21.02.2026
Biegł psim truchtem wzdłuż długiego, gęstego żywopłotu będącego murem granicznym posesji od strony chodnika. Zapadający zmrok nie ograniczał mu widoczności, bo to i psi wzrok lepiej funkcjonuje w półmroku, a i trakt biegnący przez gminną wieś dobrze oświetlony jako główna ulica o statusie drogi krajowej. Może biegł swoim rutynowym, codziennym tropem, może pchany jakimś psim smutkiem bądź fanaberią, albo – był to Valentine’s Day – do uroczej psiejkności z drugiego końca rozgałęzionej miejscowości. Tak, mógł być czymś zafrasowany. A na pewno nie słyszał o zasadzie ograniczonego zaufania.
Co nim powodowało, trudno dociec. Może odkryty niedawno skrót ciut przydługiej do pokonania trasy, może zniesmaczyło dwoje będących za nim w kilkumetrowych odstępach i niewalentynkowo przekrzykujących się ludzi, a może owo bezlitosne fatum towarzyszące w drodze życia niejednej istocie. Dość, że zdecydował się na skręt w lewo i, nieśpiesznym łukiem pokonując szerokość chodnika z wąziutkim pasem zieleni, wkroczył na jezdnię. Była to poprowadzona w gęsto zabudowanym terenie, z kilkoma przejściami dla pieszych dosyć ruchliwa trasa przelotowa, skrzywdzona dodatkowo tirowskim ruchem. Na jej zachodnim pasie miał szczęście trafiając na rozważnego kierowcę, który przy niewielkiej prędkości auta delikatnie zadziałał pedałem hamulca. Niczym nie zrażony kundelek nawet nie przyśpieszył i spokojnie przetruchtał oś jezdni. Nie sposób było go nie zauważyć wkraczającego na przeciwległy, wschodni pas ruchu. Na co liczył ten drogowy pirat nawet nie próbując hamować? Bo, jeśli idzie o psiaka, to widocznie wykorzystał już wszystkie swoje życiowe szanse i rozdzierającym skowytem mógł jedynie błagać Pana Psiego Świata o litościwe ukrócenie cierpienia.
Jak żywy stanął mi przed oczami obraz sprzed kilku lat. Z czasów kiedy zadomowiona była już, wydoroślała, pięknie trójkolorowo ubarwiona kotka-szylkretka podrzucona przez niewidzialną rękę jako piszczący w niebogłosy, wystraszony i wygłodniały osesek. Zrazu z niechęcią uznana jako dopust boży, z czasem o statusie rezydenta na próbę, by zawojować umysły gospodarzy osiadając ostatecznie jako pełnoprawny członek rodziny. Jako rozpieszczana i bez skrupułów wykorzystująca to szantażystka-maskotka.
Tamtego dnia nie miałem o poranku zbyt dużo czasu. Niebawem wyjazd na lotnisko i dalej w szeroki świat. A tu jeszcze szybki wypad do sklepu po podstawowe wiktuały. Po kilkunastu krokach od furtki dała się już zauważyć jakaś niewielka, bezkształtna masa leżąca tuż przy krawężniku. Przeczucie podpowiedziało co to. Nie zatrzymałem się stwierdzając w przelocie jedynie szylkretowe umaszczenie truchła. Niepokój z lękiem na wyścigi zaczęły podbijać tętno i ciśnienie. Nawet jeszcze wtedy, gdy w drodze powrotnej zdecydowanie stwierdziłem, że owo nieszczęsne kocię nie ma żółto-złotej strzałki na czole, więc to nie Kicia. Ale uspokoiłem się dopiero wtedy, gdy ta nasza kocica specjalnej troski ukazała się w pełnej swej krasie po powrocie z kolejnego obchodu okolicznych zakamarków. Zakończenie szczęśliwe, uderzenie w psychikę fundujące kolejne dożywotnie piętno.
Ilekroć zbliżam się do przejścia dla pieszych, tyle razy mam wątpliwości, czy któregoś dnia nie potraktuje mnie brutalnie ciężarowy potwór na kołach, wielki jak ćwierć kamienicy. Samo pojawienie się – wreszcie! – przepisu, że to pieszy ma pierwszeństwo przy przekraczaniu jezdni w miejscu oznaczonym, sprawy nie załatwia, bo to ujeżdżacze swoich stalowych rumaków powinni mieć świadomość, że w obszarze o zwartej zabudowie wszystko zdarzyć się może. I powinni jechać z prędkością gwarantującą natychmiastowe zatrzymanie pojazdu bez przykrych również dla siebie konsekwencji. Czy tak się dzieje wszędzie i o każdej porze? Wątpię, obserwując rzeczywistość w mojej miejscowości. Bardzo często nie wykazuję zamiaru skorzystania z przejścia, niech te potwory przejadą. Z londyńskich moich doświadczeń w tej materii pamiętam, że mimowolne nawet zasygnalizowanie chęci przekroczenia jezdni obligowało kierowców do bezwarunkowego stopu i przepuszczenia pieszych. Nikt tam nie kalkulował: zatrzyma się, czy nie?
I tak oto dzień św. Walentego, godnie rozpoczęty, zakończył się kolejnym przykrym życiowym doświadczeniem wpisanym kontekstem w ostrą (zbyt) wymianę poglądów z Ukochaną, której nie uchroniłem przed uczestnictwem w dramatycznym wydarzeniu, dokładając – proszę Cię, Aniu, o wybaczenie – porcję własnych zerwanych z pęt emocji.
I zadumaniem, tak ponadczasowym, jak nic nie dającym: czy w analogicznej sytuacji dane mi będzie zejść szybko i bezboleśnie, jak kocie niebożę, czy jak wspomniany psiak – z rozpaczliwym skowytem niepogodzenia.
Nie my piszemy główne scenariusze życia, jak również nic nam nie wiadomo na ich temat. Spieszmy się więc przepraszać, wybaczać, kochać…
Choć bywa, że to bardzo trudne.
WaszeR d. Londyński
