22.03.2026
Niedziela zaczyna się spokojnie, jak zawsze, od tej samej iluzji, że świat jest poukładany, że rzeczy mają sens, a ludzie robią to, co mówią, i mówią to, co myślą. Kawa stoi na stole jak ostatni świadek cywilizacji, gazeta udaje, że opisuje rzeczywistość, a człowiek jeszcze przez chwilę wierzy, że polityka to sztuka rządzenia, a nie kabaret z budżetem państwa.
I wtedy wchodzi ona, cała na biało, operacja o wdzięcznej nazwie SAFE. Brzmi jak sejf, działa jak łom. Na scenie – Karol Nawrocki, prezydent, twarz operacji, człowiek od podpisu i powagi, która ma przykryć fakt, że decyzja już dawno zapadła gdzie indziej. Prezydent gra swoją rolę poprawnie: wchodzi, mówi, milczy w odpowiednich miejscach, wychodzi. A za kulisami ktoś liczy, czy brawa zgadzają się z planem dnia.
Za nim stoi drużyna. Drużyna, czyli układ. Na środku – Paweł Szefernaker, szef gabinetu, człowiek od kalendarza, telefonów i szeptów, które mają większą wagę niż publiczne oświadczenia. To on spina narrację, pilnuje rytmu, dba, by Pałac oddychał w tempie Nowogrodzkiej. Obok – Zbigniew Bogucki, szef Kancelarii, frontman od kamer, który mówi głośno to, co wcześniej zostało uzgodnione cicho. Dalej – Rafał Leśkiewicz, rzecznik, który potrafi nadać sens nawet temu, co sensu nie ma, bo taka jest jego funkcja i taka jest jego lojalność.
Są też bieguny napięcia: Marcin Przydacz, dyplomatyczny, umiarkowany, i Sławomir Cenckiewicz, ideowy do bólu, zdolny bronić tezy tak długo, aż rzeczywistość zacznie się do niej dopasowywać. Między nimi – tarcie, które w oficjalnych komunikatach nazywa się „różnicą akcentów”, a w kuluarach zwykłą walką o wpływy. W tle krąży Antoni Macierewicz – cień dawnej szkoły polityki, w której krzyk zastępował argument, a pewność siebie dowód.
Nad tym wszystkim unosi się Jarosław Kaczyński. Nieobecny fizycznie, obecny decyzyjnie. Czarna dziura tej opowieści. Nie trzeba go widzieć, żeby wiedzieć, gdzie jest środek ciężkości. W Pałacu mówi się o niezależności, ale szeptem, jak o chorobie, którą lepiej przemilczeć, żeby nie zarazić reszty zespołu.
Narracja musi się zgadzać. „Polski SAFE 0 proc.” – brzmi jak promocja w dyskoncie, działa jak marketing polityczny: prosto, chwytliwie, bez konieczności rozumienia szczegółów. Szefernaker układa słowa, Bogucki je sprzedaje, Nawrocki podpisuje. Każdy robi swoje, każdy wie, gdzie jest jego miejsce, każdy udaje, że to miejsce wybrał sam.
W środku Pałacu wrze. Frakcja partyjna patrzy na frakcję „IPN-owską”, frakcja „IPN-owska” patrzy na partyjną, a obie patrzą w górę, nie na prezydenta, tylko wyżej. Grawitacja działa tu odwrotnie: im wyżej, tym ciężej. Na dole zostaje podpis i odpowiedzialność w wersji ceremonialnej.
Prezydent słucha wszystkich. Słucha długo i uważnie, jak student, który wie, że egzamin już się odbył, tylko profesor jeszcze prowadzi zajęcia. Potem podejmuje decyzję. Dokładnie taką, jakiej oczekiwano. Bo w tej restauracji karta dań jest dla gości, a kuchnia gotuje to, co już zostało zamówione.
Na zewnątrz – konferencje, powaga, państwowe słowa. W środku – rachunek: kto zyskał, kto stracił, kto awansował, kto został wystawiony na słońce, a kto schowany do szuflady. Polityka nie jest grą o rację. Polityka jest grą o miejsce przy stole, przy którym sztućce służą głównie do dzielenia wpływów.
I kiedy wszystko się domyka, kiedy decyzja zapada, kiedy spektakl dochodzi do finału, zostaje ten drobny szczegół. Rysa na porcelanie. Poczucie, że to wszystko jest zbyt sprawne, zbyt gładkie, zbyt dobrze wyreżyserowane. Jak operacja przeprowadzona bez jednego krzyku, bo pacjent został wcześniej znieczulony narracją.
Prezydent podpisuje. Drużyna przyklaskuje. Komunikaty się zgadzają. A człowiek przy niedzielnej kawie zaczyna rozumieć, że to nie była żadna operacja ratunkowa, tylko pokaz sprawczości bez odpowiedzialności.
I zostaje zdanie, które psuje śniadanie, bo jest zbyt prawdziwe, żeby je połknąć bez popicia: w Polsce nie rządzą ci, którzy podejmują decyzje – rządzą ci, którzy decydują, kto ma prawo je podpisać.
A jeśli ktoś jeszcze uważa, że to wszystko jest normalne, to znaczy, że przywykł do smaku, którego normalny człowiek powinien się brzydzić.
Krzysztof Bielejewski

Koncertowo ukazana nawrocka jaskinia, istniejąca w niej hierarchia, powiązania i przydział zadań. I niby każdy średnio zorientowany i myślący człowiek to wie (spodziewa się, przypuszcza), ale dopiero tak przedstawione detale wywalają cały obraz na oczy. To tak jak – tu posłużę się ulubionym schematem Autora – z bitwą pod Grunwaldem: niby każdy wie, że była, niby po kilku latach szkoły ma jakiś mglisty jej obraz, ale dopiero Matejko wyostrzył wszystkim widzenie swoim monumentalnym dziełem.
W tym typowo polskim układzie zależności, choć już poza jego granicami, ważną rolę (najważniejszą?) odgrywa amerykański promotor rezydenta, który trzyma w garści, jeśli nie globalne, to europejskie sznurki poruszające pacynką Nawrockim. To jest ten alfa-omega wyżej Kaczyńskiego. Mamy nieszczęście do tych pacynek prezydentów.
Dziękuję! To jakby czytać po latach „O obronie RP”…
Pozdrowienia.