17.04.2026
Polska prawica znalazła się w sytuacji teologicznie niekomfortowej, politycznie kompromitującej i intelektualnie beznadziejnej, czyli – mówiąc prościej – w swoim naturalnym środowisku. Oto bowiem musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy bliżej jej do Rzymu, gdzie papież Leon XIV mówi rzeczy nieprzyjemne, ale jednak mieszczące się w katechizmie, czy do Waszyngtonu, gdzie Donald Trump objawia się jako lekarz, Jezus, a być może w wolnych chwilach również Duch Święty, choć raczej w wersji z kasyna niż z Ewangelii.
Problem polega na tym, że jeszcze wczoraj można było udawać, że tych dwóch światów nie da się ze sobą pogodzić, ale też nie trzeba wybierać, bo polityka jest sztuką wygodnego rozkroku. Dziś rozkrok zamienił się w bolesny szpagat, a Nowogrodzka wygląda jak akrobata, który nagle odkrył, że pod nim nie ma siatki bezpieczeństwa, tylko elektorat.
Donald Trump, człowiek, który z każdej powagi robi farsę, a z każdej farsy – doktrynę polityczną, postanowił ostatnio udowodnić, że granice dobrego smaku istnieją wyłącznie po to, by je przekraczać z impetem buldożera. Najpierw wrzucił do internetu obraz, na którym uzdrawia chorych jak Jezus, potem stwierdził, że papież Leon XIV jest „SŁABY w kwestii przestępczości i fatalny w polityce zagranicznej”, a na deser dorzucił sugestię, że właściwie to on, Donald J. Trump, załatwił kardynałom wybór Prevosta.
Trudno powiedzieć, czy mamy tu do czynienia z megalomanią, czy już z pełnoprawnym objawieniem religijnym, w którym Biały Dom zastępuje Watykan, a Truth Social pełni funkcję Nowego Testamentu. W każdym razie dla polskiej prawicy sytuacja stała się nie do zniesienia, bo nagle okazało się, że idol, którego broniono przy każdej okazji – od flirtów z Putinem po awantury z Ukrainą – obraża papieża. A papież, jak wiadomo, to nie jest byle influencer z TikToka, tylko instytucja, która w Polsce wciąż ma więcej wyznawców niż zdrowy rozsądek.
I tu zaczyna się spektakl godny najlepszych tradycji kabaretu politycznego. Oto Sławomir Cenckiewicz, człowiek, który potrafi znaleźć agenturę nawet w kalendarzu ściennym, nagle odkrywa w sobie obrońcę godności Wikariusza Chrystusa i pisze, że wpis Trumpa „przekracza wszelkie normy”. To jest moment, w którym nawet ironia siada zmęczona, bo rzeczywistość ją wyprzedziła.
Jeszcze ciekawiej robi się na poziomie geopolityki, gdzie dotychczasowi sojusznicy Trumpa zaczynają zachowywać się jak pasażerowie statku, który powoli nabiera wody. Giorgia Meloni, do niedawna najwierniejsza europejska wyznawczyni trumpizmu, nagle odkrywa w sobie niezależność i krytykuje jego wypowiedzi. Viktor Orbán, przez lata idol Nowogrodzkiej, przegrywa wybory i zostawia po sobie państwo opisane przez organizacje międzynarodowe jako „hybrydowy reżim”, w którym korupcja jest systemem, a media – dekoracją.
Na scenę wchodzi Péter Magyar, który zapowiada coś, co w Europie Środkowej brzmi jak herezja: ograniczenie władzy premiera, niezależne media, odejście od rosyjskich wpływów i powrót do normalności. Mówi o „zmianie systemu”, jakby to była operacja chirurgiczna, a nie polityczna rewolucja, i obiecuje, że premier nie będzie królem słońce, tylko kapitanem drużyny. W regionie, gdzie każdy lider marzy o byciu jednocześnie królem, słońcem i księżycem, brzmi to jak plan wywrotowy.
I w tym momencie Polska zostaje sama ze swoim dylematem: czy dalej grać rolę ostatniego wiernego Trumpa w Europie, czy jednak zauważyć, że świat się zmienia, a statek zaczyna przechylać się w stronę, z której trudno będzie się wydostać bez zamoczenia butów.
Jarosław Kaczyński, człowiek, który widział już wszystko oprócz momentu, w którym powinien odejść, zdaje się skłaniać ku pierwszej opcji. Bo jeśli polityka jest grą lojalności, to PiS jest w niej jak pies, który nawet kopnięty wraca do właściciela, licząc na kolejny rozkaz. Problem polega na tym, że właściciel coraz częściej zachowuje się jak prorok Jonasza – gdzie się pojawi, tam wywołuje burzę.
Trump przynosi pecha swoim sojusznikom z konsekwencją godną zegarka szwajcarskiego. W Kanadzie mobilizuje liberałów, w Danii wzmacnia socjaldemokratów, w Europie kompromituje prawicę, a na Węgrzech doprowadza do spektakularnego końca Orbána. Jeśli to jest strategia, to przypomina bardziej sabotaż niż politykę.
A jednak Nowogrodzka trwa, jakby wierzyła, że tym razem będzie inaczej, że tym razem Jonasz nie przyniesie burzy, że tym razem wieloryb się nie pojawi. To jest wiara godna lepszej sprawy, ale też wiara, która w polityce kończy się zwykle tak samo – konferencją prasową i zdziwieniem.
W tle tego wszystkiego majaczy jeszcze polska scena polityczna, gdzie Donald Tusk skręca w prawo pod wpływem własnych lęków i cudzych doradców, a młode pokolenie zaczyna patrzeć na cały ten spektakl z rosnącą irytacją. Bo jeśli polityka ma wyglądać jak spór o to, czy ważniejszy jest papież czy Trump, to może lepiej napisać ją od nowa.
I być może to jest jedyna poważna myśl, jaka wyłania się z tego całego cyrku: że system, w którym wybór sprowadza się do dwóch starzejących się obozów, zaczyna przypominać teatr, w którym publiczność powoli orientuje się, że aktorzy grają tylko dla siebie.
A kiedy publiczność przestaje wierzyć w spektakl, kurtyna opada szybciej, niż ktokolwiek zdąży powiedzieć „Make Europe Great Again”.
Krzysztof Bielejewski

Uważam, że w przypadku Trumpa mamy do czynienia z psychopatyczną megalomanią z rozbudowanym zapleczem. Z czymś takim w wersji „liliput” mamy do czynienia u nas, w Polsce. I tam, i tu na reprezentacyjnym państwowym stanowisku zasiadają osobnicy, którzy nie powinni się tam znaleźć. Powody pomijam, są znane. I tam, i tu osobnicy ci otoczeni są zgrają cyników, drapieżców, fałszerzy, zwanych inaczej zaklinaczami rzeczywistości (historii), łgarzami bez skrupułów. I tam, i tu owe świecznikowe tuzy firmują swoją gębą i nazwiskiem wszystko to, co doradcze ekipy wymłócą w swoich sfermentowanych mózgach, dopuszczając mniej lub więcej pary własnego ego. Obaj ci mężowie są źródłem problemów w swoich teatrach działań. Efekty takiego działania odbiorcy spoza ścisłego kręgu przyjmują dwojako: z bezkrytycznym entuzjazmem lub obrzydzeniem i negacją. W różnych proporcjach. I właściwie od tych proporcji zależy ciąg dalszy kariery panów prezydentów.
Zastanawiam się, jak mogą potoczyć się losy polskiej prawicy, gdy amerykański szkodnik poddany zostanie impeachmentowi i usunięty ze stanowiska, co nie wydaje się niemożliwe, a trumpo-nawrocka pępowina zostanie przerwana? Przy postępującym zwapnieniu prezesa i pisowskich ruchach odśrodkowych, oczywiście. I zwiększonych apetytach bosako-braunowców.
A u Tuska nie za ciekawie w perspektywie wyborów ’27.