21.02.2026
Może czas na spojrzenie „po całości”, takie, które nie komentuje tego co dziś czy wczoraj powiedział/zrobił ktoś, gdzieś. Tego jest tak wiele, że tracimy możliwość spojrzenia syntetycznego, takiego które umożliwia pytania o przyczynę tego co jest i nie dokłada kolejnej cegiełki do tego muru, jaki sobie zbudowaliśmy.
Tematem, który może umożliwić taką refleksję jest rola jednostki w procesach społecznych i systemach władzy. Nasze myślenie o historii zdominowane jest przez postaci wodzów, cesarzy, królów, a w nowszych czasach przez prezydentów, premierów, prezesów. Mamy potrzebę (warto zbadać czy jest to naprawdę nasza potrzeba, czy może coś zupełnie innego) upraszczania skomplikowanych procesów historycznych, zwłaszcza takich, które trwały długo i przekładały się na warunki życia wielu ludzi. Takie formatowanie historii zaczyna się już w szkole. Szkoła uczy nie procesów historycznych, a nazwisk tych wszystkich wodzów, cesarzy, królów i pozostałych. Wychodzimy ze szkoły mając w głowie daty i nazwiska. Ich znajomość ma świadczyć o naszym wykształceniu. Taki fundament wdrukowany w umysły dziecka pozwala, gdy jest już ono dorosłym człowiekiem mającym prawa obywatela i mogącym wybierać swoich przedstawicieli do różnych władz, myśleć o tych sprawach „po nazwiskach” i personifikować każdy problem.
Tak zarysowany problem musi na teraz wystarczyć, jego kontynuowanie na tych łamach zmieniłoby charakter naszej publicystycznej strony na coś zupełnie innego. Dlatego też przejdźmy do konkretów.
W Polsce, po transformacji ustrojowej lat 90, wprowadzono zapisem konstytucyjnym urząd prezydenta. Urząd prezydenta istniał w II Rzeczpospolitej, tej która powstała po Wielkiej Wojnie lat 1914-1918, wojnie w wyniku której powstało polskie państwo. Pamiętamy tamtych prezydentów, bo taki jest nasz model oświaty. Po tej drugiej Wielkiej Wojnie, tej z lat 1939-1945 powstałe państwo polskie nie miało prezydenta, wymyślono Radę Państwa. A przewodniczący tej Rady był jego namiastką, czysto symboliczną, bez żadnej władzy.
Urząd Prezydenta Polski pojawił się po transformacji, jego kompetencje zostały określone w Konstytucji przyjętej przez nowy Parlament. Tworząc te zapisy posłowie musieli uwzględniać realia i to, że na scenie politycznej występował silny człowiek, prosty robotnik z mojej stoczni, przywódca strajku sierpniowego i przewodniczący nowopowstałego Związku Zawodowego, którego nazwa stała się znakiem rozpoznawczym dla całego świata.
Wprowadzenie urzędu prezydenta do systemu władzy nowej Polski miało podkreślić różnicę nowego państwa w stosunku do tego, co było. Komisja Konstytucyjna świadomie ograniczyła jego władzę. Prezydent otrzymał tylko władzę negatywną – możliwość wetowania uchwalanego prawa z tym, że jego weto mogło zostać odrzucone przez kwalifikowaną większość sejmową. Prezydent mógł też zgłaszać własne projekty ustaw, ale podlegały one normalnej procedurze parlamentarnej. To była z założenia słaba prezydentura, tak słaba, że pozwalała na złośliwe uwagi jak ta o strażniku żyrandola.
Od tamtego czasu mieliśmy różnych prezydentów. Od Lecha Wałęsy, który został pierwszym po zmianie ustroju i był nim jedną kadencję, Aleksandra Kwaśniewskiego, który był prezydentem przez dwie kadencję, Lecha Kaczyńskiego, który zginął w katastrofie pod Smoleńskiem i którego tragiczną śmierć cynicznie wykorzystał jego brat do zbudowania mitu smoleńskiego, mieliśmy Bronisława Komorowskiego i Andrzeja Dudę, który prezydentem był dwie kadencję i mamy tego, który zaczął swoje rządy – Karola Nawrockiego.
Tylko tyle nazwisk, a jakże różne prezydentury.
Patrząc na tych prezydentów wiem jedno – przy takich samych zapisach w prawie były to bardzo różne prezydentury. Tak różne, jak różni byli ludzie, którzy je pełnili. Bo to zawsze człowiek z jego wiedzą, emocjami i charakterem decyduje o tym jaka jest jego prezydentura. Żadne, nawet najbardziej dokładne i precyzyjne zapisy w ustawach, czy innych dokumentach prawnych nie zabezpieczą społeczeństwa przed patologią będącą pochodną tego, kim jest człowiek uzyskujący tytuł do sprawowania władzy. Mamy aż nadto przykładów jak w różnych czasach, w różnych krajach, różni ludzie powodowali wiele zamętu a nawet nieszczęść swoimi rządami. Generalizując mogę powiedzieć, że system władzy oparty na jednostce z założenia jest systemem podatnym do przekształcenia się w dyktaturę, tyranię, satrapię – taki system może przerodzić się w swoje zaprzeczenie.
Spójrzmy na świat – w kraju uchodzącym za wzór demokracji, kraju będącym niekwestionowanym liderem, mamy w roli prezydenta człowieka, który jest zaprzeczeniem ideałów demokracji, człowieka który jest opętany manią własnej wielkości, budującym swoje ego i swój osobisty majątek z wykorzystaniem urzędu, który sprawuje. Świat to widzi i akceptuje, bo nikt nie chce się narażać na gniew szaleńca, człowieka, który żąda dla siebie pokojowej nagrody Nobla wywołując kolejne wojny, człowieka, który własny pomysł na biznes nazywa Radą Pokoju mającą zastąpić struktury ONZ, człowieka, który państwo traktuje jak własną firmę, gdzie liczy się tylko jego osobisty zysk.
W innym dużym kraju władzę sprawuje człowiek, który kiedyś wybrany na urząd prezydenta zmienił go we władzę dyktatora, który morduje swoich politycznych przeciwników i wywołuje wojny mające na celu eksterminację całych narodów i zabór ich mienia, człowieka ściganego międzynarodowym listem gończym, a mimo tego przyjmowanego z najwyższymi honorami przez amerykańskiego prezydenta. Takich dyktatorów jest znacznie więcej, z danych wynika, że tylko około 39% państw na świecie ma systemy, które można nazwać demokratycznymi, cała reszta to różne satrapie i dyktatury.
Jest jeszcze ten trzeci człowiek stojący na czele państwa, które nie jest państwem a cywilizacją – myślę tu o Chinach i tym systemie władzy jaki tam panuje, Komunistyczne wartości wprzęgnięte w kapitalistyczne mechanizmy rynku – to jest ten fenomen chińskiego rozwoju. Jak dotąd działa – jak będzie, tego nikt nie wie. W Chinach też rządzi jeden człowiek, znamy jego nazwisko ale nie jest to, co w Stanach czy Rosji. To jest inny świat. Chiny to nie państwo, to cywilizacja.
Wypisując to, co wyżej, wymieniając Amerykę, Rosję i Chiny uzmysłowiłem sobie, że taka była konstrukcja świata wymyślonego przez Orwella w jego znanej książce napisanej w 1947 roku Rok „1984”. To tam Orwell stworzył świat, w którym była Oceania, to była Ameryka, Eurazja to oczywiście Rosja i Azja Wschodnia to Chiny. Świat Orwella, świat Wielkiego Brata, który widział wszystko i wiedział wszystko, to była straszna wizja świata rządzonego przez zbrodniczą jednostkę nie ziścił się, ale konstrukcja trzech ośrodków władzy wraca, teraz to staje się naprawdę.
Wracając do współczesności może już czas na puentę – trzeba przemyśleć systemy rządzenia, systemy w których jednostka ma tak wiele do powiedzenia albo w ramach przypisanej jej roli, albo – po obaleniu systemu – sprawowania władzy dyktatorskiej. Może już czas na stworzenie systemu, w którym jednostka, żadna jednostka, nie będzie miała żadnych możliwości stania się dyktatorem czy Wielkim Bratem. To trudne zadnie, ale możliwe, trzeba je podjąć zanim będzie za późno…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.
