03.12.2022
Dawno, dawno temu, nie za górami ale nad Wisłą, politycy postrzegli, że myślący po endecku Polacy stanowią większość w Rzeczpospolitej; by to skonsumować, zawiązali wyborczy blok Chrześcijańska Jedność Narodowa. Riposta mniejszościowych piłsudczyków była prosta i zjadliwie skuteczna: blok nazwano skrótem Chjena…
.
Nie będę powielał przedwojennych złośliwości tworzących z Chjeny „czarnego luda”, obciążając odpowiedzialnością za wszelkie zło, od faszyzacji państwa po ugruntowywanie ciemnogrodu. Nie jest sensowne kopanie leżącego, zwłaszcza, że Chjena nigdy w II Rzeczpospolitej nie sprawowała samodzielnej władzy, a realne zasługi w zakresie faszyzacji i ciemnogrodu przywłaszczyła sobie zwalczająca endecję sanacja. Nie w tym jednak rzecz, choć obezwładnia nas moda na politykę historyczną.
Jest blok, określający siebie jako Chrześcijańska Jedność Narodowa (Zjednoczona Prawica), będący chjeną i zachowujący się jak hiena. I jest opozycja powielająca przedwojenny wzór opozycji antysanacyjnej, w której tzw. różnice ideowe, czyli anse personalne tworzyły efemerydalnymi zjednoczenia „centrolewicowe”, „centroprawicowe”, a nawet Front Morges. Cóż z tego, że po stronie opozycji stały autorytety – Witos, Paderewski, W. Sikorski, a w sanacji dominowały miernoty typu Rydza-Śmigłego i Składkowskiego; cóż z tego, że proces brzeski i Bereza były gwałtem Konstytucji i triumfem chamstwa nad zdrowym rozsądkiem…
Sanacja rządziła, miała ku temu przyzwolenie wyborców, a opozycja dreptała na marginesie życia publicznego.
Rządzi nami Chjena, a tworzące je hienowate osobniki są zdeterminowane, by władzy nie oddać. Jedni boją się odpowiedzialności – pęta ich myśli wizja zatrzymania przez CBA i oskarżeń przez prokuratora. Inni mają świadomość, że byli nikim, teraz są kimś, a jutro znów mogą polecieć w niebyt. Strach determinuje, podpowiada, że bronić się trzeba za wszelka cenę. Strachem łatwo zaraża się innych. Ludzie cenią święty spokój, a ten wymaga bytu w świecie znanym i oswojonym; niebezpieczeństwo dla swego świata widzą w pyszałkowatości mądrali negujących istnienie św. Mikołaja i narzucających świecko-wegańską Wigilię. I nie chodzi tu o rzeczywistą wiarę w biskupa jeżdżącego na saniach, czy sentyment do smaku pieczonego karpia. Chodzi o intuicyjną obronę sfery prywatnej wolności. Chodzi o coś niewytłumaczalnego – poczucie godności. Nie jest trudno zarazić ich własnym strachem, przekonać, że ktoś dybie na ich cnotę, że przyjdzie Niemiec lub Ruski, da w pysk i zlikwiduje Święta Bożego Narodzenia.
Sanacja mimo miernotowatości umiejętnie grała na społecznych nastrojach, rozgrywając przy tym królikowatą rozlazłość opozycji. Nastroje były przed wojną antysemickie; wprowadzano więc antysemickie przepisy, a jednocześnie straszono antysemityzmem opozycyjnej endecji. Nastroje po wielkim kryzysie były antykapitalistyczne, urealniono więc socjalizm, nacjonalizując gospodarkę, mówiąc, że to forma obrony przed komunistycznym rabunkiem własności, utożsamiając opozycyjnych socjalistów z rosyjskimi bolszewikami. Polska była katolicka, więc sanacyjne akademie zdobiło kropidło biskupie, a jednocześnie szeptano o nielojalnej agenturze Watykanu i zaprzedanych Francuzom chadeckich politykierach typu pianisty Paderewskiego czy skorumpowanego Korfantego. Sanacja była z ludem i dla ludu, Witosa przemieniono w Jakuba Szelę. Każdy atakowany z osobna się oburzał, ale niekoniecznie na oczernianie politycznych konkurentów.
Królikom uszy zasłaniają horyzont, wydaje im się, że żyją w normalnym środowisku. Wilki i hieny, to tak, owszem, zagrożenie, ale to nie zmienia podstaw starań o miejsce na łączce i kolejność gryzienia trawy. Jest nas więcej, jak przyjdzie co do czego, to demokratycznie przegłosujemy wroga, a na razie istotniejsze jest ustalenie, kto ma jeść koniczynę, a kto marchewkę.
Jest coś absurdalnego w licznych apelach, w zbieraniu podpisów pod petycjami, w uporczywym, racjonalnym przekonywaniu tzw. partii opozycji parlamentarnej, by – w końcu – się zjednoczyły i dały sobie szansę wygrać wybory. Mamy w tej opozycji nie amatorów lecz profesjonalistów żyjących z polityki. Mamy ludzi o wysokim poziomie wykształcenia i inteligencji, dysponujących różnymi badania opinii publicznej, a więc świadomych czego wyborcy oczekują. To nie my do nich powinniśmy apelować, ale oni nas przekonywać do jednoczenia wysiłków. Jesteśmy dla nich jak otwarta karta, artykułujemy swoje poglądy, sygnalizujemy gotowość działań. W zamian za tę otwartość oferują nam tylko możliwość kibicowania nudnej i nieprzejrzystej procedurze ustalania kompromisu: który członek króliczego stada zyska szanse na marchewkę, a który na koniczynę. Jest coś absurdalnego, że musimy przekonywać królików, by choć na moment przestali myśleć w króliczy sposób.
Jest jeszcze coś, co – bez obrazy – nazywam syndromem Gduli. Pan Gdula jako badacz naukowy świetnie zdefiniował zachowania i oczekiwania mieszkańców mazowieckiego miasta średniej wielkości. W teorii, na podstawie takiej analizy, profesjonalni politycy powinni podjąć działania przynoszące im poparcie tych mieszkańców. Pan Gdula został profesjonalnym politykiem, a następnie dał się wciągnąć w działania dokładnie sprzeczne ze sporządzonymi analizami. Gdula – naukowiec dr Jekyll i polityczny Mr. Hyde….w dodatku reprezentatywny dla partyjno-króliczego stada.
Hieny są zdeterminowane, nie kryją, że zrobią wszystko by bronić władzy. Doświadczenie podpowiada nam, że to nie tylko słowa, że wszystko znaczy wszystko, nie ograniczając się literą prawa i zasadami demokracji.
Mogę to zrozumieć, ich strach jest zbyt wielki by stać ich było na umiarkowanie. Ale samobójczych nawyków królików swym umem nie jestem w stanie ogarnąć.
Jarosław Kapsa

