26.06.2026
Są takie piątki, kiedy człowiek dochodzi do wniosku, że dla własnego zdrowia psychicznego powinien zrobić sobie urlop od polskiej polityki. Nie dlatego, że dzieje się w niej coś wyjątkowo dramatycznego. Przeciwnie. Dlatego, że zaczyna przypominać serial, którego scenarzyści od dawna nie mają nowych pomysłów, więc każą tym samym bohaterom po raz siedemnasty odkrywać, że ktoś kogoś zdradził, ktoś kogoś podsłuchał, ktoś powołał komisję, a ktoś inny komisję potępił.
Człowiek myśli wtedy: polecę myślami za Atlantyk. Tam przecież jest wielki świat, mocarstwo, najpotężniejsza demokracja globu, najnowocześniejsze technologie i gospodarka większa od połowy planety razem wziętej. Tam powinno być poważniej.
I wtedy przypomina sobie, że prezydentem Stanów Zjednoczonych jest Donald Trump.
Mam pecha większego niż statystyczny obywatel. Posiadam podwójne obywatelstwo. Dzięki temu mogę z jednakowym zaangażowaniem wstydzić się polityki po obu stronach Atlantyku. Jedni mają dwa paszporty, żeby łatwiej przekraczać granice. Ja mam dwa paszporty, żeby mieć dwa razy więcej powodów do politycznej migreny.
Trump jest bowiem zjawiskiem meteorologicznym. Nie politykiem. Z politykami można się zgadzać albo nie zgadzać. Można ich krytykować, można ich podziwiać, można przewidywać ich ruchy. Trump przypomina natomiast letnią burzę nad Mazurami. Jeszcze przed chwilą świeciło słońce, za moment spada grad wielkości piłek tenisowych, a godzinę później wszyscy zastanawiają się, czy to naprawdę się wydarzyło.
Europa właśnie zaczyna odkrywać prawdę, którą wielu dostrzegało od dawna. Miłość Donalda Trumpa przypomina promocję w amerykańskim supermarkecie. Obowiązuje do wyczerpania zapasów albo do następnego wpisu w mediach społecznościowych. Jeszcze niedawno europejscy nacjonaliści fotografowali się z nim z dumą godną pielgrzymów przy relikwiach. Dziś coraz częściej udają, że ledwie się poznali.
To niezwykle zabawna ewolucja. Jeszcze wczoraj Trump był certyfikatem politycznej jakości. Dziś jego poparcie zaczyna przypominać pocałunek śmierci. Nawet Giorgia Meloni, przez lata przedstawiana jako jego najbliższa europejska sojuszniczka, publicznie przypomniała amerykańskiemu prezydentowi, żeby zajął się własnymi sondażami. Jordan Bardella we Francji uznał go za człowieka nieobliczalnego. Nawet ci, którzy budowali swoją tożsamość na trumpizmie, zaczynają ostrożnie odsuwać się od niego na długość bezpiecznego selfie. Nie z powodów moralnych. Z powodów wyborczych. Bo wyborcy mają irytującą skłonność do zauważania, że wojny celne podnoszą ceny, konflikty na Bliskim Wschodzie windują rachunki za energię, a obrażanie połowy świata nie jest jednak strategią budowania trwałych sojuszy.
Trump pozostaje jednak wierny jednej zasadzie. Wszystko jest transakcją. Nawet wojna. Nawet pokój. Nawet sojusze.
Na szczycie G7 z właściwym sobie wdziękiem handlarza używanymi samochodami próbował sprzedać Europie nowy pakiet promocyjny. Wy pomożecie mi zabezpieczyć cieśninę Ormuz i uporządkować bałagan po wojnie z Iranem, a ja może trochę bardziej polubię Ukrainę. Brzmi to mniej więcej tak, jakby strażak powiedział mieszkańcom płonącego domu: najpierw pomóżcie mi umyć wóz strażacki, a potem zastanowimy się, czy warto gasić pożar.
Najbardziej niezwykłe jest jednak to, że ta metoda czasami działa. Światowi przywódcy coraz częściej przypominają rodziców usiłujących przekonać obrażonego trzylatka, żeby jednak zjadł obiad. Jeden zaprasza Trumpa do Wersalu, drugi wręcza mu koszulkę reprezentacji narodowej, trzeci pokazuje zdjęcia zbombardowanej cerkwi, czwarty stara się nie powiedzieć niczego, co mogłoby wywołać kolejny poranny wpis na Truth Social. Dyplomacja XXI wieku zaczyna przypominać zbiorową terapię osób próbujących odgadnąć humor kapryśnego monarchy.
W polityce międzynarodowej kaprysy bywają kosztowne.
Coraz więcej europejskich polityków dochodzi do wniosku, że największym zagrożeniem dla sojuszu z Ameryką nie jest nawet zmiana interesów Waszyngtonu. Interesy zmieniają się od zawsze. Niepokojące jest coś innego. Coraz trudniej przewidzieć, czy deklaracja złożona rano będzie obowiązywała po lunchu. W świecie bezpieczeństwa strategicznego nieprzewidywalność nie jest zaletą. Jest podatkiem płaconym przez sojuszników.
Dlatego nie dziwi, że nawet konserwatywni liderzy Europy zaczynają mówić o Trumpie znacznie ciszej niż jeszcze rok temu. Zauważyli bowiem rzecz dość oczywistą. Jeżeli przyjaźń z Białym Domem oznacza konieczność codziennego sprawdzania, czy przypadkiem nie zostaliśmy właśnie sprzedani w pakiecie promocyjnym z Iranem, Rosją albo cłami na europejskie samochody, to może warto mieć również innych przyjaciół.
A Polska?
My, jak zwykle, jesteśmy wyjątkowi. Kiedy większość europejskiej prawicy ostrożnie zdejmuje czerwone czapeczki z napisem MAGA i chowa je głęboko do szafy, u nas wciąż traktuje się zdjęcie z Trumpem niczym średniowieczną relikwię. Im bardziej Europa próbuje budować strategiczną autonomię, tym bardziej część naszej klasy politycznej zachowuje się tak, jakby numer telefonu do Białego Domu był ważniejszy od numeru alarmowego.
Paradoks polega na tym, że bezpieczeństwo Polski rzeczywiście opiera się na silnym sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. To fakt, a nie kwestia sympatii politycznych. Ale sojusz z Ameryką nie musi oznaczać kultu jednej osoby. Demokracje mają tę cudowną właściwość, że prezydenci się zmieniają, instytucje pozostają, a interesy państw bywają znacznie trwalsze od ego ich przywódców. Kto utożsamia Amerykę wyłącznie z Donaldem Trumpem, ten popełnia ten sam błąd, co ktoś, kto utożsamiałby Francję z jednym lokatorem Pałacu Elizejskiego albo Polskę z jednym mieszkańcem Pałacu Prezydenckiego.
W upalny weekend warto więc zrobić sobie polityczną przerwę. Wyłączyć telewizor. Odłożyć telefon. Posłuchać szumu drzew zamiast konferencji prasowych. Świat i tak będzie wystarczająco absurdalny również w poniedziałek.
A jeśli mimo wszystko zatęsknimy za polityką, zawsze możemy przypomnieć sobie pocieszającą myśl, że historia znała już wielu ludzi przekonanych o własnej nieomylności. Większość z nich dziś ogląda się wyłącznie w muzeach.
Niektórzy jednak wciąż prowadzą konferencje prasowe.
Krzysztof Bielejewski
