20.04.2026
To będzie inny tekst, niż wszystkie te, które pisałem na tej stronie od ponad dziesięciu lat.
Tematem będzie różnica pomiędzy światem ludzi zdrowych, a ludzi chorych. Chorych, a więc niewidocznych. Gdy jesteśmy chorzy, pierwszą decyzją jest, że nie wychodzimy z domu, nie ma nas w przestrzeni społecznej, zamykamy się, by nie zarażać innych, albo też dlatego, by to oni, zdrowi, nie przynieśli nam jakiś nowych zarazków, które nas, ludzi już osłabionych zaatakują nową infekcją.
Tak więc są dwa światy – świat ludzi zdrowych, biegających za swoimi sprawami i świat ludzi chorych, którzy znikają na czas choroby z przestrzeni publicznej. Tak jest od dawna i wszyscy do tego przywykli.
Są jednak miejsca, w których następuje koncentracja chorych – to szpitale i inne kliniki gromadzące pod jednym dachem ludzi chorych, chorych tak bardzo, że nie wystarcza zwykła izolacja i opieka domowa. To w szpitalach toczy się walka o zdrowie i życie pacjentów, to tam wyspecjalizowane zespoły lekarzy, pielęgniarzy, sanitariuszy, opiekunów i salowych walczą każdego dnia, by pokonać chorobę, która jest przyczyną pobytu pacjenta w szpitalu.
Mam za sobą bardzo traumatyczny, ponad trzytygodniowy pobyt w dużym szpitalu w moim mieście Gdańsku. Przyjechałem tam jako pacjent z krwiopluciem z przewodu pokarmowego i po dwudniowym pobycie na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym przeniesiony zostałem na Oddział Internistyczny, gdzie poddany zostałem bardzo intensywnym badaniom, by ustalić źródło krwawienia. To trwało długo, kilkanaście dni. Byłem na granicy przeżycia, ale przeżyłem. Mam też swoje obserwacje dotyczące funkcjonowania wielkiej placówki medycznej, której celem jest przywracnie ludzi do zdrowia.
Pierwszą obserwacją jest, że w tych wielkich szpitalach pacjent/człowiek jest sprowadzony do roli przedmiotu, pacjent przestaje być człowiekiem, staje się przypadkiem, który każdy funkcjonariusz szpitala widzi przez pryzmat swojej działki, tego co on ma do zrobienia, do podłączenia, do wstrzyknięcia, do zmierzenia….
Człowiek traci swoją podmiotowość, jest przedmiotem a nie podmiotem czującym, myślącym, staje się bezosobowym pacjentem.
Ludzie szpitala, bez względu na to na jakim są poziomie służbowej drabiny, mogą się wykazać w stosunku do pacjenta empatią i współczuciem, to nic nie kosztuje, to jest raczej cechą ich osobowości, a nie wynika z księgi obowiązków.
Widziałem wielu tych ludzi i powiem brutalnie – takie ludzkie cechy empatii i współczucia występowały najczęściej w grupie opiekunów utrzymujących porządek i higienę osobistą pacjenta. To były prawie wyłącznie Ukrainki, kobiety z paroletnim pobytem w Polsce, co łatwo był stwierdzić słuchając, jak one mówią po polsku. Patrząc na te miłe dziewczyny, na to jak one się zajmują leżącymi i bezradnymi ludźmi widziałem empatię i współczucie. Aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby one wszystkie zdecydowały się na powrót do swojej ojczyzny. Kto by chciał przejąć ich obowiązki…
W grupie pielęgniarek i sanitariuszy postawy wobec chorych były zdecydowanie inne – to tam najczęściej objawianą postawą była postawa całkowicie pozbawiona empatii, to tam pacjent był tylko jednostką na rozpisce co, komu i ile wlać, wstrzyknąć, jaką podać pigułkę. Wszystko to w atmosferze pośpiechu, traktowania pacjenta jak zło konieczne. Do pokoju chorych ci funkcjonariusze wchodzili z impetem, głośno i bez odrobiny zrozumienia, że leżący tam człowiek cierpi, gdy mu nad głową ktoś krzyczy. Ich obroną było to, że w szpitalu są ludzie, którzy nie słyszą i dlatego trzeba mówić głośno, a nawet jeszcze głośniej.
Myślę sobie, że praca na tym stanowisku pomocniczym wymaga przede wszystkim cech osobowości, a dopiero potem wiedzy zawodowej. Patrząc na to, co było w tym dużym – na tysiąc pacjentów – szpitalu w mieście jakim jest mój Gdańsk, jestem pewien, że jest to naprawdę problem placówkach opieki zdrowotnej w całym kraju.
Zespół lekarzy postrzegam jako grupę ludzi rozwiązującej problem w ogóle, a nie u danego pacjenta. Ilość pacjentów, częstość ich wymiany powoduje, że lekarz nie widzi człowieka, a przypadek. Ilość procedur, poziom komplikacji przepisów i obowiązujących procedur jest tak wielka, że na kontakt z pacjentem-człowiekiem miejsca jest mało albo nie ma go wcale. Chociaż – wszystko zależy jednak od człowieka.
To co tu napisałem, to osobiste wrażenia z długiego, ponad trzy tygodniowego pobytu w dużym miejskim szpitalu. Piszę to w dwa dni po wyjściu. To za krótko, by wymagać chłodnej analizy zjawisk i procesów. Wsłuchując się jednak w dyskusję, jaka toczy się w mediach nad sytuacją w polskiej służbie zdrowia, pamiętając, że jej ocena jest w ścisłej czołówce najważniejszych problemów polskiego państwa, analizując wszystkie za i przeciw przesunięciom kolejnych miliardów złotych do NFZ, warto może spojrzeć na sprawę zdrowia ludzi tak z samego dołu, tak jak widzi to ktoś, kto przeżył, a nie było to takie pewne, trzy tygodnie opieki i leczenia w dużym szpitalu w dużym polskim mieście.
Może to się komuś przyda, może…

Zbigniew Szczypiński
Polski socjolog i polityk. Założyciel i wieloletni prezes Stowarzyszenia Strażników Pamięci Stoczni Gdańskiej.

Od zawsze mówię iż są dwa zawody które oprócz wiedzy wymagają tego czegoś czego nie nauczą w szkole ani na studiach , EMPATII szeroko rozumianej ! To dotyczy lekarzy , personelu medycznego i nauczycieli . Im większy szpital tym bardziej pacjent jest traktowany jak przedmiot ….
To naprawdę nie zależy od skali placówki, ale od ludzi. Stwierdzam to, bo byłem pacjentem powiatowego szpitala. Żona z kolei była pacjentką szpitala wojewódzkiego. Małżonka była zachwycona postawą personelu na wszystkich szczeblach. Natomiast moje wspomnienia są fatalne. Nasze wspomnienia oczywiście dotyczą tylko oddziałów szpitali, a nie całych placówek. Bardzo dużo zależy od ordynatora oddziału. Bardzo dużo zależy od człowieka……
Panie Zbigniewie, dużo zdrowia i – co chyba w naszych realiach równie ważne – cierpliwości. Pański tekst jest niestety boleśnie trafny.
Pisze Pan o dwóch światach – zdrowych i chorych – i trudno się z tym nie zgodzić. Tyle że jest jeszcze trzeci: świat pacjenta „systemowego”, który już nie tylko znika z przestrzeni publicznej, ale zaczyna funkcjonować w chaosie procedur, braków organizacyjnych i zwykłego zmęczenia ludzi, którzy ten system tworzą.
W ciągu ostatnich kilku miesięcy sam byłem dwukrotnie operowany w Szpital MSWiA w Warszawie i mam dokładnie takie same obserwacje jak Pan. Teraz co tydzień bywam w przyszpitalnej przychodni i – mówiąc wprost – mam tego serdecznie dość.
Za każdym razem muszę przynosić pełną dokumentację ze szpitala, bo w ich systemie… nadal jej nie ma. XXI wiek, cyfryzacja, wielkie hasła – a pacjent robi za własny pendrive z papieru. Do tego wszyscy pacjenci umawiani na jedną godzinę, więc tłok, nerwy, brak jakiejkolwiek organizacji i poczucie totalnego bałaganu.
I dokładnie jak Pan pisze – wszystko ostatecznie rozbija się o ludzi. Trafiają się osoby z empatią, ale system zdaje się robić wszystko, żeby tej empatii nie było kiedy okazać.
Pański tekst to nie jest „subiektywna relacja” – to jest niestety opis rzeczywistości, którą wielu z nas zna aż za dobrze.
Jeszcze raz: dużo zdrowia i siły w powrocie do formy. Oby ten „świat chorych” jak najszybciej został tylko wspomnieniem.
Pełna zgoda pod warunkiem, że chodzi tu o empatię poznawczą (kognitywną) lub/i w części motywującej do działania empatię współczującą (troskę empatyczną). Odrzucić należy empatię emocjonalną (afektywną) czyli to co najczęściej jest pospolicie określane jako empatia – współodczuwanie. Tej lekarz, pielęgniarka itd. nie powinien odczuwać, z wielu powodów a przede wszystkim dla własnego zdrowia psychicznego. Nie bez powodu niewskazane jest a czasem zabronione wykonywanie operacji przez lekarza osobie, z którą ma więź emocjonalną.
To tak w telegraficznym (teraz chyba powinno się mówić SMS-owym) skrócie.
Panie Zbyszku, niedawno publikowałem tu tekst „Chora służba zdrowia” i wychodzi na to, ze obaj jesteśmy w podobnej sytuacji. Trzymam kciuki 🙂
Co zaś do „uprzedmiotowienia pacjenta –
w starożytnej Grecji jakieś 2,5 tys lat temu w ośrodkach, które nazwalibyśmy dziś szpitalami, działy się niezwykłe rzeczy. Przyjeżdżali śpiewacy, czasem całe chóry, występowali artyści teatralni, muzycy itd. Dlaczego? Ponieważ panowało wówczas przekonanie, że stan psychiki pacjenta ma znaczenie dla procesu leczenia. Dlatego trzeba mu pobyt w szpitalu umilić na tyle, by czuł się tam dobrze. Z tego co wiem, Grecja nie była jedyna w tym przekonaniu.
Dlaczego o tym nie myśli się dziś?
Empatia… Może wystarczyłoby, by lekarz – jak kiedyś prof. Religa – znalazł czas by przysiąść na łóżku pacjenta („cierpiącego”) i słuchać tego co mówi. Dzisiaj lekarz zamienił się w groszoroba i jak tylko może ucieka do swego prywatnego gabinetu,
Bardzo dziękuje za wszystkie dobre głosy i życzenia. To długa droga ale wszedłem na nią po wyjściu ze szpitala. Jedna jeszcze uwaga do tego co pisałem o szpitalu i ludziach jacy tam pracują. Po wysłuchaniu wielu głosów mam pełne przekonanie, że ten poziom względnej fachowości jaką powinni prezentować sanitariusze i pielęgniarki pozbawieni empatii należy zastąpić robotami, fachowymi i sprawnymi. Poziom opiekunów to praca dla empatycznych ludzi. Poziom lekarzy to najtrudniejsza sprawa, teraz to nie są lekarze , to funkcjonariusze dużego przedsiębiorstwa jakim jest taki szpital.
Czarno widzę los wszystkich chorych w przyszłości chyba, że nastąpi pełna automatyzacja procedur medycznych i każdy chory we własnym domu zrobi sobie na czas choroby WłASNY SZPITAL…
Problematykę poruszoną przez Pana Zbigniewa można postrzegać w co najmniej dwóch, różnych pespektywach. Pierwszą a zarazem najważnejszą jest perpektywa pacjenta, czyli poczucia alienacji, wyobcowania, braku wsparcia i empatii, głównie ze strony średniego (pielęgniarki) i wyższego (lekarze) personelu medycznego. Tutaj wszystkie uwagi Autora i komentatorów są oczywiste, zrozumiałe i jak najbardziej uzasadnione.
Druga perspektywa ma charakter systemowy. System opieki zdrowotnej, podobnie jak system edukacji, kultury, sprawiedliwości, bezpieczeństwa, etc. ma we współczesnym świecie, którego Polska jest częścią, charakter masowy. Masowość w decydującym stopniu ogranicza czy wręcz zabija indywidualne, empatyczne traktowanie pacjenta. To w niczym nie usprawiedliwia istniejącego stanu rzeczy, ale przynajmniej stanowi punkt wyjścia do próby zrozumienia dlaczego wygląda on w sposób o jakim napisał Autor. Osobną kwestią pozostaje pytanie czy można temu systemowi przywrócić indywidualne, nieco elitarne ptraktowanie pacjenta tak, jak to miało miejsce kiedy masowość była zdecydowanie mniejsza ? Jeżeli odpowiedź na ostatnie pytanie jest pozytywna, to ilość warunków koniecznych do spełnienia aby miało to miejsce przekracza ramy krótkiego komentarza.