01.11.2023
W dniu Święta Zmarłych wspominamy w sposób szczególny tych, co odeszli. Dlatego postanowiłem napisać o zmarłym na początku kwietnia moim szkolnym koledze i przyjacielu Marianie Marzyńskim, dziennikarzu, reżyserze – dokumentaliście, który przez szereg lat był jednym z autorów często publikujących na łamach „Studia Opinii”.
Z Marianem poznaliśmy się w szkole 1 września 1949 roku, gdy rozpoczynaliśmy naukę w Gimnazjum i Liceum im. Stefana Batorego w Warszawie. Szkoła od lat przedwojennych cieszyła się zasłużoną sławą, w latach hitlerowskiej okupacji zasłynęła legendą „Szarych Szeregów” i wywodzących się z niej czołowych żołnierzy antyhitlerowskiego podziemia – „Alka”, „Anody”, „Rudego” i „Zośki”. Nasza z Marianem nauka przypadła niestety, na czas wyjątkowo trudny – czas stalinizmu, kiedy to władze starały się wymazać z pamięci niemal wszystko, co wiązało się z tradycjami przedwojennej Polski. Postanowiły też zniszczyć legendę szkoły im. S. Batorego. Na początku lat pięćdziesiątych zlikwidowano jej nazwę i nadano nową – TPD X. Zmniejszono liczbę klas, pozostałe przeniesiono do budynku – przy ul. Czerniakowskiej 128. W dotychczasowej siedzibie szkoły przy ulicy Myśliwieckiej otwarto zaś Wyższą Szkołę Pedagogiczną – „kuźnię marksistowskich kadr nauczycielskich”. Nowym dyrektorem szkoły TPD X została desygnowana przez władze Irena Paciorkiewicz.

W klasie maturalnej, w roku szkolnym 1952/53 zostałem przewodniczącym samorządu szkolnego. Na zebraniach omawialiśmy plany różnych przedsięwzięć, była zazwyczaj obecna nowa pani dyrektor. Nie zabierała głosu, ale odnosiliśmy wrażenie, że kontroluje, o czym mówimy i co ustalamy. Samorząd uczniowski istniał tym czasie w zasadzie de nomine, nie odgrywał bowiem istotnego znaczenia w życiu szkoły. Rolę wiodącą odgrywał Związek Młodzieży Polskiej (ZMP). To z zarządem związku należało uzgadniać niemal każde samorządowe działanie. Indoktrynacja komunistyczna stopniowo narastała i dała się szczególnie odczuć w okresie poprzedzającym śmierć Stalina. Działaczy ZMP bali się nawet nauczyciele. Nieostrożna krytyka władz w obecności działacza ZMP mogła doprowadzić do zwolnienia nauczyciela z pracy. Od września 1950 szefem ZMP w „Batorym” był Krzysztof Teodor Toeplitz, znany później dziennikarz i felietonista. Do ZMP należał też Marian Marzyński, wtedy jeden z moich bliskich kolegów, wyróżniał się błyskotliwością, poziomem inteligencji, posiadał swoisty wdzięk i ogromne poczucie humoru. Mimo zaangażowania w działalność ZMP-owskiej organizacji wyraźnie nie pasował do panującego systemu.

Gdy wracaliśmy ze szkoły, wstępowaliśmy czasem po drodze do Mariana, mieszkał w domku fińskim na Jazdowie, z matką i ojczymem, którego nazwisko nosił. Matka Mariana, pani Bronisława, była bardzo pogodną i pełną ciepła osobą. Dawała mi odczuć, że darzy mnie sympatią. Ojczym natomiast był raczej sztywny i zachowujący dystans. Nieco później poznałem niezwykle trudną historię życia Mariana, żydowskiego chłopaka, ukrywanego w okresie hitlerowskiej okupacji w klasztorze, gdzie jak mi barwnie opowiadał służył nawet do mszy. Wrósł tak dobrze w środowisko klasztorne, że gdy ukrywająca się matka, odnalazła go po wojnie, początkowo jej nie poznał, a gdy chciała go ze sobą zabrać, odpowiedział, że nie może z nią pójść, bo będą zaraz… roraty.
Z Marianem uczyliśmy się razem do matury, w przerwach w nauce, w pobliskim parku odbywaliśmy spacery, w czasie jednej z rozmów Marian począł mnie zachęcać do zapisania się do ZMP. Przekonywał, że przynależność do organizacji będzie mieć znaczenie przy przyjęciu na studia. Wiedziałem, że wielu kolegów, którzy bardzo dobrze zdali egzaminy wstępne, na uczelnie się nie dostali, ponieważ byli „źle notowani” w ZMP. Stanąłem przed dylematem – ZMP był mi ideowo obcy, sprzeczny z tym, co wyniosłem z domu i co myślałem o ówczesnej rzeczywistości. Doszedłem jednak do wniosku, że należeć to jeszcze nie znaczy aktywnie działać i w szeregi organizacji wstąpiłem. Wiedziałem też, że jeśli nie dostanę się na studia, wezmą mnie do ludowego wojska, to zaś na zawsze mogłoby przekreślić moje życiowe plany. Tak jak przewidywałem, przynależność do ZMP praktycznie nie wymagała ode mnie żadnej aktywności. No, może poza jedną sytuacją, dość humorystyczną. Pewnej zimowej nocy zapukał do mojego mieszkania w Alejach Jerozolimskich Marian i oświadczył, że z drugim kolegą musimy zaraz pójść na Dworzec Główny i słuchać, co w poczekalni ludzie mówią o wprowadzonych właśnie podwyżkach cen na artykuły żywnościowe. Organizacja kazała, więc poszliśmy, ale niewiele z tego wyszło, bo nie udało nam się nic podsłuchać. Były to czasy, w których ludzie niechętnie dzielili się swoimi sądami z przypadkowo napotkanymi osobami.

Dziś myślę, że moja przynależność do ZMP jednak pomogła mi w dostaniu się na studia. Egzamin wstępny na Akademię Medyczną w Warszawie zdałem bardzo dobrze, ale na jedno miejsce przypadało wówczas sześciu kandydatów, a to może wskazywać, że Marian miał rację. Obecnie łatwo jest oceniać krytycznie akces do ZMP, jako młodzieżowa organizacja była poniekąd przybudówką PZPR. Uważam jednak, że nawet w warunkach państwa totalitarnego, działalność w podobnych organizacjach nie musi być świadectwem „zeszmacenia się”. Ludzie działający wówczas w ZMP kierowali się specyficznym kodeksem moralnym, ale nie było tak, że nie mieli żadnego kodeksu. A wielu z nich, po latach, wykazywało się heroicznymi cechami, wrażliwością na ludzką krzywdę i poczuciem społecznej misji, realizowanej nawet za cenę więzienia – wystarczy wspomnieć przypadki Jacka Kuronia czy Karola Modzelewskiego. Więcej, jeśli do takiej organizacji trafiał ktoś przyzwoity, nieszukający zaspokojenia w niszczeniu ludzi, mógł zrobić wiele dobrego. Mam wrażenie, że tak właśnie było z Marianem. Oczywiście działał aktywnie z ZMP, ale nie znam nikogo, komu by zaszkodził. A wielu osobom pomógł.
Nasze relacje z Marianem przetrwały długo, choć nie były pozbawione zawirowań. Ja po maturze rozpocząłem studia medyczne, Marian zaś zdecydował się na dziennikarstwo. Był do tego zawodu stworzony – rzutki, wygadany, przenikliwy. Trudno się dziwić, że z czasem zaczął robić w PRL dziennikarską karierę. Najpierw w Polskim Radiu, a potem w raczkującej Telewizji. To on – wspólnie ze zmarłym niedawno Mariuszem Walterem – wymyślił w latach 60 Turniej Miast, on też, przez jakiś czas, program na antenie prowadził. Jego karierę, przerwał marzec 1968. Musiał odejść z telewizji – jak wielu mu podobnych uznał, że nie ma tu dla niego warunków do pracy i zawodowego rozwoju – zdecydował wyjechać z Polski. To przerwało nasze kontakty na blisko … 40 lat. Wiąże się to z pewnym nieporozumieniem. Marian podał mi termin swojego wyjazdu – był to, jeśli dobrze pamiętam, jeden z jesiennych dni 1969 roku – ale ja błędnie to zanotowałem. Gdy pojechałem się z nim i jego rodziną pożegnać – wciąż mieszkał w domkach fińskich na Jazdowie – okazało się, że już wyjechali. On, jak po latach wyjaśniliśmy, pomyślał, że w obawie przed konsekwencjami nie chciałem mieć z nim żadnych relacji. W późniejszych latach przyjeżdżał do Polski – realizował tu niektóre ze swoich głośnych filmów, ale do mnie się nie odzywał. Wiedziałem, że po wyjeździe z Polski zamieszkał z rodziną w Kopenhadze. Gdy w 1986 odbywałem w tamtejszym szpitalu uniwersyteckim kilkumiesięczne stypendium, postanowiłem Mariana odszukać i nawet się to po części udało. Niestety, pod adresem, gdzie miał zamieszkiwać dowiedziałem się, że niedawno z rodziną wyjechał do USA. Dopiero jesienią 2009 roku zadzwonił pewnego dnia telefon. „Nie wiem, czy wiesz, kto mówi” – usłyszałem charakterystyczny głos Mariana. Następnego dnia doszło do naszego spotkania w jednej z kawiarni na Saskiej Kępie. Od tego czasu nasze kontakty stały się regularne. Ilekroć bywał w Polsce, odwiedzaliśmy się wzajemnie. Gdy byliśmy z żoną w 2011 roku w Nowym Jorku u naszego młodszego syna, odwiedziliśmy Mariana i Grażynę w ich domu w Bostonie. W 2014 roku Marian był gościem na moich 80-tych urodzinach. Często korespondowaliśmy mailowo, regularnie przysyłał mi kolejne odcinki swojego bloga „Ożeniony ze szlachcianką”. W „rewanżu” wysłałem mu fragmenty moich wspomnień, w rezultacie namówił mnie, bym zamieszczał je (w odcinkach) na forum „Studia Opinii”, na co przystał również niedawno zmarły redaktor Bogdan Miś. Ukazały się dwa odcinki. Z pewnych powodów musiałem przerwać publikowanie, choć do końca Marian mnie do tego zachęcał. Nota bene redaktor Miś, którego wcześniej nie znałem, pracował na początku lat 60 z moją żoną w Instytucie Maszyn Matematycznych.
Marian, ilekroć był w Polsce (i mailowo również), zapraszał nas do odwiedzenia ich w Miami, gdzie pomieszkiwali z Grażyną, zwykle w okresie miesięcy zimowych. Niestety, z zaproszenia nie udało się skorzystać. Wiedział, że stan jego zdrowia, od pewnego momentu nie daje nadziei na poprawę. 4 kwietnia odszedł. W ostatnim mailu napisał do mnie: „żegnaj przyjacielu…”
Mirosław Śmiłowicz
Od redakcji:
Już po opublikowaniu tego wspomnienia dostaliśmy od Andrzeja Lubowskiego link do napisanego przez Davida Fanninga – wieloletniego producenta sztandarowego programu „Frontline” amerykańskiej telewizji PBS – wspomnienia o Marianie Marzyńskim, który był autorem wielu filmów pokazywanych w tym programie.
