Marek Jastrząb: Ewelina9 min czytania

04.12.2022

Jego prywatny, domowy rynsztunek, to habit, strój przywdziewany do przymusowej, regularnej, rzemieślniczej pracy, codzienny ubiór służący skupieniu nad tworzonym tekstem. Kiedy pojawia się wśród innych pisarzy, w oczach ma iskierki rozbawienia. Rozluźniony i oswobodzony z nadmiaru wrażeń, odpoczywa od poważnych myśli: gada byle co i byle jak.

Nie musi udawać wielkiego człowieka. Ma świadomość swojej wartości, może więc podobnie jak bohater jednego z dzieł „Komedii Ludzkiej”, Jakub Collin, powiedzieć: „…nie uważam się za wielkiego człowieka! JESTEM NIM!” Natomiast gdy pozostaje sam, odizolowany od paplaniny, w nocy i ciszy, zanurzony w rękopisach, z dala od rejwachu przyjaciół, okiem wytęsknionej wyobraźni dostrzega bezkresne, równinne połacie zbóż: kolorowe stepy zagadkowej Ukrainy. Widzi i wspomina, że był tam osobistością szanowaną i podziwianą, kimś ważnym, otoczonym miłością. Tu dopada go refleksja: ważnym, ale tylko dla siebie.

Dla ludzi, u których gościł, a więc dla hrabiego Hańskiego i jego żony, Eweliny, był ciekawostką. Rozrywką i urozmaiceniem ogórkowej egzystencji. Tak Hański, jak Ewelina, odnoszą się do Honoriusza z dobrze zamaskowanym, dumnym lekceważeniem: mają go za ekstrawaganckie stworzonko o artystycznych nawykach.

Jest dla nich mglistym wyobrażeniem o pisarzu. Dziwadłem piszącym „zajmujące” powieści; ich opinie na temat twórczości Balzaka są naskórkowe, lecz zgodne z modą. Przyjmują go w swoich włościach, bo miło nosić popularny breloczek. Nie jest przecież dobrze urodzonym; wszak to tylko gryzipiórek z kałamarzem w herbie!

Odległy, lecz dobrze znany głos Eweliny Hańskiej, jest z nim blisko. On zaś, złakniony zakazanej, arystokratycznej miłości, wierzy mu lub nie. Ucieka w morderczą pracę nad swoimi tekstami. Szuka ukojenia i podniety zarazem – w kawie, gdyż czuje za dużo, by opisywać za mało; przeżycia, to zadry, trwałe rany uwidocznione postępowaniem.

W samotniczej scenerii biurka, gęsiego pióra, inkaustu i wymiany korespondencji z Eweliną, wspomina chwile spędzone razem. Kochał nie tyle ją, ile naiwne wyobrażenie na temat afektów, swoją namiastkę tęsknoty za uczuciem. Bywał stały w swoim wiarołomstwie; jego świat okraszony jest niezmożoną ilością miłosnych pomyłek.

Dla Balzaka Miłość Prawdziwa istnieje tylko między bajkami; za, przed i po Rewolucji miłość była towarem niepotrzebnie pięknym jak próchno udające kwiat. Często nie wzajemna, a częściej – jednostronna; zraniona, odepchnięta, wystawiona na pośmiewisko, staje się parodią upragnionej: przemieniona się w jej odwrotność.

Miłość w potocznym rozumieniu to ślepa gra ślepych namiętności. Schodek do kariery: parostwa, czy perfumerii. Przesiadka z trotuaru do powozu. Z jaskółki do loży. Korzystna zamiana obywatelskiej pozycji. Żadne uczucie, tylko transakcja. A także wątpliwy interes; rzut w niepewne, skok w złudzenia, brawurowa galopada żarliwości połączona z człapiącą agonią uczuć.

Czysta, gorąca, obustronna, występuje incydentalnie. Tak rzadko, że poniekąd wcale. To wyścig do majątku; z kotem w worku. Miłość to kochanka w powozie i Rotszyld w liberii na koźle. Albo bezpardonowa walka na podstępy i wzajemne poszturchiwania.

Utwory jego nadal są aktualne jak usposobienia kobiet. Listownie go uwielbiają, utwierdzają w przekonaniu, że je zna, a on, podekscytowany i zadowolony, wodzi zmęczonym wzrokiem za byle suknią.

W odwet za ziemskie porażki narzuca czytelnikom własne obrazy kobiet. Potworków wziętych z autopsji i awanturniczych dykteryjek. Przenosi je na papier, a pisząc o nich ze swadą, wtłacza w romanse. Są to zatem rozliczne ambasadorki mętnych spraw, jawnogrzesznice o gdaczącym rozumku, megiery paplające głodne kawałki, wyrzucające z siebie oficjalne biuletyny o swoich nastrojach.

Płodzi misterne, zniewalające, rozkoszne Drętwy [„Blaski i nędze kurtyzany”], które są poślubione śmierci; skazane na grzech, występek, zbrodnię, kochają za krótko, za żarliwie i za bezinteresownie, by być prawdziwymi. Tworzy pięknotki zdarzające się w snach. Wojownicze insekty przywleczone z najgorszych koszmarów. Chciwe na uwielbienie, cwane kręgosłupy swoich mężów, kochanków i absztyfikantów. Kobiety – anielice, kobiety – muszki, kobiety – gnidy i kobiety – klęczniki, które stroją przed audytorium kontrolowane fochy, mają niszczące kiesę wymagania, posługują się myślami pasującymi do koafiury.

Opisuje przechery, posępne matrony, żylaste szkapy, kute na cztery nogi, przeżarte cynizmem, obrotne w gadce, pyskate, gderliwe babsztyle udające ciotki Jakuba Collin, „Azje” i „Europy” [„Po czemu miłość wypada starcom”], których jedynym zajęciem jest sprawianie sobie przyjemności, które tolerują mężczyzn tak, jak znosi się cudze zwyrodnienia. Bawią się nimi, jak kot bawi się kłębkiem strachu z myszy; zawsze pod bronią, skoncentrowane na sobie, ostentacyjnie czułe i na pozór bezgrzeszne.

Mężczyzna nie ma u nich szans, jeżeli jest karmiony szpakami, ma niedochodowe przywary lub majątek w postaci ubogich krewnych. Staje się interesujący i powabny, kiedy można go zeszmacić, oskubać i wypchać, gdy za głośno nie narzeka na drański los jelenia.

Balzak, jako erotyczny turysta, amant od wielkiego dzwonu, cierpliwie dojeżdżający do chimerycznych wdzięków Eweliny, ma bezsporną zaletę: jest za daleko.

Otrzymywanie od niego listów bawi ją, zaspokaja próżność. Jej altruizm podszyty jest egoistycznymi względami; przestrzeń dzieląca ją od pisarza jest ratunkiem przed opinią krewniaków troszczących się o niedeptanie Carowi po imperialnych odciskach.

Obawia się w nim inteligentnego szaleńca, rozrzutnego twórcy, po uszy zanurzonego w długach, nieobliczalnego geniusza wstrząsanego iluzją; pruderyjna sensatka i zrzędliwa syrena, myśli o nim z ostrożną tkliwością rozkapryszonej „skąpicy” [listy Balzaka do Hańskiej].

Z wielkiego wszędzie i nigdzie, z domu wypełnionego dobrobytem, dokonuje mu strofujących ocen postępowania, zwodzi obietnicami rychłego małżeństwa. A zarazem trzyma go na smyczy z dobrych rad i piłuje bezustannymi apelami o zachowanie rozsądku.

Bez większego uszczerbku mogłaby zlikwidować jego finansowe zobowiązania, lecz wie, że metoda skrócenia mu trosk, obróciłaby się przeciwko niej. Przyspieszyłaby chwilę zawarcia legalnego związku z niepoprawnym utracjuszem, no i urealniła moment, gdyby, jako mąż, zaczął puszczać się na swoje korzystne bankructwa.

Do tego zadaje sobie retoryczne pytanie: czy pisałby bez bata finansowej niepewności? Zwleka więc z podjęciem decyzji o małżeństwie. Do chwili, gdy upragniony mariaż staje się dla niego spóźnioną rekompensatą twórczej niemocy [na kilka miesięcy przed zgonem, dochodzi do ślubu (1850, Berdyczów)

Kiedy Ewa nie odzywa się przez tygodnie, Honoriusz nie pisze. Wyfruwają z niego dobre pomysły. W mózgowej przechowalni nie ma odpowiednich słów, słów też zapomina co chwila. Mało co mu się klei, a wszystko wydaje mu się nie takie: wydumane, dęte i pokraczne.

Cała ta sarabanda z oczekiwaniem niepokoi go, mąci mu resztki optymizmu, irytują te miłosne zgrzyty i korowody. Ale gdy na widnokręgu pojawia się lekarstwo, list, oficjalny znak pamięci, życie powraca do ustabilizowanych rytmów. Słońce świeci znowu, deszcz nie pada tak ciągle, a czarne oceny świata zabarwiają się na zielono; nieustanna adoracja, to silny narkotyk.

Kiedy słucha jej cierpkich pouczeń, gdy otrzymuje skwaszoną przesyłkę z Ukrainy, stwierdza, że kochanka jest nieznośną formalistką, ponieważ odpowiada na jego serenady stylem obrachunkowym, pełnym liczb, kwot i utyskiwań, stylem kaznodziejskim i odcedzonym z miłości. Dostrzega, że Ewelina przedstawia się na tle rodziny jako nieszczęśnica pogrążona w oceanie sprzeczek, napięć i animozji z pociotkami.

W takich mgnieniach wychodzi z niego literat – pocieszyciel i w jego odpowiedziach pobrzmiewają uspokajające tony: wie, że powinien ujrzeć w niej biedną, uciśnioną, słabą i przez nikogo nierozumianą kobiecinę, prawie rezydentkę we własnym domu, wie, że powinien ją bezapelacyjnie zrozumieć, pisze więc do niej, roztacza przed nią upiększoną wizję wspólnej szczęśliwości. Buja, baja i wlewa jej do serca hektolitry otuchy mówiąc, że nie jest tak źle, bywało gorzej. Na razie nikt jej nie wypędza na tułaczkę w zamróz, więc jakoś wyjdą z tarapatów, bo mijają siebie, bo mogą na sobie polegać, bo drogę rozjaśnia im kochanie. No a czy perspektywa życia razem z nim, to dla niej nic?

Jako mistrz pióra święcie wierzy w kojącą moc swoich słów; jako podstarzały Adonis – nie za bardzo. Mimochodem nadmienia, że w imię tej umykającej, lecz niezmordowanej wizji, pracuje ponad ludzkie wyobrażenia. Już wkrótce przyjdą pieniężne efekty i sława stanie się podstawą jego bogactwa, a jej dumy. Tłumaczy, że zbrodnią wobec własnych nadziei, jest poprzestać na niej; nie robiąc nic, żyć w przeświadczeniu, że się je zaspokoiło. Uprawiać wegetację lalusia wiodącego niebiański żywot fircyka przytulonego do boku złotodajnej kochanki.

Przekonuje, że nie potrafi skazać się na taką rolę w jej życiu. I wierzy w to, co skrobie; rozpływa się w swoim rozbuchanym kłusowaniu po imaginacjach, po korespondencyjnych całuskach na dobranoc.

Chciał być jej wilkiem; uznanym przez świat i zalegalizowanym przez Kościół; wilkiem – przywódcą stada. Watahy jeszcze dwuosobowej, ale już powiększonej o spodziewanego potomka, o nowiutkie wcielenie rodu Balzaków, o Wiktora Honoriusza, kontynuatora nieistniejącej tradycji literackich infantów.

Lecz głównie chciał być uważany za wilka oszczędnego, przezornego, rozważnego. Za władcę haremu, kierownika magazynu uciech – wypłacalnego i niezawodnego, jakim zresztą widział się w trakcie pisania.

Z tym „oszczędnym zamiarem” szykuje dla niej komfortową fabrykę beczek bez dna. Reprezentacyjną norę godną kupionej komody Marii Medycejskiej. Po kosztach za bezcen i życzeniach na niski procent kupuje pałac. W środku przepych, ruinę na wierzchu: obraz ten do złudzenia przypomina Balzaka po ślubie.

Na wieść, że za jego sprawą Ewelina znajduje się w odmiennym stanie, szaleje z dumy, czuje się odpowiedzialny za smarkaczowski los przyszłego dziedzica powieściopisarskich splendorów. Honoriusz Wiktor dodaje mu sił, rozpala gęstniejącą krew, pobudza wenę, uaktywnia mrzonki: „Blaski i nędze życia kurtyzany” pisze przez 9 lat (1838 – 1847), ale kolejne arcydzieło, „Kuzynkę Bietkę” (1846) – w dwa miesiące.

W roku 1847 nadzieje związane z dzieckiem rozpadają się razem z jego przedwczesnymi narodzinami: Ewelina zostaje matką wspomnień po szczęściu, a Balzak zagłusza ból – syzyfową pracą.

Fragment eseju o Honoriuszu Balzaku
pochodzący ze zbioru „Autor” Marek Jastrząb „Autor” [ebook] – Emoralni* )

avatar

Marek Jastrząb

Pisarz, publicysta

Niektóre publikacje Autora są do pobrania w Bibliotece Studia Opinii

Print Friendly, PDF & Email
 

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo