21.01.2023
Zdanie odrębne

Byłem u ciebie w te dni przedostatnie,
Niedocieczonego wątku…
C.K. Norwid, Fortepian Szopena

Idzie ulicą Sienkiewicza, wyprostowany, bujna czupryna, sprężysty krok. Stąpa pewnie, zdecydowanie, chciałoby się powiedzieć dobitnie; na twarzy dyskretny uśmiech młodzieńca z dobrego domu. Wyszedł na przechadzkę z jasnobrązowym bokserem. Dobrze ułożony pies trzyma się prawej nogi pana; wie, że za chwilę – spuszczony ze smyczy – poszaleje sobie na łąkach, przy potoku płowieckim…
Panicz (bo taką ma ksywę) jest uczniem liceum męskiego. Pochodzi z dobrze skoligaconej rodziny mieszczańskiej – pradziadek lekarz, dziadek księgarz. Babki – sawantki, zasłużone na polu edukacji pod zaborem austriackim, czyli w Galicji. Starsi koledzy patrzą na niego z respektem, choć mogliby z góry, ale jego ojciec to wojskowy pilot, szef lotniska sportowego w Krośnie…
Jest połowa lat sześćdziesiątych tamtego wieku; młodzież maturalna co roku opuszcza rodzinne gniazda i rusza do wielkich miast. Większość chce się stąd wyrwać, przynajmniej na czas studiów. Podawany sobie Informator dla kandydatów do szkół wyższych jest jak trzymający w napięciu kryminał. „Na mieście” mówi się, że młody Szuber idzie na polonistykę; choć mało kto wybiera ten kierunek. Popularne są medycyna, prawo, studia politechniczne; trzeba później z czegoś żyć…
W trakcie studiów nasze wizyty w rodzinnym mieście stają się coraz rzadsze – od święta albo na wakacje; w każdym razie okazjonalnie… Nie widać też panicza, wokół którego nagle zrobiło się cicho. Po pewnym czasie wiadomo, że przerwał studia, jest poważnie chory i najbliższe lata będzie dzielił między szpitale i sanatoria. Na ulicy ciągle można spotkać jego rodziców, nieskorych do rozmów o synu…
Mija dwadzieścia, może trzydzieści lat… Trzecie piętro kamienicy przy Sienkiewicza 8, mieszkanie tuż pod dachem – duszno mimo otwartych okien; jest środek lata… Na wózku inwalidzkim siedzi dojrzały mężczyzna; włosy lekko przyprószone siwizną, na twarzy przedwczesna zaduma, łagodzona przymrużeniem oka. Niechętnie mówi o tym, co się z nim działo przez długi czas, ale opis nieuleczalnej choroby jest rzeczowy, metodyczny, dokumentujący niszczące działanie na organizm. Odtąd musi liczyć na pomoc najbliższych – ojca i matki, a po ich śmierci – ciotki i kuzynki z dalekiej Norwegii. A także pielęgniarek, fizjoterapeutów, kierowców; czasem przypadkowych osób…
Żeby mógł wyjść z mieszkania, trzeba go znieść na ulicę; wraz z wózkiem jakieś 80 kilo! A potem wnieść na górę, pokonując 56 skrzypiących, dębowych schodów. Do takich ‘operacji’ potrzebni są dwaj silni faceci, na których trzeba czasem polować przed wejściem do kamienicy. Jednym z rozwiązań jest popuszczanie wózka stopień po stopniu, jak to robi brodaty kierowca pan Janek. Jednak pasażer musi wtedy panować nad kołami, bo inaczej obaj polecą na twarz. Można tak zjechać w dół, ale jak się dostać powrotem na to przeklęte trzecie piętro…
Wszystko zaczyna się powoli zmieniać, kiedy nakładem jego kuzynki dr. biochemii, w lokalnej manufakturze ukazują się trzy tomiki: „Paradne ubranko”, „Apokryfy i epitafia sanockie” oraz „Srebrnopióre ogrody”. W jednym przedrukowany list Mariana Pankowskiego (Sanoczanina, profesora literatury z Brukseli), który kończą słowa: „Zaszczytna gościna u Pana. Będę o niej opowiadał z dumą sąsiada. I ze wzruszeniem, kiedy czytam: Martwy motyl w słonej wieży./ Jesteś?/ Byłem./ Będziesz?/ Nie wiem. Będzie Pan, będzie… Drogi Panie Januszu”. Okazuje się, że Szuber pisze wiersze…
Po tym liście (z marca 1996 roku) poeta na wózku zaczyna się powoli odrywać od ziemi; wszak niedaleko jest Bezmiechowa – wieś z szybowiskiem, dokąd lubi przyjeżdżać, by popatrzeć na srebrne ptaki. Teraz i on szybuje, uczestnicząc w spotkaniach i wieczorach autorskich – w mieście i regionie: w Brzozowie, Przemyślu, Rzeszowie… Dalsze podróże zapoczątkowało (pierwsze poza Sanokiem) spotkanie autorskie w Krakowie, w kawiarni ‘Esplanada’. Jest czerwcowe popołudnie 1997’, wiersze Szubera czyta aktor Starego Teatru, rozmawiają o nich poloniści z najstarszego w Polsce uniwersytetu, przysłuchują się filozofowie oraz pisarz – Jan Józef Szczepański, a dym z jego fajki unosi się nad głowami zebranych…
Wyjazd do Krakowa okazał się przełomowy; pojawiają się kolejne tomiki, a „prowincjonalny poeta” zdobywa uznanie Wielkich naszej literatury: Herberta, Miłosza, Szymborskiej… Potem wyjazd do Warszawy po nagrodę Fundacji Kultury, w styczniu 1999’. „Rzeczpospolita” pisała wtedy o wciąż żywym „duchu Galicji”… Poeta zbiera laury, zaszczyty; budzi zachwyt i podziw – także jako ‘niepełnosprawny’, choć nie lubi tego słowa. Żyje wbrew dolegliwościom, na przekór skutkom choroby. I staje się jest sławny – w kraju i świecie!
Rozsławia też dawne galicyjskie miasto; wcześniej robił to Beksiński – teraz Szuber. Lokalne władze zdały sobie sprawę, że wśród obywateli „królewskiego grodu” jest ktoś znany i znaczny, komu trzeba pomóc. Przewodniczący rajców miejskich pyta: Co możemy zrobić dla pana poety? Odpowiedź jest oczywista – przydzielić mu mieszkanie na parterze, by mógł sam wyjść z domu, to znaczy wyjechać swoim „rydwanem” wprost na ulicę… Otrzymuje więc duży lokal na parterze, w Rynku pod numerem 14. Nowy adres będzie odtąd ważnym miejscem w kulturalnej topografii Sanoka. „W użyczenie” dostaje również mały samochód, który pozwoli na wyjazdy w ukochane Bieszczady.
Ma tam swoje pejzaże, widoki, miejsca; ba – nawet drzewa, jak ten dąb „tuż przed Łukawicą na samym zakręcie drogi do Monasterca i Bezmiechowej” – „obiekt miłości”, przedmiot „adoracji, bezinteresownego zachwytu”… Czuje fizyczny związek z drzewem; traktuje je jako „jedną z możliwych wersji” siebie samego! Kiedy mija dąb, unosi rękę na powitanie i naciska klakson. Wszystko to należy do niego; on jest tym wszystkim… Zapewne tu jest źródło jego nowej kategorii literackiej – „mojość”.
Faza siedząca to czas najbardziej płodny w życiu poety. Ukazują się kolejne wydania wierszy, w tym obszerna „Antologia” (w prestiżowej, zasłużonej serii Poezja polska); pojawiają się liczne przekłady na języki obce. Poeta udziela wywiadów dla radia i telewizji, nagrywa rozmowy i… płytę z muzyką do swoich wierszy. Uczeni piszą o nim mądre rozprawy i książki, studenci – prace magisterskie i doktorskie; wchodzi do szkół jako klasyk. „Zrobiłem, co mogłem; i co się dało w tej sytuacji…” – podsumowuje krótko ten etap.
Stale ciekawy ludzi i świata, nawiązuje nowe kontakty i znajomości, rozwija pasje… Jedna z nich to obrazy Leszka Rózgi – długowiecznego grafika, malarza i rysownika. Metodycznie, starannie i „ze smakiem” kompletuje jego prace, z których powstaje mała galeria. Dedykuje mu wiersz, a na okładce jednego z późnych tomików pojawia się grafika Rózgi pt. Elizjum.
Przez ostatnie lata Szuber coraz częściej leży; gości przyjmuje w ‘pozycji horyzontalnej’. Podczas odwiedzin, trzeba mu poprawić koc na stale zimnych nogach, podać coś do picia i ‘opowiadać’ (lubi to słowo!) o sprawach poważnych i błahych; o ludziach, ideach, literaturze, filozofii, polityce… Ostatnia to jego utrapienie; boleje nad losem radiowej Trójki (której słuchał całymi dniami), przeraża go rządzenie przez konflikt, nienawiść, arogancja w życiu publicznym. Kiedy miasto przyznało mu honorowe obywatelstwo, konstatuje, że oto znalazł się w towarzystwie samych księży…
Ma kłopot z nagrodą ministra kultury, której towarzyszą komentarze samozwańczych Katonów: „będziesz teraz na pasku władzy”. Ktoś mu jednak uświadamia, że nagroda najpierw zostanie pomniejszona o podatek dochodowy, a potem i tak ją wyda na opiekunów i rehabilitację… Szybko obliczył, że pieniędzy starczy na niecały rok!
Uśpione choróbsko (ekspresyjna nazwa to wyraz dystansu) coraz częściej mu przypomina, że nie odeszło… Żyje więc od infekcji do infekcji – dom albo szpital; kolejny ciężki zabieg, zagrożenie życia i jeszcze raz powrót do siebie, na rynek. Nieposłuszne ręce stale coś notują na karteluszkach, które każe sobie kłaść na piersiach, tuż pod brodą, razem z długopisem i telefonem… Wraca do ulubionych lektur: Akacji Parandowskiego, Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego; prosi, by mu zrobić xero Dziennika uwodziciela Kierkegaarda… Tekst leży obok łóżka, na parapecie okiennym i wprawia zdumienie odwiedzających. A przecież powieść duńskiego filozofa to „laboratorium rozpaczy”, próba jej przezwyciężenia, odreagowania tego, co było złe…
W rozmowach z najbliższymi wraca pytanie: po co to wszystko? „Sens jaki tego wszystkiego?/ Gonitwa do upadłego”… Ma świadomość odchodzenia, kiedy pisze:
„Nie ma czego żałować,
oduczam się siebie,
żadnego znienacka,
to pracuje jawnie”.
Mimo coraz trudniejszej sytuacji jest przyjacielski, serdeczny, wyrozumiały… Jego codzienny pragmatyzm, spowodowany uzależnieniem od otoczenia, ustępuje miejsca troskliwości o nas. Obłożnie chory – martwi się naszymi sprawami, dzwoni, pyta o zdrowie, okazuje czułość…
A potem covid, obostrzenia i restrykcje, znowu infekcja i stan zawieszenia między niebem a ziemią. Któregoś jesiennego dnia rzuca krótko i zdecydowanie: „Mam już tego dosyć!”. A potem jeszcze telefon: „Przyjdź po tomik z dedykacją dla córki”. Jak się okazało, ostatni…
Janusz Szuber zmarł 1 listopada 2020 roku w szpitalu miejskim, w Lesku, bliżej swoich gór… Na pogrzeb trzeba było czekać do sierpnia następnego roku; spoczął na cmentarzu sanockim, nieopodal rodziców. Wcześniej planował pochówek w podsanockiej wsi Międzybrodzie, obok pięknej cerkiewki z początku tamtego wieku. „Dobrze byłoby tam leżeć, ale daleko… Kto mnie odwiedzi…”
J S
Listopad 2020 – grudzień 2022
PP Komentatorów prosimy, by uwzględnili fakt, że wszystkie komentarze są czytane przez moderatora. Niektóre są publikowane natychmiast, inne nie; reguluje to system automatycznie zgodnie ze swoimi regułami. Wielokrotne wpisanie tego samego komentarza nic nie daje: musi on tak czy tak poczekać na zatwierdzenie. Może to oznaczać oczekiwanie na efekt nawet 24 godziny.

Trudno o bardziej odpowiednie epitafium, które uzmysławia ze wspomnienie zmarłego nie musi być nekrologicznym kłamstwem. Byłem, widziałem, rozmawiałem z Poeta, uścisnąłem dłoń. To wspomnienie podtrzymuje na duchu. I pewnie po ta są Poeci i ich wiersze. W przypadku Janusza Szubera trzeba powiedzieć, ze nie tylko słowa poruszają, również jego postawa niezłomna wobec wyjątkowo uciążliwego życia.
Wspomnienie o życiu poety zapisane w sposób kunsztowny i wyrazisty. O życiu, które podzielone było między chorowanie a tworzenie. Za obiektywizmem autora kryje się dobry przyjaciel; nie na darmo wspomnienie o poecie rozpoczyna motto z Norwida.
Poezja Szubera przemawia do mnie obrazem i zapachem jego rodzinnych stron. Bo przecież nadal żyje tam mały chłopiec mieszający drewnianą łyżką śliwkową magmę powideł..
Niezwykłe jest to, że w utworach Autora z łatwością można rozpoznać wszystkie ludzie zmysły, na przekór sytuacji i chorobie w jakiej sam się znalazł.
Poetów dzisiaj wielu. Można powiedzieć (z pewną przesadą oczywiście), że każdy teraz pisze lub pisał wiersze. Mnożą się rymy w życzeniach, postach, tweetach, teksty wszystkich piosenek są obowiązkowo rymowane. Ale Janusz Szuber jest jeden. Jego poezja wykuta jest w żywym cierpieniu. Zbudowana ze słów, które dobrze wiedzą co to znaczy rozpacz i samotność.
Jego wiersze bezpośrednio dotykają tego czego w żaden inny sposób pojąć, ująć ani objąć nie można. JS pisze o zmarłym poecie z Sanoka ciepło i z przyjacielską czułością. Słychać, widać i czuć, że znali się wyjątkowo dobrze. Jak bracia. Autor wspomnienia (wolę to słowo od epitafium) w tekście ukrywa się na drugim planie. Przynosi to czytelnikowi takie doznanie jakby sam z bliska obserwował Janusza Szubera i towarzyszył mu w jego pełnym cierpienia i twórczości życiu.
Piękne, chwytające za serce wspomnienie poety, który jest dumą mojego miasta.
Wiem, że autor znał Janusza Szubera od zawsze. Interesował się jego losem,
kiedy mógł, wspierał. Zawsze o nim pamiętał. Nadal daje tego dowód.
Tak postępuje Przyjaciel.
Za pierwszym czytaniem wspomnienia narzuca sie przede wszystkim dluga choroba, odkrycie poety przez „wielkich” i Covid. Za drugim cala ta wzruszajaca strona charakteru poety, pozdrowienia dla ukochanego dębu a przede wszystkim terapeutyczne „oduczanie się siebie”. Za trzecim: pojawia sie w oku lza wzruszenia