04.03.2024
Skąd u człowieka taki głód podróży.
[…]
Coś koczującego
przywarło do nas mimo osiadłości.
Urszula Kozioł
Zazwyczaj traktuje się ją jako stan przejściowy, jako „drogę prowadzącą do celu”. Bywa jednak, że staje się celem samym w sobie. Tak pojmuje ją ten, dla kogo wędrowanie nie jest „po coś” ani „do czegoś”. Nie jest etapem, który chciałoby się pokonać jak najszybciej, mieć go za sobą. Coraz ważniejsze staje się to, co obok. Barwy, zapachy, krajobrazy, architektura miast, galerie. Ludzie, rozmowy. Wędrowiec, o jakim teraz mówię, idzie coraz wolniej, chce mieć drogę wciąż przed sobą, jego pragnieniem jest, by się nie skończyła. Zapadły mi w pamięć słowa, nie pamiętam już czyje: „Nie wiedział dokładnie, czego szuka, wiedział jednak, że gdy znajdzie, rozpozna, że jest to właśnie to, czego szukał”. Nie trzeba zresztą niczego konkretnego znajdować. Taką bezinteresowność uosabiał Tomasz Stańko. Mówił: „Idę po tej pierdolonej, cieniutkiej linie i całe życie będę po niej szedł. Nie ma tak, że gdzieś dojdę. Nigdzie nie dojdę. Jest tylko ta droga. Ale naokoło jest nieziemsko przepiękny pejzaż, tak piękny, że aż dech zapiera”. Świat jest bogatszy niż nasze planowanie – to słowa innego wędrowca-piechura, Marka Kamińskiego.
Tkwi w tym optymistyczna wiara w trwałość rzeczywistości, którą można przemierzać. (Skąd moje zwątpienie w tę trwałość?)
*
Jedna z najbardziej znanych metafor łączy drogę z życiem. Podróż symbolizuje życie, które zdolne jest oprzeć się pokusie gnuśnienia, ciągłego potwierdzania się w sprawdzonych, zastygłych formach. Artur Międzyrzecki tak to wyraził: „Kto ustawi wzdłuż swej drogi raz na zawsze ustalone znaki, zajedzie do najnudniejszego z piekieł”. Olga Tokarczuk poświęca swą znaną książkę biegunom, odłamowi starowierców. Sądzili, że zło zdolne jest pochwycić człowieka wtedy, gdy stanie on w miejscu – stąd ratująca zasada: „Błogosławiony, który idzie”. Podobną świadomość przejmuje sama autorka: „Zdałam sobie sprawę, że – mimo wszelkich niebezpieczeństw – zawsze lepsze będzie to, co jest w ruchu, niż to, co w spoczynku; że szlachetniejsza będzie zmiana niż stałość; że znieruchomiałe musi ulec rozpadowi, degeneracji i obrócić się w perzynę, ruchome zaś – będzie trwało nawet wiecznie”.
Hans Christian Andersen pisał o podróżniczym losie obejmującym pospołu człowieka i kosmos. Notuje ze smutkiem: „Będę teraz miał własny dom, ba, łóżko; to łóżko mnie przeraża! Przecież ciążą mi, uziemiają te meble, łóżko i fotel bujany, nie mówiąc już o książkach i obrazach. Gdybym zamieszkał w hotelu, to wciąż bym czuł, że mogę rozpostrzeć skrzydła”.
*
Rzeczywiście, znaleźć dla siebie trwałe miejsce, to w jakimś sensie uziemić się, zwinąć skrzydła, osiąść w sobie, unieruchomić to, co żywe, wyzbyć się życiodajnych impulsów – dziwienia się, odczuwania przestrzeni, doświadczania braku. Antoni Kępiński wspominał, że w krakowskiej klinice, którą kierował, ustalono nową jednostkę chorobową – „psychoza wiechy”. Zapadali na nią ci, którzy przez wiele lat budowali dom i po skończeniu trafiali do szpitala psychiatrycznego odczuwając nudę, brak poczucia sensu, egzystencjalną pustkę. Krystian Lupa – grafik, reżyser teatralny – przywołuje w tym kontekście kategorie młodości i starości, bywa że niezależne od wieku metrykalnego. Mówi: „Młody człowiek szuka siebie, nawet na oślep i po omacku. Stary żyje, bo wie. Młody człowiek widzi, stary – wie. Bardzo często artyści w ten sposób umierają. Że wiedzą”.
W wypowiedziach wielu artystów przewija się motyw twórczych poszukiwań oznaczających niespełnienie. Mówią o szkicach, które nigdy nie przyjmą ostatecznego kształtu, albo o etiudach i próbach pasjonujących o wiele bardziej niż spektakl – dość wspomnieć Redutę Juliusza Osterwy czy Teatr Laboratorium Jerzego Grotowskiego. Znam reżyserów, którzy po ostatniej generalnej upijają się z rozpaczy tracąc coś, co żyło i właśnie wymknęło się im z rąk. Nie potrafił zakończyć pracy nad swoimi obrazami jeden z twórców słynnego Arsenału z 1955 roku, Jan Dziędziora, o czym wspomina jego żona, Maryna Tyszkiewicz, także malarka: „Męczył obraz lub rysunek tak długo, aż coś z tego udało Mu się zrealizować. Mówię »coś«, bo nigdy nie słyszałam, ażeby z tego, co zrobił, był w pełni zadowolony. Odstawiał obraz nie wtedy, gdy był najpiękniejszy, ale wtedy, gdy był już wobec niego bezradny i czuł, że nic więcej nie zdoła na nim wymóc. […] Najchętniej malowałby w nieskończoność jeden obraz, by doprowadzić go wreszcie do tej jednej idealnej Formy”. Paul Cézanne po osiemdziesięciu dniach pozowania zaprzestał pracy nad portretem Ambroise Vollarda mówiąc że jedyne, z czego jest zadowolony, to koszula. Wiele obrazów Alberto Giacomettiego jest bardzo grubych, zwłaszcza ta ich część, gdzie znajduje się głowa – wciąż je malował od nowa. Jerzy Skarżyński, malarz i scenograf teatralny, pytany o powroty z twórczych poszukiwań i bezdroży, mówił że nie wraca się nigdy na to samo miejsce.
„Muszę się przyznać, że odczuwam swoistą mękę, gdy widzę nawet gotowy już pomysł, który oddałem, który już należy do projektowanego spektaklu. A ja w sobie wciąż go mam, ciągle go ulepszam, zmieniam, ciągle on żyje we mnie…”.
*
Droga wyzwala, uwalnia od tego co oczywiste, codzienne, natrętnie obecne. Oczyszcza świadomość. Pozwala zobaczyć nie tylko to, co zjawia się przed oczami, lecz także to, co można odnaleźć w czasie przeszłym, chyba nigdy nie dokonanym. Podróż buduje dystans do rzeczy pozostawionych, pozwala zobaczyć je wyraźnie, czyli na tle. W antycznej Grecji ukształtowało się przekonanie związane z nieuchronnością alternatywy: albo masz, albo wiesz. Żeby wiedzieć, trzeba stracić, oddalić się, zobaczyć w perspektywie. Dobrze pokazuje to łacina: per-spectō – spojrzeć przez coś, rozejrzeć się; perspectiō – pojmowanie, poznanie.
Kim jest dla mnie ten oto człowiek, dowiem się wtedy, gdy rozejdziemy się – na jakiś czas, może na stałe. Urszula Kozioł:
Zatem wyjedź i bądź mi z powrotem
bowiem gdzie oczy za blisko są oczom
błogosławiony rozjazd – i powroty
*
Poznawcza pułapka związana z opisywaniem oraz komentowaniem zdarzeń bieżących, danych tu i teraz. Daje do myślenia tytuł pracy Katarzyny Jakubowskiej z UAM: Błędne zeznania świadków naocznych i nausznych jako efekt działania standardowych mechanizmów poznawczych. Nie istnieje czysta obserwacja, niepoprzedzona tzw. przed-rozumieniem. Unika tej pułapki wiedza uwolniona od natychmiastowości, wywiedziona z dystansu, ze spokojnego spojrzenia wstecz. Jan Holoubek, wracający w swych filmach do zdarzeń z okresu PRL-u (miał wtedy 11 lat), mówi w „Rzepie”, że wycieczka w przeszłość nigdy nie jest łatwa. „W teraźniejszości wszystko jest gotowe”. Od tzw. nagich faktów, które są zazwyczaj złudzeniem, daleko do odkrycia właściwego znaczenia zjawisk, ich głębszego sensu. Czym jest ojczyzna, najlepiej wie ten kto ją stracił; niejeden emigrant tak mówi. Jan Nowak-Jeziorański w Polsce z oddali pokazuje krajowym czytelnikom problemy, których nie byli w stanie wcześniej zobaczyć. Wielu Polakom potrzeba było ośmiu lat, by mogli zobaczyć rzeczywisty stan własnego kraju i dać temu wyraz w październikowych wyborach. Piękny, pokojowy Sierpień sprzed czterdziestu kilku lat wyrósł z dziesięć lat wcześniejszych tragicznych doświadczeń Grudnia. Albo te, zazwyczaj irytujące, zmiany poglądów i przekonań ludzi, którzy potrzebowali dłuższego czasu, by pojąć tandetność swego młodzieńczego zacietrzewienia i ulegania podsuwanym pod nos ideologiom. Tak jest chyba ze wszystkim. Perspektywa pokazuje ostry obraz własnego miasta, języka, wiary, sztuki czy kuchni. Obraz własnego miejsca, czyli szeroko pojmowanego domu. Dom jest miejscem, do którego się tęskni, wraca (nieopuszczony byłby więzieniem). Domem jest Ojczyzna (Matczyzna), państwo to ledwie mieszkanie.
Dante Alighieri mówi o nauce, jaka płynie z wyjazdu: dopiero wtedy, gdy opuścisz dom, zobaczysz co znaczy „przy obcych modlić się ołtarzach, jeść cudzy chleb”.
Andrzej C. Leszczyński

Trochę tu prawdy, trochę pozornych prawd. Nie będę szczegółowo rozpatrywał, bo jako bardzo niemłody żyję w ciągłym niedoczasie. Ech dorogi, pyl, da tuuman…
Ale może zabawię Was dowcipasem z wczesnych ’60-tych ubiegłego, co może źródłem była rzeczywista peregrynacja taka A, M, Swinarskiego.
Więc żyd wyjeżdża do Izraela. Ale po paru miesiącach wraca. Oczywiście pytają go : „to tam nie było dobrze” ? Nie. „a tu jest lepiej ?” Nie ! To w końcu gdzie jest dobrze ? W drodze…
+
Ale jednak jeszcze parę słów, bo ta nasza anizotropowa droga życiowa to wielki temat. Więc u Greków Teoria to nie szła od boskiego natchnienia, tylko od człowieka, co wcale nie patrzał naprzód, ani wstecz, (teoros) , tylko przechodził obok, i widział stamtąd lepiej od bezpośrednio zaangażowanych.
*
Ceterum censeo : Urszula Kozioł jest poetessą wielką, a miejscami nawet cudowną. („kornie wypięta dynia dupy na płask”). Powinno się.przed jej nazwiskiem zawsze umieszczać wykrzyknik !
*
Z Dziędziorą byliśmy sąsiadami na Solnej, jak też z Opałką i innymi. Gadaliśmy z nim sporo, na trzeźwo i po pijaku. Od niego dowiedziałem się że obraz można też „zamęczyć” poprawkami. Wtedy nie dawało się tego odkręcić i wielu niszczyło taki obraz.
*
Skrajny przykład to oczywiście Rouault. którego wypędzano r Luwru, gdzie przynosił pod płaszczem
paletę, by poprawiać swe obrazy.
To piękne, te subtelne rozważania o życiu jako drodze, stałej potrzebie przeżywania życia jako zmiany. To prawda, jedyne miejsce na którym nikt się nie rusza to cmentarz.
Czytając te subtelności przypomniałem sobie ze szkoły podstawowej wzór fizyczny na drogę – to chyba było tak – droga = prędkość razy czas..
Proste, każdy może podstawić swoje wartości i zmierzyć przebytą drogę. Ale czy to takie proste ?
Pięknie przedstawiony wątek życia – podróży.
„Szczęśliwej drogi, już czas”