27.10.2022

W wieku niemowlęcym absorbuje się nieznane dźwięki, potem wychodzi nam z ust „mama”. Dorosły nie lubi być traktowany jak niemowlę, dlatego tak trudno uczyć się mu obcego języka. Ostatnio, po kilku latach językowego dzieciństwa powiedziałem do siebie po hiszpańsku:
Josephina ma troje dzieci, które bardzo kocha. Mąż Josephiny jest urzędnikiem bankowym. Gdy wraca do domu, dzieci podbiegają do niego i rzucają mu się na szyje. Josephina i Jose to bardzo dobre małżeństwo. W niedziele rodzice, dzieci i ich piesek Fernando odwiedzają rodziców Josephiny, którzy mieszkają w pobliżu. Gdy babcia Guadelupe przygotowuje obiad, dziadek Julio bierze dzieci na barana, a potem pluska się z nimi w basenie.
Była to jedna z wielu opowieści, które zapamiętałem z lekcji, po których mogę teraz kupować po hiszpańsku, zamówić coś w restauracji, rozmawiać o pogodzie na urodzinach, weselach i pogrzebach, nawet do wróżki iść i jej przepowiednie zrozumieć, zaśpiewać hiszpańskie szlagiery, które w Polsce uchodzą za polskie i podjąć rozmowę w tym języku pod warunkiem, że wymieniane wiadomości są dobre.
Pewnego dnia wyszedłem na ulice Miami Beach, gdzie wchłonęła mnie fala młodych Latynosów w białych kaskach, kończących pracę na budowie hotelu. Domyślałem się, że wymieniali ze sobą złe wiadomości: że boss jest świnią, że oszukali przy wypłacie, że dłużej już z żoną wytrzymać się nie da, że na sąsiedniej budowie była emigracyjna obława i większość ludzi wywalili. Żadna z książek do hiszpańskiego nie porusza tych tematów. Jedyne co udało mi się tutaj odcyfrować z ich rozmów, to hiszpański odpowiednik słowa, jakie panuje również na polskich budowach: kurwa.
Rozmowa ze szlachcianką:
— Chcesz iść na spacer?
— Tak, dookoła pola golfowego.
— Za daleko. Pójdziemy dookoła wyspy.
— Na wyspie mi się nudzi. Wszystko już obejrzałem.
— Na polu golfowym znów cię zgubię. Chodzisz za wolno.
— Patrząc na golfa nabieram energii.
— Energię będziesz miał jak przestaniesz jeść.
— Jestem impulsywnym żarłokiem, kurwą żywnościową.
— W czasie wojny u księży zbierałeś kruszynki chleba.
— Tak, na pośliniony palec. Księża dostawali białe pieczywo, my czarne.
— Jak długo jeszcze będziesz się powoływał na wojnę? Nie żryj.
— Chodźmy do golfa.
— Idź sam.
— Dlaczego ciągle moje pomysły zastępujesz swoimi? Brak ci szczodrości.
— To pójdziemy na molo, wzdłuż plaży.
Po zimie w Miami Beach wracamy do Bostonu, gdzie po wyprowadzeniu się dzieci w naszym, odrestaurowanym przez Grażynę domu w stylu wiktoriańskim „Queen Anne”, prowadzimy Bed and Breakfast. Goście przyjeżdżają tu na zwiedzanie historycznych miejsc, gdzie rodziły się Stany Zjednoczone, ale również na staże do Harvardu i innych uniwersytetów. Sezon zaczyna się w połowie kwietnia od najstarszego w kraju, bostońskiego maratonu, biegaczy jest ponad dwadzieścia tysięcy, nie wystarcza miejsc w hotelach, pokoje u nas rezerwują co najmniej na rok z góry, trasa biegnie tuż przy naszym domu.
Nasz gość z dwójki, 61-letni profesor z Nowej Zelandii pobiegnie po raz pierwszy, w trójce mieszkają dyrektor waszyngtońskiego ZOO i jego żona, będą czekać na mecie na ich 37-letniego syna-dziennikarza, innemu synowi kibicują rodzice z Kalifornii, którzy zajmują jedynkę, w czwórce mamy innego biegacza, z Kanady, dla jego rodziny nie starczyło u nas miejsca.
O 9:00 rano młode kobiety, a po 15 minutach młodzi mężczyźni, za nimi, w grupach wiekowych, reszta ciał wyposażonych w elektroniczne mierniki, pokazujące w telefonach komórkowych ich tempo tysiącom kibiców, którzy wylegną na ulice Bostonu. Te same sceny każdego roku: biegacze i biegaczki z Etiopii i Kenii, którzy z uczestnictwa w amerykańskich maratonach stworzyli w swych krajach narodowe sporty szybko wychodzą na prowadzenie, a gdy pojawiają się wśród nich biali, pozwalają im prowadzić przez pierwszą godzinę, po czym zastawiają w tyle.
O 11.00 wychodzimy na skrzyżowanie naszej ulicy z trasą maratonu: afrykańska czołówka jest już blisko mety, za chwile padnie rekord świata: 2 godziny i 3 sekundy, a wtedy pojawi się przed naszymi oczami ten biegnący lud bostoński z jego różnymi stylami poruszania mięśni: niektórzy, naśladując atletów, wydłużają kroku, inni, oszczędzając nóg, uruchamiają górne części ciała, byle do przodu, wyglądają jak biegnące pionowe sprężyny, co jakiś czas pojawi się ktoś ze słuchawkami w uszach w muzycznym transie, to znów ktoś przebiegnie w tanecznych podskokach.
Boston jest miastem 250 000 studentów. W dniu maratonu wydaje się, że wszyscy wyszli z domów. W dopingowaniu specjalizują się dziewczyny o donośnych głosach, wypatrujące imion, numerów i nazw stanów, z których pochodzą biegacze.
John, you can do it!, Arizona, keep going!. 3787, you look gorgeous!, Catherine, don’t give up!, Hawaii! We are with you!.
Niektórzy na swoich obnażonych ciałach wypisane mają słowa zachęty rodzin i przyjaciół: Run Mary, run, Mom and Dad!, I am an old man, but I can do it, Go, baby, go!. Inni chcą zawiadomić kim są. Pojawia się pierwszy Polak z orłem na piersi, ktoś przebrał się za goryla, drugi biegacz z napisem „Polska” na plecach, szczupły mężczyzna w damskim biustonoszu, inny w koronkowej spódniczce tancerki. Naszemu kanadyjskiemu maratończykowi, który sprowadził żonę, rodziców i teściów udało się dobiec do mety, rodzina przyprowadziła go do naszego domu, żeby odpoczął na trawie.
W następnym tygodniu w naszym B&B pojawiła się taka amerykańska mieszanka: 22-letnia Stephanie i 25-letni Lars. Dziadek Larsa był Norwegiem, który mieszkał w Sudanie i tam zaadoptował dwóch sudańskich chłopców. Ojciec Larsa, urodzony w Norwegii, poznał tam Amerykankę i miał z nią dzieci. 20 lat temu przenieśli się do Michigan i tam zaadoptowali etiopskiego chłopca, który później założył etiopską kawiarnię. Lars próbował zostać ewangelickim pastorem, ale skończył na hodowli lam i pieczeniu norweskich ciast we własnej kawiarni, w której podaje się etiopską kawę; kiedyś wpadła tam na kawę nasza Stephanie, córka Kanadyjczyka, pochodzenia ormiańskiego i amerykańskiej Włoszki z drugiego pokolenia amerykańskich emigrantów. Zakochana para przyjechała do nas na dwie noce, bo Stephanie uzyskała to, o czym marzy każda absolwentka uniwersytetu: Harvard zaproponował jej roczny fellowship. Temat: badania pomocy socjalnej dla nowych emigrantów.
Przyleciała też dziewczyna z Kalifornii, absolwentka psychologii z uniwersytetu Vanderbilt w Tennessee, która po roku spędzonym jako ochotniczka w afrykańskiej Rwandzie, gdzie asystowała komisji rozwiązującej problemy pojednania narodowego po słynnych tam pogromach rasowych, dowiedziała się, że w Harvardzie ktoś robi na ten temat badania. Zajechała do nas z planem zostania na rok w Bostonie, w czasie którego chce osiągnąć swój cel: najpierw pomagać tej badaczce, a potem zapisać się na studia doktoranckie.
Inni goście. Francuski projektant domów budowanych na pontonach, cumowanych do brzegów rzek, umówił się na randkę z kobietą z Pensylwanii, oboje po 50 i po rozwodach, ona z trojgiem dzieci, on z jednym, postanowili pobyt przedłużyć o trzy dni, bo flirt w Bostonie doskonale się rozwija. John, trzecie pokolenie polskich murarzy w Chicago, dziś ekspert od naprawy historycznej cegły, przyjechał nadzorować odbudowę fasad starych budynków. Emerytowany prokurator z Bonn przyleciał z żoną do syna-lekarza, rezydenta w Harvardzie, na poród ich pierwszego wnuka. Lekarz z Australii po raz kolejny stawił się na proces rozwodowy, żona nie godzi się na sprzedaż ich wspólnego domu.
Przy śniadaniu opowiadamy im o Bostonie, oni nam o sobie, a wtedy my o sobie i tak stają się naszą przyszywaną rodziną.
— Nigdy w życiu nie siedziałem przy stole z filmowcem — zachwyca się szeryf z Texasu, który nigdy dotąd nie był na wschód od rzeki Mississippi. Przyjechał z żoną-nauczycielką, która opowiada mu o historii Nowej Anglii.
Naszych gości wysyłamy do Plymouth Plantation, gdzie w 1620 roku przycumował „Mayflower” i przywiózł 102 pierwszych angielskich kolonistów, którzy po raz pierwszy spotkali Indian, zbudowali domy, polowali, posyłali dzieci do szkoły i modlili się w swoich kaplicach. Nasi goście poczują się jakby sami zeszli z żaglowca. Zastaną mieszkańców tej pierwszej kolonii, ponad stu aktorów mówiących siedemnastowiecznym angielskim. Raz sami też tam się wybraliśmy.
— Skąd jesteś? — pyta Grażynę matka czwórki dzieci odprowadzanych ze szkoły.
— Z Polski — odpowiada Grażyna.
— A jaki król tam teraz panuje?
Nieprzygotowana na pytanie Gaga uśmiecha się tylko, a kobieta w koronkowym czepku pyta dalej:
— A jak się tu z Polski dostałaś?
— Samolotem — odpowiada Grażyna, na co kolonistka:
— Nie wiem, o czym mówisz, nie znam takiego słowa.
Teraz ja włączam się do rozmowy.
— Ładne masz dzieci — mówię — ile ich masz?
— Siedmioro, od trzech do dziesięciu lat.
— A co robicie, żeby nie mieć zbyt wiele dzieci? — pytam — używacie środków antykoncepcyjnych?
— Tych słów też nie rozumiem — mówi matka siedmiorga — im więcej Bóg da, tym lepiej.
Podchodzi mąż ze strzelbą na ramieniu i rozmowa przechodzi na Indian.
— Podobno jak tu się zjawiliście — mówię mu, upiekliście indyka, zaprosiliście Indian i ze stopy wojennej przeszliście z nimi na pokojową, czy to prawda?
— Niczego takiego nie było — odpowiada myśliwy, wiedząc, że od dwustu lat Amerykanie na cześć tej legendy, co roku zbierają swoje rodziny przy stole Święta Dziękczynienia, wzajemnie sobie dziękując i objadając się indykami.
— Indianie sprzedają nam jedzenie i szyją ubranie, a my płacimy im w whiskey, którą oni bardzo lubią. Czysty biznes, nie kłócimy się z nimi, więc nie musimy się godzić — opowiada dalej głowa rodziny i prowadzi nas do indiańskiej wioski, gdzie inni aktorzy przebrani za Indian i gaworzący ze sobą dialektem miejscowego szczepu, pieką na rożnie barana.
Z historią można robić co się chce. Nikt nie sprawdzi.
Cdn

Marian Marzyński
Polski i amerykański dziennikarz, reżyser filmowy i scenarzysta. Ur. 12 kwietnia 1937, zmarł 4.04.2023. Mieszka stale w USA. Album autobiograficzny Mariana Marzyńskiego KINO-Ja. ŻYCIE W KADRACH FILMOWYCH jest do nabycia w księgarni internetowej UNIVERSITAS i w sklepach taniej książki.
Witryna Marzyńskiego LIFE ON MARZ
