywnie pojawił się Kościół i jakaś przejaskrawiona, kiczowata manifestacja wiary. Dziwne to było, niesmaczne. A alkowa pusta, a dom zły… Koniec balu, panno Lalu. (Noro, Olgo, Kaju).

To prawda, że zaraza zniszczyła wiele ludzkich spraw. Nie tylko życie publiczne, kulturalne; także, a może przede wszystkim, psychiczne życie jednostek. Co z tego trafiło do filmu? Bohaterowie trafiają do kościoła, tam wsłuchują się w głoszone spod ołtarza słowa ewangelii z przypowieścią o siewcy…

Szczerze? Ni przypiął, ni wypiął. Sceny kościółkowe zirytowały mnie chyba najbardziej. Przypomniały mi słowa klasyka o religii, która stanowi opium dla ludu. W połączeniu z pornografią myśl ta nabiera jednak zupełnie innego (bez)sensu.

*

„Miłość to choroba. Gra hormonów i endorfin. Mija najpóźniej po dwóch latach”.

Rewelacyjne odkrycie. Czyli co? Nie ma Goethego, Turgieniewa, Leśmiana, Gałczyńskiego?

Najgorsze, że współczesny, zwłaszcza młody mainstream najwyraźniej ochoczo kupuje takie filmy. Kupuje brutali, seksoholików, łgarzy, przemoc fizyczną i psychiczną, mizoginów. Rynek (filmowy) nie eliminuje tych paranoi, zaś z brutalności, chamstwa, wulgarności oraz dzikiego wyuzdania czyni dobrze sprzedawalny towar.

Co więcej, odniosłam wrażenie graniczące z pewnością, że pan reżyser nie skrywa, że zionie chorą nienawiścią do kobiet. W tym filmie sprowadził naszą rolę do funkcji wyrachowanych dziwek. Do podłych, upadłych moralnie szmat, najgorszego sortu robotnic czerpiących energię z cynicznego wykorzystywania mężczyzn.

Dlaczego Patryk Vega aż tak się na nas mści? Czy ma jakąś okropną traumę, złe wspomnienia, doznał krzywdy od złej kobiety?

Pan powinien się leczyć, panie Vega. Chyba że chodzi panu wyłącznie o robienie forsy na najniższych instynktach kibolskich prymitywów. Ale wtedy prosi się o bojkot pańskich dzieł.

Aneta Wybieralska

Aneta Wybieralska

Print Friendly, PDF & Email