13.09.2026
„Elity” to dziś słowo wygodne. Zastępuje nazwiska, decyzje, dokumenty i argumenty. Wystarczy je wypowiedzieć, by rozmowa podzieliła się na „nich” i „nas”.
Elity są realnym bytem społecznym. Nie wymyślili ich socjologowie ani politycy. W każdej wspólnocie istnieje niewielka grupa ludzi mających większy niż przeciętny wpływ na decyzje, pieniądze, wiedzę, instytucje i opinię publiczną. Nie zawsze dlatego, że lepiej się do tego nadają. Głównie dlatego, że mają władzę, kompetencje, majątek, pozycję albo dostęp do tych, którzy je mają.
Najprostszy podział jest wystarczający:
- Elity intelektualne i kulturalne — uczeni, pisarze, artyści, publicyści. Wpływają na język, wyobraźnię i hierarchię spraw.
- Elity zawodowe — uznani lekarze, prawnicy, naukowcy, inżynierowie. Ich pozycja wynika z wiedzy i odpowiedzialności.
- Elity wpływu — właściciele mediów, liderzy organizacji, zawodowi komentatorzy, ludzie zdolni narzucić temat debaty.
- Elity finansowe — właściciele wielkich firm, bankierzy, zarządzający kapitałem. Ich wpływ bierze się z pieniędzy, inwestycji i zatrudnienia.
- Elity władzy — partyjni liderzy, ministrowie, wysokie urzędy, kierownictwa instytucji państwa. Mogą podejmować decyzje dotyczące innych.
Elita bez próby
Przy elitach władzy w Polsce pojawiają się największe wątpliwości. To elita szczególnego rodzaju: o jej pozycji nie decyduje ani dorobek, ani kompetencje, lecz przede wszystkim dostęp do władzy. Duża część jej przedstawicieli żyje blaskiem odbitym od innych części elity, a jako całość bywa grupą mało pożyteczną, a czasem wręcz szkodliwą dla społeczeństwa.
Od ponad trzydziestu lat część publicystyki nazywa ją „klasą pasożytniczą”. Określenie tak długo krąży w debacie, że przeszło również do języka potocznego. Nie jest to jednak ani analiza, ani dowód. To diagnoza gniewu — czasem uzasadnionego, zawsze wymagającego konkretów.
Krytyka elit władzy ma sens wtedy, gdy dotyczy konkretnych mechanizmów: partyjnego obsadzania stanowisk, braku odpowiedzialności za błędne decyzje, klientelizmu, korupcji, marnotrawienia publicznych pieniędzy, niekompetencji lub pogardy dla obywateli. Inaczej „klasa pasożytnicza” staje się tylko kolejnym workiem bez dna.
Podobne zastrzeżenie można mieć do części elit zawodowych: prawników, uczonych i lekarzy. W części tych zawodów konkurencja jest ograniczana przez regulacje korporacyjne i zasady dostępu do zawodu. Nie oznacza to jednak, że wszyscy przedstawiciele tych grup są beneficjentami takiego systemu. Żadnej z tych dziedzin nie dotknęły skutki transformacji ustrojowej tak, jak po 1989 r. dotknęły przedsiębiorców, robotników i menedżerów — słowem, ludzi, którzy musieli radzić sobie na wysoce konkurencyjnym rynku krajowym i międzynarodowym, bez taryfy ulgowej.
To jednak także nie zwalnia z ostrożności. Prawnicy, lekarze, uczeni i inżynierowie nie są jednolitą masą. W każdej z tych grup są ludzie wybitni, przeciętni i niekompetentni; są zamknięte korporacje, lecz są też codzienna praca, ryzyko i odpowiedzialność. Zbiorowa etykieta nie zastąpi oceny konkretnego człowieka, instytucji ani decyzji.
Kategorie się mieszają. Minister może być prawnikiem i medialną gwiazdą. Przedsiębiorca może finansować politykę. Profesor może nie mieć żadnej władzy poza własnym pokojem na uczelni. Sam zawód, tytuł i telewizyjna twarz nie czynią jeszcze elity. Decyduje realny wpływ.
Worek bez dna
W politycznym użyciu „elity” są workiem. Wpada tam sędzia z niekorzystnym wyrokiem, dziennikarz z pytaniem, lekarz z niewygodną diagnozą.
Mechanizm jest prosty do zaobserwowania: gdy dziennikarz publikuje tekst o nieprawidłowościach w spółce Skarbu Państwa, odpowiedzią rzadko bywa odniesienie się do faktów z tekstu. Częściej pojawia się zdanie o „nagonce elit medialnych” — i sprawa milknie, zanim ktokolwiek sprawdził liczby. Tekst zostaje niearchiwizowany, redakcja piętnowana, a pytanie o to, kto i za czyje pieniądze podjął decyzję, pojawia się sporadycznie. To słowo nie tyle opisuje przeciwnika, ile zwalnia z obowiązku jego opisania.
Łże-elity: wróg z tektury
Populistyczna retoryka potrzebuje prostego świata. Po jednej stronie „zwykli ludzie”. Po drugiej — „elity”. Lud ma być uczciwy i jednolity. Elity — zepsute i jednolicie złe. To nie jest opis społeczeństwa. To jest scenografia konfliktu.
W tej scenografii politykę przedstawia się jako walkę „czystego ludu” z „zepsutą elitą”. Do tej elity można dopisać polityków, media, sądy, ekspertów, uczelnie, organizacje społeczne, a czasem nawet zagranicę. Wspólny mianownik jest prosty: każdy, kto nie mówi głosem przywódcy, może zostać uznany za część układu.
Tu pojawia się formuła „łże-elity”. Zgrabna jak młotek. Nie pyta, co człowiek zrobił, co napisał, jak głosował, jakie ma kompetencje ani czy ma rację. Z góry orzeka, że jego pozycja jest fałszywa, a jego głos podejrzany.
„Łże-elita” nie musi się skompromitować. Wystarczy, że nie należy do właściwego obozu. Profesor staje się podejrzany, bo jest profesorem. Sędzia — bo wydał wyrok nie po myśli władzy. Dziennikarz — bo zadał pytanie. Lekarz — bo diagnoza nie pasuje do politycznego komunikatu.
To retoryka wygodna. Nie trzeba polemizować z argumentem. Wystarczy unieważnić człowieka. A człowiek raz wpisany do „łże-elity” może mówić rzeczy rozsądne równie bezskutecznie jak radio bez prądu.
Stąd już blisko do budowy wroga wewnętrznego. Obok migrantów, osób nieheteronormatywnych czy opozycji politycznej pojawia się „elita gardząca ludźmi”. Jej domniemana pogarda staje się dowodem winy, choć dowodu zwykle nikt nie przedstawia. Wystarczą ton, wykształcenie, obce słowo, okulary, adres lub nieuczestniczenie w zbiorowym entuzjazmie.
Władza nie musi wtedy odpowiadać na pytania o szkołę, szpital, ceny czy urząd. Wystarczy, że wskaże winnych. Zarządzanie urazą jest łatwiejsze niż zarządzanie państwem.
Elity własne: nominacja zamiast współpracy
Drugi akt jest jeszcze ciekawszy. Władza, która obiecuje rozprawę z elitami, bardzo szybko tworzy elity własne. Nie niszczy elitarności. Zmienia jej skład i kryteria naboru.
Na miejsce pytania: „czy umie?” wchodzi pytanie: „czy jest nasz?”. Na miejsce dorobku, niezależności i kompetencji — zaufanie polityczne, przydatność propagandowa oraz gotowość do wykonywania poleceń.
Tak powstają elity własne: partyjne, klientelistyczne, nominowane — obejmujące kierownictwa mediów, spółek państwowych, instytucji kultury i urzędów. Schemat bywa powtarzalny niezależnie od tego, kto akurat rządzi: stanowisko prezesa czy dyrektora trafia nie do osoby z najdłuższym stażem branżowym, tylko do kogoś z odpowiednim zapleczem partyjnym — często bez doświadczenia w danej dziedzinie, za to z gwarancją, że nie zada niewygodnych pytań centrali. Kompetencja nie znika z CV, po prostu przestaje być kryterium rozstrzygającym.
Nie jest to likwidacja elit. To ich wymiana. Elita oparta na kompetencjach bywa trudna, bo zadaje pytania. Elita oparta na posłuszeństwie jest wygodna, bo zna odpowiedź przed pytaniem.
Antyelita jest więc elitą bez wstydu z powodu własnej elitarności. Mówi o „zwykłych ludziach”, lecz korzysta z gabinetów, nominacji, służbowych samochodów i publicznych pieniędzy. Potępia „układ”, po czym buduje własny — tylko z lepszą reklamą.
Elita zbudowana na posłuszeństwie nie przestaje być elitą. Przestaje natomiast być potrzebna państwu.
Nie każda niechęć jest wymysłem
Wygodnie byłoby uznać, że cała nieufność wobec elit jest propagandowym oszustwem. Nie jest. Wielu ludzi doświadcza urzędniczej arogancji, języka sklejonego z pustych formuł, decyzji podejmowanych daleko od codziennych spraw i tonu człowieka, który cudze życie poprawia z konferencyjnej mównicy.
Krytyka elit jest potrzebna, gdy dotyczy konkretów: konfliktów interesów, nepotyzmu, korupcji, niekompetencji, zamkniętych układów i pogardy. Ale krytyka wymaga adresu. Bez adresu staje się polowaniem.
Zamiast zaklęcia
Po usłyszeniu słowa „elity” warto zapytać:
Kto konkretnie?
Do której elity należy?
Jaką ma władzę albo wpływ?
Co zrobił?
Kto na tym zyskał?
Kto zapłacił rachunek?
Jeśli nie ma odpowiedzi, nie ma analizy. Jest zaklęcie.
„Elity” bywają użyteczną kategorią. Stają się niebezpieczne, gdy zastępują konkrety. Gdy nie ma nazwisk, dokumentów i argumentów, zostaje cień. A cień, jak wiadomo, nie ponosi odpowiedzialności.
Anastazy Jastrzębski
ur. 1945, polonista, dziennikarz, emerytowany redaktor różnych wydawnictw i krytyk literacki

Gorzki i prawdziwy opis tego co mamy. Mówiąc mamy mam na myśli nas ludzi.
Tekst Anastazego Jastrzębskiego przywraca słowu „elity” właściwy sens, odbierając mu zarazem wygodną polityczną bezadresowość.
Autor nie przeciwstawia mechanicznie „dobrych ekspertów” „złej władzy”. Nieufność wobec elit nie jest wytworem propagandy: ma nieraz źródło w arogancji instytucji, klienteliźmie, korporacyjnym zamykaniu dostępu, konfliktach interesów, pozornej fachowości czy lekceważeniu doświadczeń obywateli. Krytyka jest zatem potrzebna, gdy dotyczy konkretnych ludzi, działań i mechanizmów, a nie zbiorowych etykiet.
Istotne jest wskazanie mechanizmu, w którym retoryka antyelitarna nie likwiduje elitarności, lecz dokonuje wymiany elit. W miejsce kompetencji, niezależności i odpowiedzialności wprowadza lojalność, dyspozycyjność oraz partyjne zaplecze. Stanowiska, władza i publiczne pieniądze pozostają — słabnie natomiast zdolność państwa do działania dla dobra wspólnego.
Autor opisuje socjotechnikę polityczną: zamiast odpowiedzieć na argument, łatwiej zdyskredytować człowieka, wpisując go do „łże-elity”. To droga do polityki opartej na urazie i wskazywaniu wrogów, nie na rozwiązywaniu rzeczywistych problemów.
Końcowe pytania autora: kto konkretnie, z jakiej pozycji, jaką podjął decyzję, kto skorzystał i kto zapłacił — powinny stać się elementarnym testem każdej publicznej diagnozy.
Tekst jest gorzki, ale nie cyniczny; krytyczny, lecz wolny od pogardy. Przypomina, że demokracja potrzebuje nie kultu elit ani nienawiści do nich, lecz elit rozliczalnych i obywateli wymagających faktów zamiast zaklęć.
To tekst gorzki, ale potrzebny — bo przypomina, że słowo „elity” bez nazwisk, czynów i rachunków działa jak polityczny spray na komary: pryska się nim na wszystko, a potem nikt nie wie, co właściwie ugryzło. Najtrafniejsza jest chyba myśl, że każda władza z obrzydzeniem tropiąca „elity” po chwili hoduje własne — tylko bardziej posłuszne i lepiej ustawione do zdjęcia. Warto więc nie mylić krytycznego myślenia z radosnym wrzucaniem ludzi do jednego worka; ten worek, jak autor słusznie zauważa, ma wyjątkowo pojemne dno.
Tekst pokazuje, że „elity” są dziś często politycznym wytrychem: zamiast nazwisk, dokumentów, decyzji i rachunków daje się ludziom jedno wygodne słowo. A ono ma zwolnić z myślenia.
W dobrze zbudowanej maszynie nie obowiązuje zasada „nieważne, czy umie — ważne, czy jest nasz”. Gdyby według niej dobierano konstruktorów mostów, operatorów elektrowni czy lekarzy, mielibyśmy katastrofę. W państwie skutki są wolniejsze, lecz rachunek także przychodzi — i płacą go obywatele.
Państwo wymaga fachowców zdolnych powiedzieć rządzącym: „tego się nie da”, „to będzie kosztować”, „to jest niezgodne z prawem”, „to skończy się źle”. Polityk woli jednak często człowieka posłusznego od kompetentnego. Pierwszy nie zadaje pytań, drugi może zepsuć propagandowy obraz rzeczywistości.
Pod hasłem walki z elitami nierzadko odbywa się zwykła wymiana kadr przy państwowym stole: jedni odchodzą, drudzy zajmują ich miejsca, a obywatel nadal płaci. Zmienia się szyld, lecz zostają: stanowisko za lojalność, pieniądze za posłuszeństwo i propaganda zamiast rozliczenia efektów.
Owszem, część dawnych elit bywała wyniosła, zamknięta i oderwana od życia zwykłych ludzi. Trzeba je krytykować — ale konkretnie: za nepotyzm, korupcję, niekompetencję, marnotrawstwo i pogardę. Nie wolno jednak robić wroga z każdego lekarza, profesora, sędziego, dziennikarza czy inżyniera tylko dlatego, że nie klaszcze na komendę.
Kompetencja nie jest poglądem politycznym. Most albo stoi, albo się wali; bilans albo się spina, albo firma bankrutuje. Dlatego pytajmy: kto konkretnie, co zrobił, kto zyskał i kto zapłacił? Bez odpowiedzi „elity” pozostają tylko zaklęciem, za którym łatwo ukryć bezkarność.
Artykuł demaskuje socjotechnikę populistyczną – „elity” stały się nie nazwą konkretnych ludzi mających władzę i wpływ, lecz wygodnym pojemnikiem na społeczną złość. To polityczny skrót: zamiast wskazać nazwisko, decyzję, dokument i odpowiedzialność, wystarczy powiedzieć „układ”, „salon” albo „łże-elita”.
Psychologicznie mechanizm jest prosty. Świat zostaje podzielony na „nas” — zwykłych, uczciwych i pokrzywdzonych — oraz „onych”, którym przypisuje się pychę, chciwość i winę za wszelkie niepowodzenia. Taki podział daje poczucie wspólnoty i moralnej racji, ale zwalnia z myślenia o faktach. Nie trzeba już odpowiadać na argument profesora, sędziego, lekarza czy dziennikarza; wystarczy go zdyskredytować jako przedstawiciela „elity”.
Nieufność wobec władzy nie jest jednak wymysłem. Nepotyzm, klientelizm, bezkarność i urzędnicza arogancja są realnymi patologiami. Lecz krytyka ma sens wyłącznie wtedy, gdy ma adres: kto konkretnie podjął decyzję, komu służyła, kto na niej zyskał i kto zapłacił rachunek. Bez tego analiza zmienia się w zaklęcie.
W tym właśnie specjalizuje się patoprawica: nie rozwiązuje problemów, lecz zamienia je w dowody istnienia wroga. Gdy rosną ceny — winne są elity; gdy państwo zawodzi — też elity; gdy ktoś pyta o odpowiedzialność rządzących — oczywiście „nagonka elit”. Brunatna fala nie musi nawet umieć rządzić; wystarczy, że wystarczająco głośno obieca, iż wszystkich winnych już rozpoznała.
Najgroźniejsze jest to, że walka z elitami zazwyczaj nie kończy się ich likwidacją, lecz wymianą. Zamiast ludzi kompetentnych i niezależnych pojawiają się „swoi”: lojalni, dyspozycyjni i wdzięczni za nominację. Nie znika więc elitarność — zmienia się tylko kryterium: zamiast pytania „czy potrafi?”, pada pytanie „czy jest nasz?”.
Tekst Anastazego Jastrzębskiego jest rozsądny, klarowny i potrzebny, lecz chwilami zbyt poprawnie symetryczny wobec zjawiska, które symetryczne nie jest. Celnie demaskuje „elity” jako słowo-wytrych; nie dopowiada jednak dostatecznie wyraźnie, że w Polsce problemem bywa nie samo istnienie elit, ale ich chroniczna niezdolność do ponoszenia odpowiedzialności za władzę, którą realnie sprawują.
Jastrzębski broni konkretu przed zaklęciem — i za to należy mu się uznanie. „Elity” bez nazwisk, dokumentów, decyzji i rachunków są tylko wygodnym straszakiem, którym można przestraszyć obywatela, zanim zdąży zapytać o fakty.
Równie niebezpieczna jest elita, która żąda szacunku wyłącznie dlatego, że sama siebie wpisała na listę osób poważnych. Szacunek nie przysługuje z urzędu, z nominacji ani z telewizyjnego kadru. Trzeba go stale potwierdzać kompetencją, przyzwoitością i odpowiedzialnością.
Reszta jest tylko teatrem – w polskim teatrze politycznym aktorzy zmieniają kostiumy częściej niż repertuar.
’Elita’ pochodzi od łacińskiego 'eligo’ czyli wybierać… W związku z interesującym tekstem nowego Autora SO pojawia się pytanie, kto wybiera elitę, wedle jakich kryteriów, na jakich zasadach etc. U nas elity zastąpiła hołota; społeczeństwo nie potrzebuje elit, a potwierdzeniem tej obserwacji jest następujący fragment wywiadu z Manuelą Gretkowską w ostatnim magazynie GW: „…w Polsce elitą może być gangus przyjmujący w pałacu patologię. Pokrzykuje przy tym na Polaków, że respekt mu się, należy jak w mafii. Ciekawa byłaby analiza wpływu postaci gangusa-alfonsa na wyobraźnię wyborców Europy wschodniej, mających pociąg do takich figur. Problem jet więc nie tylko polski…
Właśnie, słowo bez adresu… Dokąd i dlaczego dzisiejsze ELYTY, zwłaszcza władzy (nie mylić z właściwym pojęciem definicji określającej uznany przez encyklopedie funkcjonalny poziom intelektualny elit), stoczyły się mentalnie do nizin swoich śladów genetycznych, tkwiących jeszcze w epoce kamienia łupanego?… Czyżby ewolucja człowieka, zatoczywszy dziejowe koło, bezsilnie oddając jego rozum coraz bardziej usamodzielniającej się, nieprzewidywalnej jeszcze (na razie) technologii, poczęła się staczać ku stronie jego korzeni? Elity władzy… Znałem kiedyś ich grupę. Autorów podobnych krytyk, jak ta, p. Jastrzębskiego, gremia te dobierały w grona swoich najważniejszych doradców do w miarę celnego podejmowania najtrafniejszych decyzji w możliwościach kształtowania zachowań społecznych, w tym modelowania kulturalnych wzorców stylu życia. Członkowie tej grupy umieli z pożytkiem dla ogółu korzystać ze swojej inteligencji (odsyłam do definicji encyklopedycznej tego pojęcia). Czterdzieści, pięćdziesiąt lat temu jeszcze się charakteryzowali takim przymiotem umysłów. Niestety, od mniej więcej dwóch, trzech pokoleń ten trend zdaje się odwracać. Miejsca prawdziwych elit przejmuje – delikatnie i nie w pełni określając – prostactwo.
Ale jeszcze nie całkiem rozum stracił na wartości jeżeli są wśród nas ludzie pokroju Autora powyższego tekstu, ludzie umiejący świetnym słowem polskim, przepełnionym najszczerszą strzałą prawdy, choć gorzkiej, uderzyć czytelnika trafną diagnozą o środowisku, w jakim egzystuje. Sądzę, że Studio Opinii zyskało świetnego obserwatora i diagnostę, przypuszczam, że nie tylko polskiej rzeczywistości, na dodatek potrafiącego znakomicie operować słowem, CELNYM słowem. Czy jednak to słowo, nawet gdyby trafiło, choć w jakiejś części, pod adres owych ELYT, potrafi być odczytane ze zrozumieniem?
Szanowni Państwo,
serdecznie dziękuję za wszystkie wpisy: za ciepłe przyjęcie debiutu, wiele słów uznania i otuchy.
Debiut po osiemdziesiątce niewiele różni się od debiutu w wieku lat siedmiu: człowiek równie pilnie czeka na opinię, równie łatwo się peszy i wierzy, że wszystko przed nim. Z drobną różnicą — ma mniej czasu na poprawki.
Nie zamierzam komentować własnych tekstów — autor powinien wiedzieć nie tylko, kiedy zejść ze sceny, ale także kiedy na nią wkroczyć. Tym razem czynię wyjątek. Państwa głosy są dla mnie nie tylko wyróżnieniem, lecz także zobowiązaniem: pisać najlepiej, jak potrafię.
Z wdzięcznością
Anastazy Jastrzębski