10.04.2026
Gospodarka wiedzy i nie-wiedzy
Pod koniec ubiegłego wieku gospodarki krajów zaawansowanych przechodziły do modelu intensywnego rozwoju, polegającego między innymi na wysokiej dynamice badań stosowanych i rozwojowych [1] oraz na szybkim wdrażaniu do produkcji własnych innowacji. Ten model wymaga dokonania istotnych reform prawnych oraz dostosowania wielu dziedzin, w tym edukacji, szkolnictwa wyższego i nauki. Taka gospodarka nazywa się „gospodarką opartą na wiedzy” .
W Polsce z początkiem dwudziestego pierwszego wieku też zaczęto mówić o potrzebie wprowadzenia gospodarki opartej na wiedzy. Nie dokonano istotnych reform prawnych [2] ale wśród wielu decydentów pojawiła się wiara że informatyka, niemal jak czarodziejska różdżka, wyręczy nas i zbuduje za nas tę całą gospodarkę opartą na wiedzy. Sama nie zbudowała, do dzisiaj takiej gospodarki tu nie ma, choć chaos prawny się powiększył. Pomijając aspekty organizacyjne, informatyka – mimo że tak potrzebna i przydatna – nie ma produkcyjnych mocy wytwórczych, sama nie stworzyła i nie stworzy fizycznych produktów rynkowych z nowych materiałów. Informatyka jest wszechobecna w komputerach, telewizorach i telefonach, ale te urządzenia buduje się dzisiaj z zaawansowanych materiałów, tak jak i samochody, samoloty, czołgi, drony czy rakiety, choćby te tenisowe… Technologie materiałowe trzeba umieć rozwinąć, by dojść do budowy i masowego wytwarzania produktów rynkowych dających się sprzedać. Tylko wartość sprzedanych innowacji produktowych liczy się do realnego przyrostu PKB i podnosi majętność narodową [3].
Ostatnio historia wydaje się zataczać nowe koło jeśli ufać, że to nie będzie spirala odśrodkowa. Pojawiają się mianowicie kolejne wierzenia, że teraz to już na pewno wyręczy nas sztuczna inteligencja i znowu stworzy za nas kolejny cud gospodarczy, jakiego jeszcze nie było, a przecież cuda lubimy nade wszystko.
Wprawdzie nie tak dawno temu było tu spore oburzenie, kiedy administracja USA zakwalifikowała nas do drugiego rzędu potencjalnych nabywców procesorów do AI, no i co z tego? Obrażać się lubimy i możemy ile chcemy. Ale w realnym świecie nie jesteśmy liczącym się dostawcą półproduktów czy podzespołów w tej dziedzinie. Nie jesteśmy liczącym się ogniwem w łańcuchu dostaw, bez którego ta branża nie może płynnie funkcjonować. Czyli, jak to ujmuje pewien znany prezydent – “nie mamy kart”… Dlatego nie pozostaje nam nic innego jak ustawiać się grzecznie w kolejce do zakupów, nawet w tym drugim rzędzie.
Do gorących orędowników sztucznej inteligencji na łamach Studia Opinii od lat zalicza się znany z pracowitości i zasłużony felietonista, socjolog i polityk, p. Zbigniew Szczypiński. Zdegustowany jakością polityków i polityki ostatnich lat już dawno temu i wielokrotnie apelował o zastąpienie powszechnych wyborów algorytmem sztucznej inteligencji. Ta część może jeszcze musi poczekać na dalszy rozwój, ale póki co, jest propozycja by przejść do węższych segmentów życia społecznego.
W niedawnym artykule w SO (z 12.03.2026) pod tytułem „Czas na AI” Autor nawołuje: „czas na zastąpienie człowieka, jego inteligencji i wiedzy, wiedzą i inteligencją AI…”. I dalej uściśla, że w grę może wchodzić nie tyle już całe prawo, ale przynajmniej ważna jego część: „żeby nie przestraszyć opinii publicznej może trzeba zacząć od rzeczy i spraw prostych. Pierwszym takim przykładem, jaki mi przychodzi do głowy, jest temat rozstrzygnięć sądowych w sprawach cywilnych.”
Opinia publiczna może to chętnie poprzeć, ale…
Takim uściśleniem PT Autor może jednak przestraszyć nie tyle opinię publiczną i nie tylko prawników żyjących przecież z interpretacji praw, ale także i programistów. Bo zanim AI pomoże, to najpierw trzeba będzie stworzyć ogromną bazę danych, uporządkować i poklasyfikować przypadki, których tu bez liku a nie wiadomo jakie są ich szczegółowe uwarunkowania, które z nich są proste a które, dlaczego i kiedy tylko uproszczone. Informatycy i tak muszą szczegółowo przeanalizować wszystko co wytworzy AI. Takie wstępne zadanie może nie być ani łatwe, ani krótkie a już szczególnie – nie będzie tanie. Kto, komu i ile będzie płacił? W swoim optymizmie Pan Z. Szczypiński chyba nieco upraszcza, oceniając, że: “istniejące i coraz doskonalsze programy są tylko narzędziem, rzeczą będącą własnością jakiegoś oligarchy zarabiającego na tym kolejne miliardy dolarów.”
Żeby tylko to było to – “tylko”…
Miliardy, megawaty i hektolitry
Pierwsze nieporozumienie tkwi w tym, że AI to nie tylko programy. Programy same nic nie zrobią, bo oprócz danych, do działania potrzebują osprzętu i infrastruktury. Osprzęt i infrastruktura to materiały. Nie umiemy robić takich materiałów z dziedziny zaawansowanych technologii, z których robi się nie tylko nadzwyczajne procesory, ale i wszystkie inne elementy składowe serwerów i serwerowni. Trzeba dodać złożoną infrastrukturę, zasilanie w energię, magazyny energii, chłodzenie, a jeszcze klimatyzacja, komunikacja (sieci światłowodowe, łącza), systemy pożarowe, +++, etc…
Budowa jednego wydajnego centrum magazynowania i przetwarzania danych to grube miliardy dolarów. Aktualne projekty zakładają wydatki rzędu 2 do 5 miliardów dolarów (zależnie od poziomu wiarygodności). I to wcale nie jest niedoszacowanie, bo oceny mówią, że w USA i EU koszty budowy centrum danych (bez wyposażenia IT) to już średnio 10-12 mln USD/MW, najtaniej wychodzi w Mumbai (Indie) – tam „tylko” 6 do 7 mln USD/MW. A koszty budowy to nieco mniej niż połowa kosztów, reszta to najważniejsze, czyli wyposażenie IT, po które są długie kolejki zakupowe. Moc obliczeniową centrum przetwarzania danych wyraża się często w jednostkach energii. Moc obliczeniowa jednego gigawata to moc wytwórcza średniej wielkości reaktora jądrowego. Ciągle nie mamy nawet jednego takiego reaktora. Napędzane głównie węglem, przestarzałe i przeciążone krajowe linie przesyłowe już dzisiaj powodują okresowe wyłączenia w niektórych regionach, nawet wokół stolicy. Rozwój OZE zahamowany (czy zmarnowany…) na długie lata przez politycznych ignorantów („oze-sroze” [4]…) i ich akolitów. Tych urządzeń OZE sami też nie potrafimy produkować a do zakupów kolejki coraz dłuższe.
Po zbudowaniu i wyposażeniu centrum magazynowania i przetwarzania danych, dalej nakładają się koszty codziennego użytkowania i utrzymania ruchu. Do jednego centrum większej skali średnio rocznie trzeba dostarczyć prąd o wartości 20 a nawet do 50 milionów dolarów ($0,05/kWh). Do tego ogromne ilości wody do chłodzenia. To są naprawdę OGROMNE ILOŚCI WODY: centrum danych o mocy 100 MW (wg. IEA [5]) zużywa ok.2 mln litrów wody dziennie, tyle co średnio 6500 domostw, a może być i więcej. Specjalista obsługujący centrum przetwarzania danych zarabia około 50 $ na godzinę i tacy specjaliści więcej powiedzą o rzeczywistych kosztach.
Nie mamy tego prądu, nie mamy tej wody. Nie mamy wielu takich specjalistów ani budżetu publicznego na ich sowite opłacanie. Wydajemy sporo ze skromnych funduszy publicznych na badania tzw. podstawowe, które nie są potrzebne rynkowi i w których nic nie znaczymy [6] ale za to nie umiemy wytwarzać prawie żadnych nowoczesnych materiałów, z których buduje się reaktory atomowe, panele słoneczne, turbiny wiatrowe, samochody czy choćby same serwery, by już nie mówić o zaawansowanych procesorach.
Jeden procesor AI (na dzisiaj…) zawiera w sobie do 200 miliardów tranzystorów o rozmiarach nanometrycznych. Dla przybliżenia samej skali porównań, wiele pokoleń w tym kraju pamięta (albo jeszcze używa tu i ówdzie…) pierwsze polskie radyjko tranzystorowe z lat sześćdziesiątych (Koliber), zawierające 6 tranzystorów. Na przestrzeni dekad wyprodukowano 1,25 miliona Kolibrów, a w nich ponad 7,5 miliona tranzystorów. To aż 27000 razy mniej niż dzisiaj zawiera tylko jeden procesor AI. Ale tego procesora AI nie da się chłodzić wiatraczkiem jak jego protoplasty w radiu, trzeba dużo wody w skomplikowanym obiegu. Taka jest skala ale i koszt postępu ostatniego pół wieku.
Wcale nie „jacyś” oligarchowie, tylko największe firmy światowe aktualnie wydają kolosalne pieniądze na infrastrukturę sztucznej inteligencji. Dla przykładu w ubiegłym roku to było około 400 miliardów dolarów, a w 2026 r. będzie już dużo więcej, szacuje się, że między 700 mld a 1 bln USD. W USA miesięczne wydatki sektora prywatnego na budowę centrów przetwarzania danych dla AI w ciągu dwóch lat wzrosły o 85% i uśrednione są dzisiaj na poziomie ok.45 mld USD. NA MIESIĄC !!!….
A w Polsce na całą naukę I szkolnictwo wyższe przeznacza się ROCZNIE równowartość zaledwie 11 miliardów dolarów, z czego sporo i tak się marnuje. Aby urealnić punkt widzenia na naukę, innowacje i rozwój, więcej konkretnych faktów i liczb można znaleźć w artykule: (Quo vadis nauko polska?… Część III. Liczby i fakty.). Ale jak już czytać, to proszę powoli, żeby nie pogubić tych liczb…
Krótka kołdra budżetowa
Wydatki sztywne polskiego budżetu są aktualnie wyjątkowo wysokie, rzędu 70%, a według niektórych ocen nawet 80%, prawie jak kiedyś w PRL. Taki poziom praktycznie wyklucza elastyczność inwestycyjną. Inwestycje w Polsce są na bardzo niskim poziomie, około 17% PKB, i to już ze wsparciem funduszy EU z KPO. To ciągle daleko do średniej EU (21%) a jeszcze dalej do poziomu optymalnego dla rozwoju (25%).
Takie wartości poziomu inwestycji nie są nieosiągalne, bo są przykłady krajów, które sprawniej zarządzają finansami. Kiedy w Korei Południowej wydatki sztywne budżetu przekroczyły 50%, dochodząc tylko do 54%, to już w 2026 roku przeprowadza się tam restrukturyzację tych wydatków, właśnie po to by umożliwić zwiększenie inwestycji w AI i nowe technologie. Technologie, w których Korea Południowa i tak już jest w czołówce światowej (por. przypis 3, pkt. 3.1 i.3.6).
Artykuł (z 13.03.2026) “Czas na AI” nie wskazuje rodzaju, rozmiaru ani kosztów inwestycji w infrastrukturę AI niezbędną dla wskazanych w tekście potrzeb tylko w dziedzinie prawa. Przy ogromnym deficycie i tak napiętym budżecie jaki tu obecnie mamy, to ujmując rzecz trywialnie – jak gdzieś chce się dodać, to gdzie indziej trzeba odjąć. Ale Autor nie sugeruje gdzie i ile odjąć. Warto tu pamiętać, że Konstytucja nie pozwala na zmniejszenie wydatków na dozbrajanie naszej ciągle jeszcze „tekturowej armii” [7]. A jak nie obrona, to może na przykład obciąć o połowę wydatki na tę i tak słabowitą naukę, czy może lepiej ująć z ochrony zdrowia? Albo raczej obciąć emerytury i renty, bo starzy i tak nie dowidzą…?… Wybór między dżumą a cholerą… Nie poruszając tak istotnych wątków finansowych, Autor omawianego tekstu całkiem optymistycznie wyrokuje:
“…trzeba zbudować program AI, który zgromadzi całą wiedzę dotyczącą tych spraw pochodnych od prawa pracy i zastąpić sądy ludzi realizowane przez sędziów, ławników, adwokatów i innych urzędników takim programem”
I nawet i mimo braku danych o kosztach przekonuje, że:
“Zbudowanie go nie będzie trudne i powinno zrobić to Państwo Polskie.”
Obojętnie jak wielkimi literami by nie przywoływać państwo polskie, to dzisiaj tego państwa na takie specjalistyczne branżowe (jak tu wskazane – prawnicze) inwestycje w AI po prostu nie stać. Państwo polskie na razie nie ma bezpiecznej infrastruktury serwerowej nawet na ogólne potrzeby administracji publicznej. Jak się nie ma własnych, to do magazynowania i przetwarzania danych można odpłatnie korzystać z mocy obliczeniowych innych dostawców, na przykład w „chmurze”. Chmura nie jest za darmo, jak się niektórym może wydawać Pomijając złożoność prawno-finansową usług chmurowych i nawet gdy znajdą się na to fundusze, to czy dla przypadków prawnych nie mamy zasadniczych obaw o bezpieczeństwo danych?…
Drugi koniec kija, albo – po drugiej stronie wtyczki…
Obecnie w Polsce działa około 100 małych i średnich (w skali światowej) obiektów przetwarzania danych o sumarycznej mocy obliczeniowej ok. 200 MW. Największe centrum (Atman koło Warszawy) ma moc 14,4 MW i zasilane jest energią odnawialną.
Do 2030 r przewiduje się wzrost zasobów mocy [8] do ok. 500 MW, w czym sporą część ma stanowić Krajowe Centrum Przetwarzania Danych (KCPD). To strategiczny projekt rządowy, mający na celu stworzenie bezpiecznej infrastruktury serwerowej dla polskiej administracji publicznej. KCPD jest ciągle w sferze projektu, a patrząc na planowany budżet, to w najlepszym razie może to być najmniejszy obiekt hiperskalowy na dzisiejsze standardy (100 MW). Taki obiekt zużywa rocznie tyle energii, ile w ciągu całego roku potrzeba do ładowania 400 000 samochodów elektrycznych 5.
W Polsce jest obecnie około 280 000 samochodów elektrycznych i hybrydowych i ich liczba rośnie powoli, tak jak i punktów ładowania. Kiedy pewnego dnia włączy się KCPD, a jeszcze nie będzie reaktorów jądrowych, to czy starczy energii na ładowanie tych samochodów?
A czy jeszcze starczy na hulajnogi?…
Podziękowanie
Autor tą drogą pragnie złożyć podziękowanie panu dr inż. Szymonowi Tenglerowi za krytyczny przegląd manuskryptu i cenne uwagi i komentarze.
- Quo vadis nauko polska? Część II. Jakie badania dla gospodarki? ↑
- Gospodarka nie-wiedzy Krzysztof Jan Konsztowicz. Ebook – Księgarnia ekonomiczna Onepress.pl (2020) ↑
- JS: Cham okazały – Studio Opinii ↑
- Energy and AI – Analysis – IEA ↑
- Bez polskich naukowców w rankingu najczęściej cytowanych naukowców świata | Nauka w Polsce ↑
- Edyta Żemła – ‘Wojsko z tektury”, 2025, wyd. Czerwone i Czarne ↑
- Nie wiadomo, czy w tym planie również widnieje opisana w ostatniej Polityce [nr 13 (3557), 25.03–31.03.2026] inwestycja (Hillwood Polska sp. z o.o.) w podwarszawskiej wsi Reguły. W sporze z mieszkańcami, przy deklarowanej mocy przyłącza 127 MW i koszcie 1,5 mld USD (typowe centrum hiperskalowe – por. raport IEA powyżej) firma kluczy w ocenie oddziaływania na środowisko i próbuje przekonać obywateli, że zużycie wody będzie porównywalne do zużycia 200 domostw. Zaledwie…
Ile jeszcze jest i będzie takich projektów, które wypiją całą Wisłę wraz z dorzeczami, zanim politycy nauczą się liczyć?… ↑

Krzysztof Jan Konsztowicz
Dr. hab. inż.
Emerytowany profesor ATH w Bielsku-Białej.

No i proszę. Oto felieton, który zaczyna się jak spokojna analiza gospodarki, a kończy jak rachunek za prąd, który niszczy człowiekowi wiarę w postęp, rozwój i sens życia. Nieczęsto widzi się tekst, który z takim spokojem i uporem wbija szpilkę w balon technologicznego entuzjazmu, aż zaczyna z niego uchodzić powietrze razem z iluzjami.
Autor robi coś, co w dzisiejszych czasach uchodzi niemal za ekscentryczne: przypomina, że świat cyfrowy ma fundamenty fizyczne. Że za każdą „chmurą” stoi beton, stal, miedź, woda i prąd. Dużo prądu. Tak dużo, że nagle sztuczna inteligencja przestaje przypominać elegancki algorytm, a zaczyna wyglądać jak przemysł ciężki przebrany za aplikację.
I to jest moment, w którym wielu wyznawców technologicznej religii zaczyna się wiercić niespokojnie. Bo o ile łatwo jest mówić o modelach, danych i przyszłości, o tyle trudniej przyznać, że ten cały cyfrowy cud działa na czymś tak prozaicznym jak kilowatogodziny i litry wody. Autor bezlitośnie przypomina, że jeden ośrodek danych potrafi pożreć tyle energii, co elektrownia. I nagle okazuje się, że przyszłość nie tyle się pisze, co… zasila.
To jest najmocniejsza część tego tekstu — brutalne sprowadzenie wielkich wizji do rachunków, infrastruktury i ograniczeń. Do świata, w którym Polska nie produkuje kluczowych komponentów, nie ma odpowiedniej mocy energetycznej i nie jest elementem krytycznym globalnego łańcucha dostaw. Innymi słowy: nie rozdaje kart przy stole, przy którym rozgrywa się ta partia.
I tu wszystko jeszcze brzmi jak zdrowy rozsądek. Problem zaczyna się chwilę później.
Bo z tej trafnej diagnozy autor wyciąga wniosek, który jest aż nazbyt znajomy: skoro to trudne, drogie i skomplikowane — to właściwie nie dla nas. To ten moment, w którym realizm zaczyna niebezpiecznie przechylać się w stronę rezygnacji. W stronę bardzo polskiej specjalności: intelektualnie eleganckiego uzasadniania własnej bierności.
Bo przecież to, że Polska nie produkuje procesorów, nie oznacza, że nie może uczestniczyć w ekosystemie. Świat technologii nie jest pojedynkiem na największy serwer, tylko skomplikowaną siecią zależności. Ktoś projektuje, ktoś integruje, ktoś wdraża, ktoś obsługuje. Ale żeby to zobaczyć, trzeba uznać, że gra ma więcej niż jedną rolę. Autor tymczasem patrzy na stół i mówi: nie mamy kart. A może po prostu nie chce zobaczyć, że gra się nie tylko kartami.
Podobnie jest z krytyką pomysłów wykorzystania AI w sądownictwie. I znów — punkt wyjścia jest trafny. Wizja, w której algorytm zastępuje sędziego, jest naiwna, uproszczona i brzmi jak marzenie kogoś, kto nigdy nie widział akt sprawy cywilnej. Ale zamiast zatrzymać się na tym, autor idzie dalej i traktuje cały pomysł jak absurd, który należy odrzucić w całości. A przecież rzeczywistość, jak zwykle, jest bardziej banalna i bardziej skomplikowana zarazem: AI nie zastąpi sądów, ale już je zmienia. Cicho, powoli, bez wielkich deklaracji.
Najciekawsze jednak jest to, że w całym tym tekście pieniądz państwowy staje się jedyną miarą możliwości. Jeśli budżet nie udźwignie inwestycji — temat zamknięty. Jakby świat nie znał prywatnego kapitału, usług zewnętrznych, współpracy międzynarodowej. Jakby jedynym sposobem na uczestnictwo w przyszłości było jej samodzielne sfinansowanie od zera.
I tak dochodzimy do tytułowych hulajnóg. Do pytania, które brzmi jak żart, ale jest podszyte czymś znacznie poważniejszym. Bo nagle okazuje się, że cała ta opowieść o sztucznej inteligencji, postępie i cyfrowej rewolucji może się rozbić o coś tak banalnego jak brak energii. Że gdzieś na końcu każdej wielkiej wizji stoi gniazdko. I że ktoś musi zapłacić rachunek.
To jest moment prawdziwie literacki. Bo oto przyszłość, która miała być lekka, cyfrowa i niemal niematerialna, okazuje się ciężka, kosztowna i absurdalnie fizyczna. A człowiek stoi nad tym wszystkim i zadaje pytanie: czy starczy prądu?
Tylko że jest jeszcze drugie pytanie, którego w tym tekście brakuje. Nie: czy nas stać. Tylko: czy nas stać na to, żeby spróbować.
Bo historia rzadko nagradza tych, którzy najtrafniej wyliczyli, dlaczego coś jest trudne. Znacznie częściej pamięta tych, którzy mimo wszystko weszli do gry — nawet jeśli na początku mieli mniej kart, gorsze warunki i zdecydowanie za mało prądu.
A hulajnogi? Spokojnie. One jakoś się naładują. Pytanie tylko, czy przy okazji naładujemy coś więcej niż własne poczucie, że znowu wszystko przewidzieliśmy — i nic z tego nie wynikło.
No i proszę. Oto komentarz, który zaczyna się jak tekst z tej ziemi, a po chwili wzbija się w odległe obłoki fantazji. Tyle, że to obłoki własne samego Komentatora, fantazjującego na temat problemu, który sam wymyśla, pisząc: „problem zaczyna się chwilę później”. Po czym wysnuwa wniosek, którego w artykule powyżej nigdzie nie ma, mianowicie, że „to właściwie nie dla nas”. Komentator będzie proszony o odwołanie przypisania takiego wniosku do omawianego artykułu i raczej przypisanie go wyłącznie sobie.
Zanurzając się głębiej w obłoki literackiej fantazji, Komentator sugeruje dalej w odniesieniu do autora omawianego artykułu (KJK) „przechył w stronę rezygnacji” i „uzasadnienie własnej bierności”. Ale w powyższym tekście (ani w żadnym innym) nie ma nawet cienia sugestii tego rodzaju. Zatem takiego określenia nawet nie można przyrównać do trafienia kulą w płot, bo to nawet nie jest blisko płotu. Raczej brzmi jak zwykła i niczym nieuzasadniona insynuacja.
Komentator pojawił się w Studio Opinii jesienią 2025 roku i choć sam barwnie pisze „o kraju, który chce sięgać gwiazd, ale potyka się o własne sznurowadła” (27.11.2025), to w pośpiechu bieżącego komentowania wydarzeń politycznych mógł nie zauważyć artykułu z Maja tego samego 2025 roku, omawiającego fakty makroekonomiczne związane z rozwojem (lub brakiem…) „gospodarki wiedzy”:
Krzysztof J. Konsztowicz: Bez pracy nie ma kołaczy, a bez myślenia – innowacji … – Studio Opinii
W konkretnym komentarzu pod tym tekstem od dawna znany czytelnikom SO p. Sławek przytoczył opinię profesjonalnego serwisu ‘perplexity”, obrazującą wszystkie tutejsze kumulujące się powoli niedociągnięcia rozwojowe po 1989 r. Każde z osobna było tematem odrębnego (nawet niejednego…) artykułu KJK w Studio Opinii od chwili utworzenia portalu w 2008 r. Wprawdzie wiele z nich zniknęło po zmianie serwera ale niezupełnie, bo znalazły odbicie w książce „Gospodarka nie-wiedzy”, wydanej w 2020 r. jako darmowy e-book. Dobra cena… Łatwo się czyta na stronie http://www.konsztowicz.eu, bo dowolnie otwierają się wybrane rozdziały i podrozdziały. A w wyszukiwarce SO ciągle pojawiają się ze dwa tuziny artykułów opublikowanych po roku 2020, co daje niezły wgląd.
Trzymając się ostatniego artykułu o AI, łatwo tam dostrzec, że wymieniona książka jest też cytowana w przypisie 2, więc trudno w nią nie trafić. Ostatni jej rozdział wskazuje konkretne rozwiązania od dawna niezbędne do przejścia od ekstensywnego do intensywnego modelu rozwoju, choć nic z tego nie zrobiono tu w ostatnim ćwierćwieczu. Wykształcony w biznesie Komentator wie co się kryje za tymi terminami i jak spędzi cierpliwie nieco czasu, to spokojnie będzie mógł odwołać pomówienie o bierność, bo nic bardziej chybionego
Gdy mówić o czasie i nawet o jego oszczędności to szkoda, że w swym zapale literackim Komentator nie zauważył pod artykułem o AI wytłuszczonego tytułu przypisu trzeciego
Quo vadis nauko polska?… Część III. Liczby i fakty
do którego link jest także wcześniej wytłuszczony w tekście. Takie wzmocnienie powinno zaintrygować, bo zapewne musi coś znaczyć. W istocie, ten niedawny artykuł na stronie Fundacji Science Watch Polska jest uaktualnionym streszczeniem tego bardzo obszernego tematu wydolności rozwojowej; od edukacji podstawowej, przez skostniałą akademię, słabości nauki i brak systemowych związków z gospodarką, niewydolność legislacyjną, i to nie tylko dotyczącą innowacyjności, aż do polityki, wliczając słabości centralizmu. Mimo że to tylko streszczenie, to jednak jest dość obszerne, bo ma ponad 6000 słów. Jest co czytać i jeszcze chwilę pomyśleć, na przykład nad związkiem nauczania STEM w szkole podstawowej z ilością zgłoszonych patentów i przyrostem PKB z wdrożeń i sprzedaży innowacji. Damy radę?…
Gdyby więc Komentator chociaż tyle przeczytał, to już nie chciałby nic pisać po zdaniu
„I tu wszystko jeszcze brzmi jak zdrowy rozsądek”…
Przywołując „cień Platona” w jednym ze swych tekstów, ten sam pospieszny Komentator wychwala „umiejętność myślenia powoli”. By zachować ciągłość historyczną może warto też przywołać Pitagorasa z Samos, który za nieprzyzwoite uważał „uliczne filozofowanie”. Dzisiaj za odpowiednik tego sformułowania z pewnością można uznać tak zwaną „fejsbukową paplaninę”, nawet na dopalaczu AI.
A jednak SO różni się od FB…
Panie Profesorze,
dziękuję za odpowiedź — choć przyznam, że bardziej przypomina ona obronę dorobku niż odniesienie się do postawionych tez. Trochę szkoda, bo temat jest zbyt ciekawy, żeby rozmawiać o nim poprzez przypisy autobiograficzne.
Zacznijmy od rzeczy najprostszej: nie przypisałem Panu tezy „to nie dla nas” jako cytatu, tylko jako wniosek wynikający z konstrukcji argumentacji. Jeśli przez kilka stron pokazuje Pan, że czegoś nie mamy (technologii, energii, pozycji w łańcuchu dostaw, pieniędzy), a nie wskazuje realnych dróg uczestnictwa poza pełną suwerennością infrastrukturalną — to naturalną konsekwencją jest właśnie taki odczyt. To nie insynuacja, tylko czytanie między wierszami. Czasem bardziej miarodajne niż same deklaracje autora.
I tu dochodzimy do sedna różnicy między nami.
Pan opisuje świat w kategoriach braków: nie mamy fabryk, nie mamy reaktorów, nie mamy budżetu. Ja próbuję patrzeć w kategoriach ról: gdzie w tym systemie można wejść, nawet jeśli nie produkujemy procesorów ani nie budujemy centrów danych od zera.
Bo współczesna gospodarka technologiczna nie działa na zasadzie „albo wszystko, albo nic”. Ona działa warstwowo. Firmy, które realnie zarabiają na AI, bardzo często nie mają ani jednego własnego data center — korzystają z istniejącej infrastruktury i budują wartość gdzie indziej: w integracji, oprogramowaniu, danych, usługach. To nie jest fantazja, tylko codzienna praktyka rynku.
Podobnie z energią — oczywiście, że jest ograniczeniem. Ale z faktu, że coś jest zasobochłonne, nie wynika automatycznie, że należy się z tego wycofać. Gdyby tak rozumowano konsekwentnie, to Polska nigdy nie weszłaby ani w przemysł motoryzacyjny, ani w lotniczy, ani nawet w IT — bo zawsze brakowało „czegoś”: kapitału, technologii, know-how.
Pan bardzo trafnie pokazuje koszt fizyczny AI. Problem w tym, że traktuje go Pan jak barierę wejścia absolutną, a nie jak jeden z parametrów gry. A to zasadnicza różnica.
Druga sprawa — sądownictwo.
Zgadzam się, że wizja „AI zamiast sędziego” jest uproszczeniem. Ale dokładnie dlatego krytykowanie jej w tej skrajnej formie jest trochę walką z chochołem. Realne zastosowania AI w prawie już istnieją i nie polegają na zastępowaniu sędziów, tylko na wspieraniu ich pracy: analizie dokumentów, wyszukiwaniu orzecznictwa, przewidywaniu ryzyka. To nie jest rewolucja deklaratywna, tylko ewolucja operacyjna — i ona dzieje się niezależnie od tego, czy uznamy ją za realistyczną.
I na koniec rzecz najważniejsza.
Pański tekst jest bardzo dobry w diagnozie ograniczeń. Naprawdę. Problem polega na tym, że zatrzymuje się dokładnie w tym miejscu, w którym zaczyna się pytanie strategiczne: co z tym zrobić?
Bo sama świadomość, że „nie mamy kart”, nie jest jeszcze strategią. To jest opis sytuacji przy stole. Strategia zaczyna się dopiero wtedy, gdy odpowiadamy na pytanie: jak mimo to grać.
Na razie Pańska odpowiedź brzmi: proszę przeczytać więcej moich wcześniejszych tekstów.
Rozumiem pokusę, ale świat — niestety — nie działa w trybie przypisów.
Z poważaniem
Szanowny Panie,
dziękuję za kolejny komentarz dowodzący ponownie, że woli Pan pisać niż czytać. Na to nie mam lekarstwa… Nie mam też ani potrzeby ani możliwości, żebym w jednym miejscu i w krótkim czasie przepisywał raz już napisaną książkę, czy ileś tekstów publicystycznych tylko dlatego, że Panu nie chce się czytać. N.B. O mój dorobek zawodowy nie musi się Pan martwić, bo jest w odmiennej dziedzinie i wytrzymuje próbę czasu.
Wszystkie odpowiedzi nawet na takie uproszczone pytania typu „co z tym zrobić”, czy „jak mimo to grać” już dawno temu zostały wyłożone. W gruncie rzeczy tematyka jest zbyt złożona i zbyt głęboka, by wdawać się w powierzchowne przekomarzanki. Na zadane uprzednio konkretne pytanie z tego zakresu nic Pan nie odpowiedział. Dlatego jak dla mnie, to lepiej niech Pan trzyma się pisania tych barwnych felietonów komentujących bieżące wydarzenia polityczne, bo te chętnie czytam. No i lepiej nie poucza biblijnym tonem na czym polega „współczesna gospodarka technologiczna”, bo jak pęknę ze śmiechu to będzie na Pana… Pozdrawiam….
Tutaj jest trochę krytyki AI. Jest spor takich, którzy zwracają uwagę na fakty w tej dziedzinie.
++https://www.youtube.com/watch?v=zud-EfsmLvA
AI to nie sa ani megawaty, ani tranzystory, ani genialne odpowiedzi na idiotyczne pytania. Jak to jest zgrabnie wytłumaczone w poniższym video, AI to są mega dolary zarabiane przez mega kapitalistów.
https://www.youtube.com/watch?v=KUR1C0P2yZ0
Na UTube jest fajnie i czasem śmiesznie. Też mamy, ale krócej:
https://youtu.be/zWUf3vngXOk
Pozdrawiam wiosennie…
Tutaj jest kolejne video, które mówi, żeby nie wierzyc w kolejne inwestycyjne cuda.
https://www.youtube.com/watch?v=phUfVS7dEqI
Po raz pierwszy pan Bielejewski napisał coś, z czym mogę się w pełni zgodzić: „Firmy, które realnie zarabiają na AI, bardzo często nie mają ani jednego własnego data center — korzystają z istniejącej infrastruktury i budują wartość gdzie indziej: w integracji, oprogramowaniu, danych, usługach. To nie jest fantazja, tylko codzienna praktyka rynku.”
Ano własnie. Będąc AI-sceptykiem (delikatnie mówiąc), własnie się doigrałem słusznej kary. Mam raptem parę dni na napisanie propozycji wykorzystanie AI w badaniach naukowych w dziedzinie pewnej nauki ścisłej. Nie napiszę, której, żeby nie ułatwiać wytropienia. Nie żartuję. Cytując klasyka w nieco zmodyfikowanej wersji: To nie jest fantazja, tylko codzienna praktyka naukowa. Brakuje właściwie wszystkiego. Przede wszystkim pomysłu, co mianowicie jest celem tego przedsięwzięcia, poza zbawieniem ludzkości oczywiście. A mimo to trzeba napisać i zaproponować. Na temat energii będziemy się martwic później.
jak chodzi o poważne nauki, to chyba lepiej szukać informacji w Web of Science, niż na YouTube?….
Panie Krzysztofie: „chyba lepiej szukać informacji w Web of Science”
Filmiki na YouTube są czasem fajne, czasem śmieszne, a czasem nawet prawdziwe. Lubie je oglądać i niektóre polecam na moim FB. Ale poza tym jestem zawodowcem. Istotna informacja przychodzi poprzez Funding Opportunity Announcements (FOA) gdzie jest napisane, co można zaproponować, żeby dostać fundusze. No i tak się (nie)szczęśliwie złożyło, ze akurat jest inicjatywa w tej dziedzinie. Jako publicysta mógłbym napisać prześmiewczy komentarz, o jaki się aż prosi. Ale jako zawodowiec mam raczej napisać propozycję współpracy z zespołem naukowców oraz inżynierów. Na szczęście można się doszukać pewnych elementów użyteczności w AI, które usprawiedliwiają napisanie propozycji w tej dziedzinie.
Chat GPT albo perplexity mogą napisać, albo chociaż pomoc w napisaniu propozycji. A może uda się je uśrednić ?…. Powodzenia :-)….
@ Krzysztof J. Konsztowicz
No i proszę, dostaem klasyczne „proszę się zamknąć, bo ja napisałem książkę”. Akademicka wersja trzaskania drzwiami — tylko zamiast drzwi są przypisy, a zamiast argumentów: urażona duma.
Panie Profesorze,
tym razem już bez uprzejmych wstępów, bo widzę, że rozmowa i tak skręciła w kierunku „czytał Pan – nie czytał Pan”, czyli w miejsce, gdzie argumenty zastępuje się bibliografią.
Zarzuca mi Pan, że wolę pisać niż czytać. To wygodne — pozwala nie odpowiadać na sedno krytyki, tylko zakwestionować rozmówcę. Problem w tym, że nawet najdłuższa lista wcześniejszych tekstów nie zmienia jednego faktu: w tym konkretnym felietonie nie ma odpowiedzi na pytanie „co dalej”.
Jest za to coś innego — bardzo konsekwentnie budowany obraz świata jako zbioru braków. Nie mamy energii, nie mamy infrastruktury, nie mamy technologii, nie mamy pieniędzy. To wszystko jest w dużej mierze prawdziwe. Tyle że z prawdziwego opisu ograniczeń nie wynika jeszcze sensowna strategia działania.
I tu nie chodzi o to, czy napisał Pan o tym gdzie indziej, w książce czy w dwudziestu artykułach. Chodzi o to, że ten tekst — ten konkretny — prowadzi czytelnika do wniosku, że jedyną sensowną pozycją jest dystans i sceptycyzm. Jeśli to nie jest zamierzony efekt, to tym gorzej dla konstrukcji argumentacji.
Pisze Pan, że tematyka jest „zbyt złożona i zbyt głęboka” na tę dyskusję. To ciekawe, bo sam tekst bez problemu upraszcza rzeczywistość do jednego wymiaru: kosztów i ograniczeń. Złożoność pojawia się dopiero wtedy, gdy ktoś próbuje tę perspektywę poszerzyć.
Najbardziej symptomatyczne jest jednak to, że każdą próbę takiego poszerzenia traktuje Pan jak „fantazję”. Tymczasem to właśnie rynek — ten realny, nie felietonowy — od lat działa dokładnie w sposób, który Pan zbywa: poprzez podział ról, outsourcing infrastruktury i budowanie wartości ponad nią. To nie jest „biblijny ton”, tylko opis praktyki, która dzieje się niezależnie od Pańskiego sceptycyzmu.
Pański tekst jest dobry jako ostrzeżenie. Naprawdę. Przypomina, że technologia ma ciężar, koszt i fizyczne ograniczenia. Problem zaczyna się wtedy, gdy ostrzeżenie zaczyna udawać pełną diagnozę, a diagnoza — strategię.
Bo między „nie mamy kart” a „nie gramy” jest jednak pewna różnica. Pan tę różnicę konsekwentnie zaciera, a potem dziwi się, że ktoś ją dostrzega.
Na koniec drobiazg — ten „śmiech, od którego może Pan pęknąć”. Proszę się nie martwić. Współczesna gospodarka technologiczna ma tę przewagę, że działa niezależnie od tego, czy ktoś uzna ją za śmieszną.
I, w przeciwieństwie do tej dyskusji, nie wymaga wcześniejszego przeczytania wszystkich przypisów, żeby w niej uczestniczyć.
Z poważaniem
Krzysztof Bielejewski