07.07.2026
Od lat nie czytam książek pisanych tradycyjnie. A nie czytam ich nie dlatego, że postanowiłem zostać analfabetą, lecz z tej przyczyny, że jest to dla mnie czynność za bardzo skomplikowana i coraz mniej możliwa.
O książkach z prawdziwymi kartkami, mogę sobie tylko powspominać. Tak jak o jedynej w swoim rodzaju woni świeżutkiej, drukarskiej farby i o zmysłowych doznaniach towarzyszących lekturze.
W miarę upływu lat, powiększają się spustoszenia czynione przez biologię. By nie nudzić opisywaniem innych objawów, powiem tylko o słabnącym wzroku i o koordynacji ruchowej: widzę coraz mniej i coraz mniej panuję nad sprawnością rąk.
Palce są niczym kołki. Zanim odwrócę stronę, mija czas. I jeśli w końcu uda mi się ją przewrócić, to po jej przeczytaniu czeka mnie identyczny mozół z następną.
Tak zatem jeśli książką tą jest wielotomowa encyklopedia pisana wątłą czcionką, drobnym maczkiem, na cieniutkim papierze, czytanie przestaje być przyjemnością, a zaczyna – koszmarem, gdyż w poszukiwaniu definicji jakiegoś słowa, odwracając posklejane kartki, zabawiam się w benedyktyna.
Wtedy opuszcza mnie ochota do tradycyjnego pożerania ksiąg. Bo co mam zrobić, jeśli po wielu potyczkach z bezlitosną złośliwością kartek, zamiast definicji poszukiwanego hasła, natykam się na informację, że jego wytłumaczenie znajduje się w innym tomie?
Dlatego wybawieniem jest Internet: zamiast zniechęcającego wertowania stron, mam do dyspozycji – wyszukiwarkę. Słabo widzę? Jest rada: powiększam czcionkę. Reasumując: dla ludzi sprawnych istnieje przyjemność obcowania z nieelektroniczną książką, dla ludzi takich jak ja, Internet stanowi dobrodziejstwo.
Lecz ostatnio do Internetu wdziera się ze swoimi usługami sztuczna inteligencja; to, co jeszcze niedawno należało do świata fantazji i straszyło wizjami czekającego nas jutra, staje się koszmarem codzienności. Przekleństwem NA WŁASNE ŻYCZENIE.
AI jako narzędzie do szybkiego wyszukiwania informacji, jako przyrząd do koncypowania z prędkością strusia pędziwiatra, jest ułatwieniem bez dwóch zdań. Stale jednak należy pamiętać, że to TYLKO narzędzie i samo, z bez polecenia człowieka niczego nie stworzy i że tylko od niego zależy, jak będzie wykorzystane.
Od człowieka też zależy, jakie mu da zadanie. Jeżeli mu poleci, by uględził piosenkę, zmajstrował obraz wokalistki z głosem słowika w ciąży lub wyprodukował sobowtóra znanego polityka w kalesonach, zrobi to w miarę perfekcyjnie i złudzenie będzie prima. A że człowiek bywa złośliwy i dla hecy lubi dokopać bliźniemu puści w Internecie info, iż taki to a taki literat nie umie samodzielnie pisać i robi to za niego kochanieńka AI.

Marek Jastrząb
Pisarz
Debiutował w 1971 roku na łamach „Faktów i Myśli”. Drukował także w wielu innych czasopismach swoje opowiadania, felietony, eseje, recenzje teatralne i oceny książek. Jego prozatorskie miniatury były wielokrotnie emitowane w Polskim Radiu w Bydgoszczy.
źródła obrazu
- jastrzab: BM

To felieton napisany z dużym dystansem do siebie i z wyczuciem ironii. Marek Jastrząb zaczyna od rzeczy, której większość autorów wolałaby nie przyznać: starości. Nie udaje wiecznie młodego gladiatora literatury. Nie walczy z losem, tylko opisuje go z humorem. To już jest atut.
Najbardziej podoba mi się paradoks, który przewija się przez cały tekst. Autor najpierw żegna papierową książkę niczym starego przyjaciela, wspomina zapach farby drukarskiej, niemal słyszymy szelest kartek, po czym bez sentymentów oznajmia: „Internet jest wybawieniem”. I trudno się z nim spierać. To nie jest kapitulacja wobec technologii. To zwykły zdrowy rozsądek. Człowiek nie ma obowiązku cierpieć tylko dlatego, że kiedyś było romantyczniej.
Najzabawniejszy fragment? Zdecydowanie ten o „głosie słowika w ciąży”. To zdanie ma w sobie absurd starej szkoły felietonu, gdzie jedno porównanie potrafi zrobić więcej niż trzy strony filozofowania.
Ale prawdziwa ironia zaczyna się dopiero na końcu. Bo oto autor korzysta z Internetu z wdzięcznością, a zaraz potem z nieufnością patrzy na AI. I tu przypomina trochę człowieka, który przez lata narzekał na konie, zachwycił się samochodem, a teraz z podejrzliwością ogląda samochód elektryczny. Historia technologii wygląda właśnie tak: każde pokolenie z entuzjazmem przyjmuje wynalazek poprzedni i z lękiem obserwuje następny.
Jastrząb trafnie zauważa coś jeszcze. Problemem nie jest sztuczna inteligencja. Problemem pozostaje człowiek. AI nie budzi się rano z myślą: „Komu by tu dziś zrujnować reputację?”. To człowiek wpada na pomysł, żeby wygenerować polityka w kalesonach albo rozpuścić plotkę, że pisarz oddał pióro komputerowi. Komputer nie ma złośliwości. Ma procesor. Złośliwość jest nadal produktem całkowicie ludzkim i, niestety, nie wymaga aktualizacji systemu.
Można się natomiast lekko uśmiechnąć nad samym lękiem przed AI. Literatura przeżyła już radio, telewizję, magnetowidy, komputery, internet, e-booki, media społecznościowe i tysiąc końców świata. Za każdym razem ktoś ogłaszał śmierć słowa pisanego. Tymczasem książki wciąż powstają, felietony nadal są pisane, a ludzie w dalszym ciągu kłócą się o to, kto napisał je lepiej.
Jest w tym wszystkim jeszcze jeden dowcip losu. Felieton ostrzegający przed sztuczną inteligencją zapewne przeczyta dziś więcej osób właśnie dzięki algorytmom. A jutro być może AI poleci go komuś do lektury, streści, przetłumaczy albo przeczyta na głos osobie, która – tak jak autor – nie może już wygodnie przewracać kartek.
To byłaby chyba najpiękniejsza puenta. Technologia nie zabiera literatury. Ona tylko zmienia sposób, w jaki literatura dociera do człowieka. Tak samo jak okulary nie zastąpiły oczu, a aparat słuchowy nie zastąpił uszu. Nie ma więc sensu obrażać się na młotek za to, że potrafi wbijać gwoździe. Trzeba jedynie pilnować, żeby ktoś nie postanowił tym młotkiem stuknąć bliźniego w głowę. A z tym, niestety, żadna sztuczna inteligencja jeszcze sobie nie poradzi.
Jak miło Pana czytać! Już myślałam, że Pan zrezygnował z pisania.
HK Ciągnie mnie do ludzi potrafiących myśleć bez krużganka
A propos książek pachnących farbą drukarską. Ponad 15 lat temu, młody polski informatyk leciał samolotem z Atlanty do Los Angeles, czytając książkę. W samolocie zajętych było mniej niż połowa miejsc, przez raczej młodych pasażerów. Większość z nich czytała jakieś teksty. Polski informatyk w krótkim czasie niechcący stał się sensacją na pokładzie – przez zwyczajną papierową książkę niespodziewanie przyciągał uwagę całego samolotu – jedyny bez elektroniki, w morzu czytników, tabletów i jeszcze nie tak bardzo rozpowszechnionych smartfonów.
*
AI jest rzeczywiście narzędziem, które na razie działa na podstawie dyspozycji człowieka. Wielu ludzi zastanawia się jak długo potrwa to „na razie”.