18.10.2022
Wiele było głosów mówiących, że prezes, kierujący z tylnego siedzenia Polską, a nie posiadający nawet zwykłego prawa jazdy prowadzi nas wprost na ścianę, że katastrofa jest tylko kwestią czasu.
No i właśnie nadszedł ten czas.
Unia Europejska zapowiedziała, że dopóki Polska nie wypełni zobowiązań podpisanych przez jej premiera i nie przywróci praworządności, nie zagwarantuje wypełniania praw podstawowych, będących fundamentem Unii to Polska nie otrzyma żadnych pieniędzy. To te słynne 770 miliardów, które krzyczały do Polaków z wielkich bilbordów, którymi rząd wypełnił przestrzeń w całym kraju.
Od tamtych tryumfalnych dni, w których premier Morawiecki chodził cały dumny z tego, że, jak mówił, żaden inny polski premier nie uzyskał takich wielkich pieniędzy z Unii, Unii, która była nasza, której byliśmy częścią, i w której mieliśmy być coraz bardziej znaczącym krajem, upłynęło trochę czasu. Teraz jest tak, że prezes Polski, a za nim wszyscy w rządzie powtarzają jak za panią matką, że ta Unia jest zła, że rządzą w niej Niemcy. A Niemcy są przecież odwiecznym wrogiem Polski. Że w Brukseli siedzą eurokraci, których nikt przecież nie wybierał. I że to oni szykanują Polskę, bo Berlin tak chce.
Słuchając kolejnych występów prezesa, można zrozumieć tylko jedno – nie ma takich pieniędzy, za które PiS byłby gotów oddać władzę.
Dla utrzymania się przy władzy prezes godzi się na zwykły szantaż Ziobry, który dla osobistego celu politycznego, jakim jest zbudowanie ugrupowania dającego mu szanse na samodzielny start w wyborach i wejście (przynajmniej jego i kilku jego ludzi) do Sejmu byłby gotów ustąpić i przyznać, że te jego „reformy” były złe, że trzeba wykonać prawomocne wyroki TSUE i innych polskich sądów, zlikwidować naprawdę, a nie na pozór Izbę Dyscyplinarną, przywrócić tych kilku niesłusznie zawieszonych sędziów, wybrać KRS zgodnie z normą określoną w polskiej Konstytucji, przywrócić powagę Trybunałowi Konstytucyjnemu. To proste sprawy, ale ich wykonanie oznaczałoby przyznanie, że to, co robił minister Ziobro za przyzwoleniem i z inspiracji prezesa Kaczyńskiego to było zwykłe zawłaszczanie wymiaru sprawiedliwości w celu zapewnienia bezkarności dla „swoich” za te wszystkie oszustwa i przekręty, jakich się dopuścili. Tu nie ma żadnych innych podtekstów, tu idzie o władzę teraz i w przyszłości.
I to jest ten moment, to jest ta ściana, o którą się rozbijemy.
Brak funduszy europejskich, które już teraz, od kilku miesięcy powinny być już w Polsce i umożliwić walkę z inflacją, pozwolić na realizację wielu zaplanowanych przez samorządy inwestycji, wzmocnić kurs złotego jest spowodowany tylko żądzą władzy dla władzy i dla uniknięcia odpowiedzialności politycznej (ale i karnej) za wszystkie przekręty i łamanie Konstytucji. Czego rządzący — a zwłaszcza pewien doktor prawa — mają pełną świadomość.
Co można zrobić teraz?
Moim zdaniem — trzeba w ramach procedur parlamentarnych postawić wniosek o konstruktywne wotum nieufności dla rządu Morawieckiego; licząc na to, że w obliczu takiej katastrofy przynajmniej kilku posłów formacji rządzącej zagłosuje z opozycją za rządem technicznym, którego pierwszym zadaniem byłoby uzyskanie należnych nam pieniędzy z Unii. Pewności, że znajdą się tacy posłowie nie ma, ale trzeba dać im taką szansę.
Historia polskiego parlamentaryzmu pokazuje, że w przełomowych momentach ludzie niekiedy trzeźwieją, budzi się w nich uśpione sumienie i zwykła przyzwoitość. Większość sejmowa to tylko kilka osób – warto więc sprawdzić, bo może się udać. I załatwić to już teraz, a nie po wyborach, w których rządzący wykorzystają cały aparat i wszystkie państwowe pieniądze, by ich nie przegrać.
To, co mówi prezes na spotkaniach ze „swoim” ludem, jest też zapowiedzią, że nawet po przegranych wyborach PiS władzy nie odda, że skorzysta z formacji siłowych, nie oglądając się na żadną Unię i jej protesty.
Naprawdę lecimy na ścianę, naprawdę grozi nam kosmiczna wręcz katastrofa.
Do tych wszystkich zagrożeń bieżących, braku węgla, drożyzny i zagrożeń wojną — PiS dokłada nam kryzys stosunków z Unią Europejską, której jesteśmy częścią. Która dla ogromnej większości Polaków jest wartością i szansą na lepsze życie. Czy można sobie wyobrazić groźniejszy scenariusz, pisany przez małego zakompleksiałego człowieka, oderwanego całkowicie od realiów życiowych, pełnego nienawiści do ludzi, gardzącego nawet tymi, którzy karnie biją mu brawo i śmieją się z jego „żartów” na spotkaniach?
Gdzieś jest kres tego absurdu, gdzieś jest koniec tego szaleństwa. Może to właśnie ten moment?

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Kres tego i wielu innych absurdów co doprowadzi do końca szaleństwa tych i innych polityków może nastąpić tylko wówczas gdy wprowadzimy prawdziwe demokratyczny system władzy tzn, taki, w którym obywatele uzyskają przynajmniej elementarną podmiotowość co pozwoliłoby nam obywatelom, społeczeństwu decydować o swoim losie, sprawach a kasta polityczna pełniłaby faktycznie służebną rolę do czego jest teoretycznie wybierana. W dzisiejszym systemie władzy jesteśmy zdani wyłącznie na fanaberie i wolę polityków, którzy w swojej bezkarności w ogóle nie muszą liczyć się z obywatelami. Tylko tyle i aż tyle.
„Moim zdaniem — trzeba w ramach procedur parlamentarnych postawić wniosek o konstruktywne wotum nieufności dla rządu Morawieckiego; licząc na to, że w obliczu takiej katastrofy przynajmniej kilku posłów formacji rządzącej zagłosuje z opozycją za rządem technicznym, którego pierwszym zadaniem byłoby uzyskanie należnych nam pieniędzy z Unii.”
Konstruktywne wotum nieufności jest rzeczywiście rozwiązaniem, ktore pozwoliłoby wyjśc ze ślepego zaułka głupoty JK i Ziobry, oraz ich wielowymniarowego szkodnictwa. .W polityce nie można jednak działać tak, aby liczyć na głosy kilku posłów z PiSu. Wcześniej tych posłów trzeba zdecydowanie pozyskać w formie dowolnej i się z nimi dogadać politycznie. Inaczej taki wniosek tylko ośmieszy opozycję. Po stronie opozycji jest co najmniej 3 znanych polityków za takim rozwiązaniem – Kosiniak-Kamysz, Hołownia i MIchał Kamiński. Ponieważ jednak PO nie garnie się do tego rozwiązania na razie nie widać go na horyzoncie polskiej polityki.
Konstruktywne wotum nieufności wymaga, oprócz pozyskania posłów wspierających rząd, ustalenia kaduydata na premiera i dogadania się do celów wśród całej opozycji.
W tym antyunijnej Konfederacji.
Obawiam się, że bez szans.
Czy niepowodzenie konstruktywnego wniosku opozycji oznacza jej ośmieszenie ? Nie sądzę – w polityce trzeba podejmować czasem ryzykowne próby, zwłaszcza gdy przeciwnik zapowiada nie oddanie władzy nawet gdy wybory przegra a tak mówi o tym prezes. To czekanie do terminu wyborów, które odbędą się czasie najlepszym dla PiS i narażenie się na wojnę domową w wariancie nie oddania władzy jest kompromitujące. Trzeba sprawdzić w działaniu a nie w gadaniu.
Tak, to prawda, trzeba wskazać premiera. Ale jeżeli wszyscy po stronie opozycji są zadnia, ze dalsze rządy PiS to nieuchronna katastrofa to i ta sprawa jest do załatwienia.
Trzeba to sprawdzić, tam myślę…
Nie samo niepowodzenie wotum konstruktywnego ośmieszy opozycję, ale zgłoszenie wniosku i kompletny brak przygotowania do głosowania. Polityka jest domeną skuteczności a nie dobrych, choćby najszlachetniejszych intencji. Wiem, że po stronie pisowców trudno znaleźć ludzi sprawiedliwych, ale już bojących sie o miejsca na listach w przyszłorocznych wyborach z pewnością tak. I do tych własnie ludzi opozycja musi dotrzeć jeżeli chce to wotum konstruktywne przegłosować. KAndydata na premiera byłoby pewnie najłatwiej uzgodnic gdyby pochodził spoza świata polityki i miał rzeczywiście do spełnienia role techniczną, z góry określoną. Gorsze od dalszych rądów pisowców są ich dalsze rządy połączone z kompromitacją opozycji na skutek braku elementarnej skuteczności.
Nie pisałem nic o ośmieszaniu, ale zgadzam się ze Sławkiem.
Przygotowanie takiego wniosku bez zapewnienia odpowiedniego poparcia (a więc, niestety, Konfederacji też) jest bezcelowe i umocni ZP.
Dopiero po tym, jak wszystkie siły spoza koalicji rządzącej pdzyjmą wspólnego kandydata, można próbować powiedzieć „sprawdzam” i przekonać się, czy znajdą się posłowie PiS, którzy niczym 10 lat temu posłowie PO, zatrzasną się w windzie czy toalecie, by nie brać udziału w głosowaniu, co da przewagę liczebną wnioskodawcom.
Posłowanie, „senatorowanie” max. dwie kadencje!
non plus ultra