13.11.2025
Gdy Donald Tusk skrupulatnie liczy miliardy z KPO i przerabia państwo z ruiny w organizm działający choćby na średnich obrotach, gdzieś na drugim końcu sceny politycznej Karol Nawrocki próbuje zamienić prezydenturę w osobistą walkę duchową z resztą instytucji państwa. Jeden prowadzi państwo. Drugi – wojnę z państwem.
Nie, to nie jest felieton o dwóch Polskach. To opowieść o jednej Polsce i dwóch systemach operacyjnych: rządzie, który działa, i prezydencie, który najwyraźniej działa w trybie awaryjnym. Donald Tusk, z całą swoją europejską rutyną, robi rzeczy jak z podręcznika: wzrost PKB najwyższy od trzech lat, inflacja na uwięzi, KPO zasilane miliardami, które nie lądują już w limuzynach leśniczych ani prywatnych kieszeniach ochranianych prezesów spółek Skarbu Państwa.
Za tym wszystkim stoją konkretni ludzie. Minister Domański, który niczym księgowy na sterydach próbuje zapanować nad finansowym dziedzictwem epoki „Polskiego Ładu”, łata dziury i równocześnie próbuje nie tracić poparcia wśród przedsiębiorców. Minister zdrowia, Jolanta Sobierańska‑Grenda – menedżerka, która zamiast politycznych deklaracji przyniosła do resortu metodykę zarządzania, faktyczne planowanie i szacunek do systemu, który przez lata był traktowany jak pole doświadczalne. I wreszcie Żurek – sędzia-symbol, teraz minister, który nie tylko nie boi się mówić, ale też nie boi się robić. Jego uporczywe budowanie nowego ładu prawnego może nie jest medialne, ale jest kluczowe.
Tymczasem Karol Nawrocki zachowuje się, jakby odmawiał współpracy z rzeczywistością. Odrzuca nominacje 46 sędziów, bo ponoć słuchają „podszeptów ministra Żurka”. Trudno powiedzieć, czy to cytat z egzorcysty, czy zapowiedź nowego show TV Republika: „Polityka paranormalna”. W każdym razie – groteska. Prezydent, który nie czyta konstytucji, tylko ją przepowiada z fusów.
I jeszcze to jego marszowe objawienie 11 listopada. Karol „Karol z Kibicowa” Nawrocki – prezydent, który zamiast wygłaszać orędzie, wygląda, jakby zaraz miał rzucić racę i zacząć śpiewać o wypędzaniu zdrajców. Donald Tusk nazwał ten spektakl „ponurym żartem” – i był to komplement. Rzeczywistość przypominała bardziej pełnometrażową katastrofę instytucjonalną z udziałem statystów z Konfederacji i narratora z IPN.
A teraz z drugiej strony: Hołownia. Człowiek, który wszedł do Sejmu z pomysłem na „Sejmflixa”, a wychodzi jak aktor, który nie dostał roli w nowym sezonie. Otworzył Sejm, usunął bariery, dorzucił możliwość komentowania ustaw i wprowadził dyplomację parlamentarną. Wszystko pięknie, tylko w finale sam siebie zamknął w pokoju z Kaczyńskim na kolacji u Bielana. I nawet nie przyniósł własnego widelca.
Koalicja rządzi – i nie jest to rządy w stylu „jakoś to będzie”. Wzrost gospodarczy na poziomie 3,7% nie bierze się z modlitwy. Konsumpcja rośnie, inwestycje wchodzą w grę, a środki z KPO zaczynają być realnie widoczne – nie jako pliki PDF w PowerPoincie premiera Morawieckiego, tylko jako realne inwestycje. Jednocześnie państwo inwestuje w sektor obronny – choć wolniej, niżby chciało – bo zakupów za 200 miliardów nie robi się z katalogu LEGO.
KSeF – system e-faktur – nadciąga jak cyfrowy meteoryt, którego wszyscy się boją, ale nikt nie potrafi zatrzymać. Mikroprzedsiębiorcy są przerażeni, księgowi w amoku, a rząd tłumaczy, że to „transformacja cyfrowa”. Owszem, tylko bez mapy i z wyłączonym GPS-em.
Nawrocki? W tym czasie wetuje Park Narodowy, blokuje awanse w służbach i planuje kolejne Rady Gabinetowe, czyli seanse nieporozumień z rządem. Chce być wodzem prawicy, ale przypomina raczej faceta, który przyszedł na trening MMA z podręcznikiem do historii.
A co robi opozycja? Obajtek staje się bohaterem dnia, stawiając się do prokuratury z orszakiem flag i ludzi, którzy najwyraźniej myślą, że Orlen był klasztorem, a on jego przeorem. Wygłasza orędzie do narodu, sugeruje prześladowanie polityczne i mówi, że „się nie da złamać”, chociaż to zarzuty go mają łamać, a nie wiatr historii.
Braun, inny wielki „opozycjonista”, właśnie stracił immunitet decyzją Parlamentu Europejskiego. Może dlatego, że jego działalność bardziej przypominała wybryki z kroniki policyjnej niż działalność europarlamentarzysty. To nie jest już nawet groteska. To degrengolada. Nawet PE uznał, że czas powiedzieć: dosyć pajacowania.
Polska gospodarka idzie do przodu, nawet jeśli nie w rytmie samby, to przynajmniej w solidnym tempie dworca PKP po remoncie. Służba zdrowia? Jasne, jest kryzys. Ale to nie efekt dwóch lat Tuska, tylko dwóch kadencji PiS-u i ich medycznego Monte Carlo z zarobkami na poziomie 300 tys. miesięcznie dla wybranych. Teraz rząd lepi ten system z resztek sensu i budżetu, i nie ukrywa, że trzeba zmian. I chociaż to wszystko idzie mozolnie, to pierwszy raz od lat wygląda, jakby ktoś faktycznie miał plan.
W tym wszystkim PiS wygląda dziś jak emerytowana kapela disco polo – z czasów świetności pamięta tylko refren, a publiczność i tak przyszła zobaczyć nowy zespół. Obajtek z zarzutami, Ziobro z milczeniem jak z betonu, Braun bez immunitetu. To nie opozycja – to skład pogrzebowy z ambicjami na wielki powrót.
Tusk? On robi swoje. Spokojnie. Bez fajerwerków. Bez rac. Bez podszeptów. Aż nudno. I dobrze.
Krzysztof Bielejewski

Tekst trafia w sedno: Tusk rządzi, robi konkretne rzeczy i naprawia państwo, podczas gdy Nawrocki odgrywa polityczne widowisko, wchodząc w konflikt z rządem, blokując decyzje i sprawiając wrażenie, jakby płynął pod prąd. Tusk stawia na stabilność i systematyczną pracę, Nawrocki natomiast na medialny chaos i nieustanne spory – jeden buduje, drugi rujnuje… na początek swoją reputację !
Tusk buduje państwo jak solidny majster na budowie – powoli, bez fajerwerków, ale przynajmniej nie grozi, że cegły zaraz spadną na głowę. Nawrocki w tym czasie rozkręca show, z którego nawet Netflix by zrezygnował… chyba że w kategorii „komedia absurdu”. Jeden zamawia KPO, drugi niemiłosiernie wrzeszczy: „Ja tu rządzę – moja chwała ! ” a echo mu odpowiada: „…. wała, wała, wała, wała”.
Wzrost PKB 3.7% – fajnie, że jest.
Przez całą dekadę 2013-2023 (podczas której rządziła zarówno PO, jak i PiS) polskie PKB rosło w tempie średnio 3.4% rocznie (chyba najlepiej w Europie).
Ogólnie – PKB rośnie nam, w zasadzie, mocno i nieprzerwanie od jakiś 35 lat. Niezależnie czy u steru są Hutu, czy Tutsi.
Pan Krzysztof w sposób niezwykle zgrabny opisał bolączki systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Pozwolę sobie jednak przekleić wpis lek.Jakuba Kosikowskiego, „popularnego medialnie” lekarza onkologa, opublikowany na portalu X.
Myślę, że może być ciekawe:
„Wszyscy się skupiają na kwocie i chyba taki był cel, bo ta propozycja powinna się nazywać „o zamknięciu szpitali powiatowych” tyle tam jest fajnych dla pacjentów i szpitali rozwiązań
To przejdzmy do faktów:
1. Mediana wynagrodzenia specjalisty na etacie w Polsce to wg MZ (oficjalnie) 21.5k brutto
2. Mediana kontraktu 24.6k brutto
3. Czyli CAP 36/48k nie dotknie większosci, ale na tym sie skupiły media
A co jest pomijane? No mowiac wprost, likwidacja szpitali powiatowych i przeniesienie leczenia do osrodkow wojewodzkich/krajowych. Przy obecnym wykluczeniu transportowym? Powodzenia ^^
4. Propozycja zawiera, że kwota maksymalna bedzie za 160h/msc. Kazdy lekarz na etacie ma w umowie 200h czyli codzienna prace + 3 dyzury. Kto bedzie teraz brał dyżury? Problem jest zwłaszcza w powiatach, ktore zyja z dyzurnych dojezdzajacych
5. Umowa minimalnie musi byc na 1/2 etatu, w uproszczeniu 80h. Z miejsca wywala to lekarzy łatających dziury którzy mają po 1/5-1/3 etatu by oddział miał obsadę. Przeciez oni w tej sytuacji zostaną w swoim podstawowym miejscu pracy
6. Proponowane rozwiązanie właściwie konczy i uwala efekt zmian w ochronie zdrowia wprowadzonych za PiS czyli braku limitowania czesci zabiegow – zaćm, bioder, kolan. Kiedys jezdzilismy na zacmy do Czech, pozniej je robiono w Polsce Dlaczego? Bo w wielu szpitalach powiatowych robia je przyjezdni lekarze. Raz-dwa w tygodniu/raz na dwa przyjezdzaja i robią jakas grupe pacjentow. Teraz im nie bedzie mozna, bo minimum musi byc 80h. Wiec przestana przyjezdzac bo nie bedzie im wolno na np 32h
7. Pamietacie Konin? Najpierw zawieszenie przyjec na onkologii, pozniej sie okazuje, ze kardiolog zarabia 200k za ablacje. A dyrektor szpitala z rozbrajającą szczerością mowi, ze jej szpitalowi to sie opłaca – czy on powinien tyle zarabiac? Nie. Czy szpital na tym straci – tak, teraz zaplaca mu 0 zl, ale zarobią zamiast 2mln – 0zl. Czyli beda 1.8mln pod kreska. I tak bedzie z zaćmami, biodrami, kolanami, rezonansami, endoskopią itd, wiekszoscia rzeczy na ktorych szpitale zarabiały i utrzymywały np nieoplacalna porodowke. Czy pacjenci stracą? W Koninie nie bedzie ablacji. Chcac ukrocic kominy płacowe (nie prostestuje, sam wielokrotnie mowilem, ze to patologia) przywali sie pacjentom w powiecie i w ogole w te szpitale. A mozna to bylo zrobic mądrzej
8. Chcą zakazac placenia za efekt, jedynie za godzine. Czy sie stoi czy sie lezy 240 sie nalezy. Czy placenie na akord rodzi patogie? Oczywiscie. Ale mozna te patologie mądrze zwalczyc, co MZ nawet proboje (Np. 35% pacjentow 1 razowych w AOS). Cala diagnostyka onkologiczna opiera sie placeniu za pacjenta. Rezonanse, tomografy, endoskopia, histopatologia, biopsje, porty. Jesli ktos sądzi, że likwidując im wiecej przyjmiecie tym wiecej zarobicie na rzecz czy sie stoi czy sie leży 240 sie nalezy nie spadnie wydolnosc calego systemu to jest naiwny
9. Caly AOS stoi na placeniu od pacjenta. Ponownie sprawdzimy czy sie stoi czy sie leży spowoduje, że lekarze beda pracowac wydajniej
10. Obniżamy wzrost wynagrodzeń na etatach – de facto corocznej waloryzacji. Ok ale on wynikał ze wzrostu średniej krajowej. Czyli bedziemy sie starali zaorać to, że wreszcie np pielęgniarstwo jest popularnym kierunkiem studiów. To nie pielegniarki czy rezydenci zarabiają za dużo a nauczyciele, policjanci czy urzednicy za mało. 20 gospodarka świata a my nie mamy na leczenie ludzi od połowy pazdziernika xD
11. Podsumowując – zabieramy szpitalom w powiecie lekarzy i dobrze wycenione procedury nie dając nic w zamian. Czyli obcinamy im finansowanie. Odcinamy powiat od procedur specjalistycznych
12. Efekt? Czeka nas paraliż poradni, diagnostyki zwlaszcza onkologicznej, blokada wielu procedur w powiecie, pogorszenie finansów szpitali powiatowych
13. Efekt ostateczny bedzie taki, że NFZ bedzie wydawać srodki wolniej. Czyli nie ogłoszą w pazdzierniku 2026 spadania zabiegów, bo to co w 2025 wyleczono w 9.5msc w 2026 bedziemy robić 12. I o to chodzi, o brak newsów pt NFZ zabrakło kasy”
Nie mam złudzeń, że uważający się za prezydenta RP Nawrocki z własnej woli zmieni stanowisko w sprawach mianowania, powoływania, nominowania i czego tam jeszcze – osób wskazanych przez uprawnione do tego organa władzy. Robi to w sposób cyniczny i w pełni świadomy, ale co by odpowiedział na argument o wydawaniu prawa jazdy?
Spodobał mi się ten przykład użyty kilka dni temu (12 listopada o 18:19) w internetowej Polityce na blogu red. A. Szostkiewicza przez komentatora o nicku pielnia11 (Wpis „Podróbka patriotyzmu” z 11 listopada). Realia są powszechnie znane, a pielnia11 je szczegółowo opisał.
Podążając pisowską logiką Nawrockiego, wraz z likwidacją „stałych” praw jazdy Nałroki wprawdzie złoży wniosek o wznowienie, ale organ wystawiający dokument, czyli Prezydent Miasta go nie zatwierdzi/podpisze, bo z jakichś powodów Nałroki mu się nie podoba.
Dziękuję za ten obszerny cytat z dr. Kosikowskiego — naprawdę warto go czytać, bo diagnozuje skutki proponowanych zmian z chirurgiczną precyzją. Problem jednak w tym, że my w Polsce znów zaczęliśmy reformować system zdrowia w jedyny znany nam sposób: zaczynając od końca. Od pieniędzy. Od limitów godzin. Od CAP-ów. Czyli od narzędzi, a nie od sensu działania.
A przecież reforma zdrowia to nie tylko kasa i stawki, lecz przede wszystkim logika i zarządzanie procesami. I tu dochodzimy do sedna: państwo próbuje regulować system, którego… nie zna. Ba, którego nikt nie zinwentaryzował od trzydziestu lat.
Dlatego zamiast kolejnych korekt i „łatania dziur”, powinniśmy zacząć od tego, co w wielu krajach jest standardem, a u nas brzmi jak herezja:
stworzyć Wzorcową Księgę Procesów Ochrony Zdrowia – od poziomu Ministerstwa, przez województwa, po szpitale powiatowe i ich ZOZ-y.
Dokładnie tak, jak opisałem to kiedyś w korespondencji do prof. Zolla, a co dziś — patrząc na chaos kadrowo-organizacyjny — brzmi jeszcze bardziej aktualnie.
Bo dr Kosikowski pisze o likwidacji powiatowych szpitali, o braku dyżurów, o rozpadzie AOS-u. I ma rację — tylko że to wszystko są objawy, nie choroba.
Choroba jest gdzie indziej:
– w braku controllingu,
– w braku budżetowania,
– w braku jednolitego systemu informatycznego,
– w przerostach zatrudnienia,
– w fatalnej infrastrukturze,
– w nieefektywnych umowach,
– i w kompletnym braku centralnej polityki procesowej.
To wszystko wynika z wieloletniego faktu, że nikt nie zadał sobie trudu, by zrozumieć, jak ten system działa naprawdę. Albo raczej: jak działa źle.
Dlatego właśnie od lat postuluję, żeby przestać „reformować przez konferencje” i zacząć reformować przez pracę u podstaw:
1. Inwentaryzacja procesów.
2. Model docelowy.
3. Modele przejściowe.
4. Symulacje — co się stanie po każdej zmianie.
Tak robi się reformy w państwach cywilizowanych. W Polsce natomiast każda ekipa zaczyna od tego samego: „a może byśmy coś podkręcili w wynagrodzeniach”.
I stąd mamy konsekwencje, o których pisze dr Kosikowski — likwidację zabiegów, spadek dostępności, paraliż diagnostyki i powiaty zostawione samym sobie.
Ale jest jeszcze jedna rzecz, o której prawie nikt nie mówi:
szpital powiatowy w obecnej formule NIE MA prawa działać dobrze.
To wynika z twardych danych, z audytów, które prowadziliśmy w wielu placówkach: przerosty zatrudnienia, brak specjalistów, niewykorzystane bloki, brak poradni, brak rynku, brak synergii, brak infrastruktury, brak płynności.
To nie jest wina dyrektorów. To nie jest wina starostów. To jest wina systemu, który od lat udaje, że szpital powiatowy to mały szpital wojewódzki.
Nie jest. I nigdy nie będzie.
Dlatego jedynym sensownym wyjściem jest:
➡ konsolidacja szpitali powiatowych,
➡ partnerstwo z uczelniami medycznymi,
➡ ujednolicenie procesów,
➡ centralizacja usług pomocniczych,
➡ specjalizacja placówek,
➡ oraz rozwijanie usług mobilnych (np. położniczych), zamiast utrzymywania oddziałów, które mają po 4 porody miesięcznie.
To nie rewolucja. To racjonalność.
Dr Kosikowski ostrzega, że CAP-y doprowadzą do zapaści. I ma rację.
Ja dodam:
Nie dlatego, że CAP-y są złe.
Dlatego, że system, do którego je dołożono, NIE ISTNIEJE w logicznej, procesowej formie.
Można to zmienić — ale tylko wtedy, gdy zrozumiemy, że reformy nie robi się „od góry płacowej”, lecz od fundamentów.
Czyli od tego, czego politycy najbardziej nie lubią:
od pracy, a nie od ogłaszania reform na konferencjach.
Tak więc: dziękuję za komentarz i za cytat. Ważny, potrzebny głos.
Ale jeżeli mamy naprawdę cokolwiek uratować, to poza protestami, poza CAP-ami i poza medialnym oburzeniem musimy w końcu zrobić jedno:
zacząć traktować ochronę zdrowia jak system,
a nie jak serię tabelek do aktualizacji.
Bo jeśli nadal będziemy pracować „na oko”, to nie pomogą ani CAP-y, ani limity, ani płace.
Pomóc może tylko modelowanie, konsolidacja i racjonalne zarządzanie.
Reszta to tylko doraźne zastrzyki przeciwbólowe — a pacjent, jak wiemy, jest już w stanie przewlekłym.
Dziękuję za rozwinięcie wątku z felietonu.
Oprócz wielu zasygnalizowanych słusznie problemów i pomysłów dodałbym jeszcze jedną rzecz, która wydaje mi się istotna, a która będzie do zmiany wyjątkowo trudna: (w skrócie) „kwestie kulturowe”.
To może być bardzo trudne przekonać (głównie) starszych lekarzy do pracy w bardziej „racjonalnym” systemie. Mam wrażenie, że wielu z nich uczyło się zawodu i zdobywało wiedzę w systemie „mistrz-uczeń”. Z wszystkimi tego konsekwencjami. To niekoniecznie pasuje do zmian, które należałoby przeprowadzić.
Długo by pisać. To tylko sygnalizacja pewnego problemu.
Nowa elita:
https://youtube.com/shorts/OxrYquFBTfM?si=7tjzbvOKBiZBWrnW