Anastazy Jastrzębski: „Elity” — słowo bez adresu7 min czytania

()


13.09.2026

„Elity” to dziś słowo wygodne. Zastępuje nazwiska, decyzje, dokumenty i argumenty. Wystarczy je wypowiedzieć, by rozmowa podzieliła się na „nich” i „nas”.

Elity są realnym bytem społecznym. Nie wymyślili ich socjologowie ani politycy. W każdej wspólnocie istnieje niewielka grupa ludzi mających większy niż przeciętny wpływ na decyzje, pieniądze, wiedzę, instytucje i opinię publiczną. Nie zawsze dlatego, że lepiej się do tego nadają. Głównie dlatego, że mają władzę, kompetencje, majątek, pozycję albo dostęp do tych, którzy je mają.

Najprostszy podział jest wystarczający:

  • Elity intelektualne i kulturalne — uczeni, pisarze, artyści, publicyści. Wpływają na język, wyobraźnię i hierarchię spraw.
  • Elity zawodowe — uznani lekarze, prawnicy, naukowcy, inżynierowie. Ich pozycja wynika z wiedzy i odpowiedzialności.
  • Elity wpływu — właściciele mediów, liderzy organizacji, zawodowi komentatorzy, ludzie zdolni narzucić temat debaty.
  • Elity finansowe — właściciele wielkich firm, bankierzy, zarządzający kapitałem. Ich wpływ bierze się z pieniędzy, inwestycji i zatrudnienia.
  • Elity władzy — partyjni liderzy, ministrowie, wysokie urzędy, kierownictwa instytucji państwa. Mogą podejmować decyzje dotyczące innych.

Elita bez próby

Przy elitach władzy w Polsce pojawiają się największe wątpliwości. To elita szczególnego rodzaju: o jej pozycji nie decyduje ani dorobek, ani kompetencje, lecz przede wszystkim dostęp do władzy. Duża część jej przedstawicieli żyje blaskiem odbitym od innych części elity, a jako całość bywa grupą mało pożyteczną, a czasem wręcz szkodliwą dla społeczeństwa.

Od ponad trzydziestu lat część publicystyki nazywa ją „klasą pasożytniczą”. Określenie tak długo krąży w debacie, że przeszło również do języka potocznego. Nie jest to jednak ani analiza, ani dowód. To diagnoza gniewu — czasem uzasadnionego, zawsze wymagającego konkretów.

Krytyka elit władzy ma sens wtedy, gdy dotyczy konkretnych mechanizmów: partyjnego obsadzania stanowisk, braku odpowiedzialności za błędne decyzje, klientelizmu, korupcji, marnotrawienia publicznych pieniędzy, niekompetencji lub pogardy dla obywateli. Inaczej „klasa pasożytnicza” staje się tylko kolejnym workiem bez dna.

Podobne zastrzeżenie można mieć do części elit zawodowych: prawników, uczonych i lekarzy. W części tych zawodów konkurencja jest ograniczana przez regulacje korporacyjne i zasady dostępu do zawodu. Nie oznacza to jednak, że wszyscy przedstawiciele tych grup są beneficjentami takiego systemu. Żadnej z tych dziedzin nie dotknęły skutki transformacji ustrojowej tak, jak po 1989 r. dotknęły przedsiębiorców, robotników i menedżerów — słowem, ludzi, którzy musieli radzić sobie na wysoce konkurencyjnym rynku krajowym i międzynarodowym, bez taryfy ulgowej.

To jednak także nie zwalnia z ostrożności. Prawnicy, lekarze, uczeni i inżynierowie nie są jednolitą masą. W każdej z tych grup są ludzie wybitni, przeciętni i niekompetentni; są zamknięte korporacje, lecz są też codzienna praca, ryzyko i odpowiedzialność. Zbiorowa etykieta nie zastąpi oceny konkretnego człowieka, instytucji ani decyzji.

Kategorie się mieszają. Minister może być prawnikiem i medialną gwiazdą. Przedsiębiorca może finansować politykę. Profesor może nie mieć żadnej władzy poza własnym pokojem na uczelni. Sam zawód, tytuł i telewizyjna twarz nie czynią jeszcze elity. Decyduje realny wpływ.

Worek bez dna

W politycznym użyciu „elity” są workiem. Wpada tam sędzia z niekorzystnym wyrokiem, dziennikarz z pytaniem, lekarz z niewygodną diagnozą.

Mechanizm jest prosty do zaobserwowania: gdy dziennikarz publikuje tekst o nieprawidłowościach w spółce Skarbu Państwa, odpowiedzią rzadko bywa odniesienie się do faktów z tekstu. Częściej pojawia się zdanie o „nagonce elit medialnych” — i sprawa milknie, zanim ktokolwiek sprawdził liczby. Tekst zostaje niearchiwizowany, redakcja piętnowana, a pytanie o to, kto i za czyje pieniądze podjął decyzję, pojawia się sporadycznie. To słowo nie tyle opisuje przeciwnika, ile zwalnia z obowiązku jego opisania.

Łże-elity: wróg z tektury

Populistyczna retoryka potrzebuje prostego świata. Po jednej stronie „zwykli ludzie”. Po drugiej — „elity”. Lud ma być uczciwy i jednolity. Elity — zepsute i jednolicie złe. To nie jest opis społeczeństwa. To jest scenografia konfliktu.

W tej scenografii politykę przedstawia się jako walkę „czystego ludu” z „zepsutą elitą”. Do tej elity można dopisać polityków, media, sądy, ekspertów, uczelnie, organizacje społeczne, a czasem nawet zagranicę. Wspólny mianownik jest prosty: każdy, kto nie mówi głosem przywódcy, może zostać uznany za część układu.

Tu pojawia się formuła „łże-elity”. Zgrabna jak młotek. Nie pyta, co człowiek zrobił, co napisał, jak głosował, jakie ma kompetencje ani czy ma rację. Z góry orzeka, że jego pozycja jest fałszywa, a jego głos podejrzany.

„Łże-elita” nie musi się skompromitować. Wystarczy, że nie należy do właściwego obozu. Profesor staje się podejrzany, bo jest profesorem. Sędzia — bo wydał wyrok nie po myśli władzy. Dziennikarz — bo zadał pytanie. Lekarz — bo diagnoza nie pasuje do politycznego komunikatu.

To retoryka wygodna. Nie trzeba polemizować z argumentem. Wystarczy unieważnić człowieka. A człowiek raz wpisany do „łże-elity” może mówić rzeczy rozsądne równie bezskutecznie jak radio bez prądu.

Stąd już blisko do budowy wroga wewnętrznego. Obok migrantów, osób nieheteronormatywnych czy opozycji politycznej pojawia się „elita gardząca ludźmi”. Jej domniemana pogarda staje się dowodem winy, choć dowodu zwykle nikt nie przedstawia. Wystarczą ton, wykształcenie, obce słowo, okulary, adres lub nieuczestniczenie w zbiorowym entuzjazmie.

Władza nie musi wtedy odpowiadać na pytania o szkołę, szpital, ceny czy urząd. Wystarczy, że wskaże winnych. Zarządzanie urazą jest łatwiejsze niż zarządzanie państwem.

Elity własne: nominacja zamiast współpracy

Drugi akt jest jeszcze ciekawszy. Władza, która obiecuje rozprawę z elitami, bardzo szybko tworzy elity własne. Nie niszczy elitarności. Zmienia jej skład i kryteria naboru.

Na miejsce pytania: „czy umie?” wchodzi pytanie: „czy jest nasz?”. Na miejsce dorobku, niezależności i kompetencji — zaufanie polityczne, przydatność propagandowa oraz gotowość do wykonywania poleceń.

Tak powstają elity własne: partyjne, klientelistyczne, nominowane — obejmujące kierownictwa mediów, spółek państwowych, instytucji kultury i urzędów. Schemat bywa powtarzalny niezależnie od tego, kto akurat rządzi: stanowisko prezesa czy dyrektora trafia nie do osoby z najdłuższym stażem branżowym, tylko do kogoś z odpowiednim zapleczem partyjnym — często bez doświadczenia w danej dziedzinie, za to z gwarancją, że nie zada niewygodnych pytań centrali. Kompetencja nie znika z CV, po prostu przestaje być kryterium rozstrzygającym.

Nie jest to likwidacja elit. To ich wymiana. Elita oparta na kompetencjach bywa trudna, bo zadaje pytania. Elita oparta na posłuszeństwie jest wygodna, bo zna odpowiedź przed pytaniem.

Antyelita jest więc elitą bez wstydu z powodu własnej elitarności. Mówi o „zwykłych ludziach”, lecz korzysta z gabinetów, nominacji, służbowych samochodów i publicznych pieniędzy. Potępia „układ”, po czym buduje własny — tylko z lepszą reklamą.

Elita zbudowana na posłuszeństwie nie przestaje być elitą. Przestaje natomiast być potrzebna państwu.

Nie każda niechęć jest wymysłem

Wygodnie byłoby uznać, że cała nieufność wobec elit jest propagandowym oszustwem. Nie jest. Wielu ludzi doświadcza urzędniczej arogancji, języka sklejonego z pustych formuł, decyzji podejmowanych daleko od codziennych spraw i tonu człowieka, który cudze życie poprawia z konferencyjnej mównicy.

Krytyka elit jest potrzebna, gdy dotyczy konkretów: konfliktów interesów, nepotyzmu, korupcji, niekompetencji, zamkniętych układów i pogardy. Ale krytyka wymaga adresu. Bez adresu staje się polowaniem.

Zamiast zaklęcia

Po usłyszeniu słowa „elity” warto zapytać:

Kto konkretnie?

Do której elity należy?

Jaką ma władzę albo wpływ?

Co zrobił?

Kto na tym zyskał?

Kto zapłacił rachunek?

Jeśli nie ma odpowiedzi, nie ma analizy. Jest zaklęcie.

„Elity” bywają użyteczną kategorią. Stają się niebezpieczne, gdy zastępują konkrety. Gdy nie ma nazwisk, dokumentów i argumentów, zostaje cień. A cień, jak wiadomo, nie ponosi odpowiedzialności.

Anastazy Jastrzębski

ur. 1945, polonista, dziennikarz, emerytowany redaktor różnych wydawnictw i krytyk literacki

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. Zbigniew 13.09.2026 Odpowiedz

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo