11.09.2026
Po artykule „Wygrać Polskę 2027” https://studioopinii.pl/archiwa/250823 czytelnicy zamieścili wiele ważnych uwag i propozycji. W tekście „Po Magdalence – państwo dla wiedzy i innowacji” https://studioopinii.pl/archiwa/250935 odniosłem się do koncepcji rozwoju Polski profesora Krzysztofa J. Konsztowicza. Suma tych głosów, własnych przemyśleń i wniosków stała się punktem wyjścia do obecnego materiału. Dotyczy nie tylko wyborów 2027 roku – jest propozycją połączenia wyborów 2027 roku z dłuższą perspektywą budowy sprawnego, bezpiecznego i nowoczesnego państwa.
W 2027 roku nie chodzi wyłącznie aby wygrać z prawicą. Trzeba wygrać Polskę: projektem państwa, które wie, dokąd idzie, co chce zbudować i jaką przyszłość oferuje obywatelom.
KO prowadzi w sondażach, lecz nie ma pewności utworzenia większości zdolnej rządzić. W części badań PSL i Polska 2050 pozostają pod progiem, a suma głosów kilku ugrupowań prawicowych może dać im przewagę mandatową.
To oznacza, że obecny obóz rządzący nie może ograniczyć się do pytania: jedna lista czy dwa bloki? To pytanie ważne, ale wtórne. Najpierw trzeba odpowiedzieć: jaki mandat ma uzyskać demokratyczna większość?
Lista nie zastąpi idei
Sondaż nie jest prognozą wyborów. Pokazuje jednak problem zasadniczy: KO może wygrać jako partia, a demokratyczny obóz może przegrać jako potencjalna większość rządowa. O wyniku decydują nie tylko procenty lidera, lecz także progi, frekwencja, rozproszenie głosów, sposób przeliczania mandatów i zdolność tworzenia koalicji.
Ten mechanizm był głównym tematem mojego poprzedniego tekstu i dyskusji pod nim. Czytelnicy wskazywali, że obóz demokratyczny nie może traktować PSL, Lewicy ani środowisk Polski 2050 jak dodatków do KO. Bez ich wyborców, struktur, tematów i poczucia podmiotowości większości może zabraknąć.
Ale wyborcy nie pójdą do urn po to, aby ratować układ mandatów. Sama technika wyborcza ich nie zmobilizuje. Lista może pomóc zdobyć mandat. Nie zastąpi jednak idei, dla której mandat ma zostać udzielony.
Wielka strategia państwa polskiego — cele na pokolenia
Taką ideą powinna być wielka strategia państwa polskiego. Nie program jednej partii, nie dokument resortowy i nie katalog obietnic na cztery lata. Projekt na kilkanaście, a pewnie i kilkadziesiąt lat, wspólny dla kolejnych rządów, samorządów, szkół, uczelni, nauki, przedsiębiorców i organizacji społecznych.
Rządy mogą się zmieniać. Partie mogą spierać się o środki i tempo reform. Kierunek powinien pozostać wspólny: Polska ma budować swoją pozycję przez wiedzę, innowacyjność, wysoką produktywność, nowoczesne technologie, silne instytucje i bezpieczeństwo.
Od 2027 roku trzeba rozpocząć trwałą zmianę modelu rozwoju. Polska nie może przez kolejne dekady konkurować głównie tanią pracą, prostym montażem i importem cudzych rozwiązań. Musi coraz więcej tworzyć: własne produkty, technologie, patenty, firmy zdolne konkurować na rynkach międzynarodowych oraz administrację sprawną dzięki technologii i kompetencjom.
To nie jest projekt dla ekspertów i konferencji. To projekt, który ma się przełożyć na coś, co czuje na co dzień pielęgniarka na dyżurze, mechanik szukający pracownika ze szkoły branżowej i emeryt czekający na wizytę u specjalisty. Wielka strategia nie może być dokumentem ogłoszonym na konferencji prasowej, a potem odłożonym do szuflady. Musi mieć cele, terminy, źródła finansowania, instytucje odpowiedzialne za wykonanie i coroczne publiczne rozliczenie.
Polska współtworzy Europę
Polska sama nie osiągnie skali potrzebnej do długotrwałej konkurencji technologicznej, gospodarczej i militarnej z USA oraz Chinami. Musi współtworzyć bardziej zintegrowaną Europę: zdolną finansować badania, rozwijać przemysł, budować bezpieczeństwo, chronić wspólny rynek i konkurować w technologiach przyszłości.
Silniejsza Europa to Europa otwarta. Otwarta na handel, inwestycje, naukę, wymianę idei i ludzi. Musi chronić infrastrukturę krytyczną, dane, technologie strategiczne, bezpieczeństwo energetyczne i kluczowe gałęzie przemysłu.
Polska należy do państw współtworzących tę Europę, a nie tylko reagujących na decyzje podjęte gdzie indziej. Wymaga to wzmocnienia obecności w Unii Europejskiej, trwałego zakotwiczenia w NATO, współpracy regionalnej i własnych projektów w energetyce, obronności, transporcie, cyfryzacji, sztucznej inteligencji, nauce i przemyśle.
To jest współczesna suwerenność. Nie oznacza samotności, konfliktu z sojusznikami ani odrzucania współpracy. Oznacza zdolność ochrony własnych interesów dzięki kompetencjom, nowoczesnej gospodarce i silnym sojuszom — a w praktyce: stabilniejsze ceny energii, bezpieczniejsze granice i miejsca pracy, których nie da się przenieść za wschodnią granicę.
Polska innowacyjna — rozwój oparty na wiedzy
Punktem wyjścia musi być edukacja — od przedszkola po uczelnię. Dziecko powinno uczyć się języka, rozumienia tekstu, myślenia matematycznego, ciekawości świata, współpracy, samodzielności i odpowiedzialnego korzystania z technologii.
Szkoła nie może ograniczać się do odtwarzania wiadomości. Ma uczyć zadawania pytań, sprawdzania źródeł, rozwiązywania problemów i pracy zespołowej. Szkoła średnia musi lepiej przygotowywać zarówno do studiów, jak i do nowoczesnego rynku pracy. Potrzebuje dobrego kształcenia ogólnego, silnych szkół technicznych i branżowych, współpracy z lokalnymi pracodawcami oraz rzeczywistego doradztwa zawodowego.
Uczelnie oraz instytuty naukowe potrzebują stabilnego finansowania, autonomii, przejrzystych zasad awansu i silniejszych związków z gospodarką. Państwo ma wspierać badania podstawowe, ale także szybkie wdrażanie ich wyników w energetyce, medycynie, przemyśle, rolnictwie, obronności i usługach.
Sztuczna inteligencja musi stać się powszechnym narzędziem pracy i uczenia się. Nie może być ani gadżetem dla nielicznych, ani wyłącznie metodą obniżania kosztów pracy. Ma podnosić kompetencje uczniów, nauczycieli, lekarzy, urzędników i przedsiębiorców, poprawiać usługi publiczne oraz zwiększać produktywność firm — czyli w praktyce skrócić czas oczekiwania na diagnozę, przyspieszyć sprawę w urzędzie i odciążyć nauczyciela od papierkowej roboty.
Wymaga to infrastruktury cyfrowej, podnoszenia kompetencji nauczycieli, urzędników i pracowników, ochrony danych oraz jasnej odpowiedzialności za decyzje wspierane przez algorytmy.
Od 2027 roku każda ważna ustawa gospodarcza, edukacyjna, naukowa i administracyjna powinna przechodzić prosty test: czy zwiększa zdolność Polski do tworzenia wiedzy, innowacji i wartości dodanej, czy utrwala zależność od taniej pracy, importu technologii i doraźnych transferów?
Procedura testowania powinna dotyczyć także istniejącego ustawodawstwa, poddawanego stopniowo audytowi według kryterium strategicznego celu.
Pięć zobowiązań
To wszystko pozostanie pustym słowem, jeśli nie przełoży się na to, co obywatel odczuje w najbliższych czterech latach. Dlatego wielka strategia — obok celów pokoleniowych — musi mieć twarz najbliższej kadencji. Kontrakt na lata 2027–2031 powinien zawierać pięć zobowiązań, które są konkretną, mierzalną częścią tej samej strategii, nie osobną listą obietnic wyborczych.
Zdrowie i mieszkania. Krótsze kolejki, szybsza diagnostyka, lepszy dostęp do lekarza i większa podaż mieszkań dla pracujących, młodych oraz seniorów.
Energia i nowoczesna gospodarka. Termomodernizacja, modernizacja sieci, lokalne źródła energii, stabilne koszty dla gospodarstw domowych i firm oraz przemysł tworzący technologie i dobrze płatną pracę.
Polska lokalna. Kolej, autobusy, szkoły, przychodnie, szybki internet, silne samorządy, inwestycje i perspektywy rozwoju także poza metropoliami.
Sprawne państwo. Proste procedury, usługi cyfrowe, profesjonalna administracja, przejrzyste wydawanie pieniędzy publicznych i urząd po stronie obywatela.
Praworządność i bezpieczeństwo. Niezależne sądy, profesjonalna prokuratura, odpowiedzialność za nadużycia, silna pozycja w UE i NATO, obrona cywilna oraz rozsądna polityka wobec Ukrainy i migracji.
Każdy punkt musi mieć termin, źródło finansowania, osobę odpowiedzialną i miernik wykonania. Bez tego pozostanie zbiorem haseł. Ale nawet spełniając te warunki, żaden z pięciu punktów nie ma sensu w oderwaniu od reszty: krótsza kolejka do lekarza i tańsza energia mają służyć temu samemu celowi, co inwestycja w naukę i szkołę — silniejszej, zamożniejszej i bardziej samodzielnej Polsce. Pięć zobowiązań to nie zamiennik wielkiej strategii. To dowód, że ona działa już dziś, a nie dopiero za pokolenie.
Odbić prawicy jej język
Prawica dobrze wykorzystuje lęk, gniew i poczucie zagrożenia. Wskazuje wrogów: Unię Europejską, migrantów, Ukrainę, elity, osoby LGBT+, „ideologię” albo Donalda Tuska. Ułatwia to budowanie prostego przekazu, lecz nie buduje państwa zdolnego sprostać przyszłości.
Obóz demokratyczny nie powinien odpowiadać jedynie polemiką i demaskowaniem fałszu. Musi przenieść spór na własny teren: siłę Polski, bezpieczeństwo, kompetencje, technologię, dobrą pracę i sprawne instytucje.
Najprostszy przekaz tej kampanii mógłby brzmieć:
Oni wskazują wrogów. My budujemy siłę Polski.
Wielka strategia państwa polskiego odbiera prawicy monopol na słowa: „Polska”, „bezpieczeństwo”, „suwerenność” i „interes narodowy”. Pokazuje, że patriotyzm nie polega na krzyku, lecz na tworzeniu kraju, w którym obywatel ma dobrą szkołę, lekarza, pracę, mieszkanie, bezpieczną energię, sprawny urząd i perspektywę dla dzieci.
Jeden blok lub dwa
Dopiero po uzgodnieniu wielkiej strategii państwa polskiego należy zdecydować, czy jej mandat ma zdobywać jeden blok, czy dwa współpracujące bloki.
Jeden blok ma sens, gdy realne staje się ryzyko, że PSL, Lewica lub środowiska Polski 2050 nie przekroczą progów. Warunkiem jest autentyczne partnerstwo: wspólny program, uczciwy podział miejsc, wspólny sztab i przyszły rząd, w którym każdy partner ma realny udział.
Dwa bloki mają sens, gdy centrum i lewica posiadają stabilne poparcie powyżej progów. Wówczas winny przed wyborami podpisać publiczną umowę o wspólnym rządzie oraz powstrzymać wzajemną wojnę w kampanii.
PSL nie jest dodatkiem do KO. Wnosi Polskę lokalną, samorządność, rolnictwo, transport i bezpieczeństwo ekonomiczne mniejszych miejscowości. Lewica nie jest dodatkiem do centrum. Wnosi mieszkania, zdrowie, pracę, usługi publiczne i prawa kobiet. Środowiska Polski 2050 powinny wnosić projekt uczciwych reguł, modernizacji oraz sprawnego państwa.
Radykalne Centrum Marcina Matczaka powinno raczej budować obywatelskie zaplecze tej strategii niż tworzyć nową małą listę. Może rozwijać kulturę konstytucyjną, standardy debaty, lokalną aktywność i kontrolę demokratycznej władzy. To środowisko obywatelskie powinno także zostać zaproszone do prac nad wielką strategią państwa polskiego od początku projektu.
Mandat na przyszłość
Przed 2027 rokiem rząd musi pokazać widoczne rezultaty, uzgodnić strategiczne minimum i przedstawić wiarygodny zespół. Musi także mówić jednym, konkretnym językiem: co zrobił, czego nie zrobił, co zablokowało prezydenckie weto, co można wykonać mimo niego i jaki mandat jest potrzebny po wyborach.
Wybory rozstrzygną się długo przed dniem głosowania: w przychodni, w szkole, na dworcu, w autobusie, w urzędzie, na rynku mieszkaniowym i na rachunku za energię.
Jeden blok albo dwa bloki nie są celem. Są narzędziem.
Celem jest mandat do realizacji wielkiej strategii państwa polskiego: Polski bezpiecznej, europejskiej, praworządnej, opartej na wiedzy i zdolnej tworzyć własną przyszłość — widocznej nie tylko w danych za dekadę, ale już dziś, w kolejce do lekarza, na rachunku za prąd i w klasie, do której chodzi czyjeś dziecko.
Sławek

Mam z tym tekstem pewien kłopot, bo większość jego zdań jest prawdziwa, a mimo to po przeczytaniu w dziewięć minut wiem o strategii Polski mniej więcej tyle samo, co przed lekturą.
Oczywiście, że Polska powinna mieć dobrą edukację, sprawne państwo, innowacyjną gospodarkę, silne instytucje, bezpieczną energię, nowoczesną armię, krótsze kolejki do lekarza, więcej mieszkań, lepszy transport i mocną pozycję w UE oraz NATO. Autor dorzuca jeszcze sztuczną inteligencję, produktywność, decentralizację i konkurencyjność. Wszystko bardzo słuszne. Ja dodałbym pogodę umiarkowanie słoneczną, tanie wino i żeby dzieci dobrze się uczyły.
Problem polega na tym, że strategia zaczyna się nie wtedy, kiedy wypisujemy rzeczy pożądane, lecz wtedy, kiedy dokonujemy wyborów między rzeczami pożądanymi.
Jeżeli mam ograniczone pieniądze, co robię najpierw: zbrojenia, zdrowie, mieszkania, energetykę czy naukę? Jeśli rozwój energetyki wymaga inwestycji podnoszących chwilowo ceny, to co jest ważniejsze: „stabilne koszty energii” czy transformacja? Jeśli chcemy silniejszego finansowania uczelni, większych wydatków obronnych, lepszej ochrony zdrowia i wielkiego programu mieszkaniowego — kto za to zapłaci? Wyższe podatki? Dług? Cięcia gdzie indziej? Autor nie mówi.
A właśnie na takich pytaniach kończy się esej, a zaczyna polityka.
Zamiast tego dostajemy pięć „zobowiązań”: zdrowie i mieszkania, energia i gospodarka, Polska lokalna, sprawne państwo, praworządność i bezpieczeństwo. Czyli mniej więcej program wszystkich demokratycznych partii europejskich od trzydziestu lat. Nikt dotychczas nie szedł do wyborów z hasłem: „wydłużymy kolejki do lekarzy, popsujemy kolej, osłabimy gospodarkę i zbudujemy niesprawne urzędy”.
Najzabawniejsze jest więc nazwanie tego „wielką strategią państwa polskiego”. Wielka strategia powinna wskazywać hierarchię celów, zasoby, ograniczenia, ryzyka, konflikty interesów i sposoby reagowania, gdy coś pójdzie źle. Tutaj mamy raczej katalog rzeczy, które byłyby przyjemne, gdyby udało się je wszystkie zrobić jednocześnie.
Autor sam zresztą pisze, że każdy punkt powinien mieć termin, źródło finansowania, osobę odpowiedzialną i miernik wykonania. Świetnie. Szkoda tylko, że jego własna „wielka strategia” nie ma właściwie żadnej z tych rzeczy.
Jeszcze większy problem widzę w pomieszaniu dwóch zupełnie różnych zagadnień. Jedno to strategia wyborcza demokratów na 2027 rok. Drugie to wieloletnia strategia rozwoju państwa. Autor skleja jedno z drugim, jakby wyborca miał pójść do urn poruszony wizją produktywności, autonomii uczelni, audytu ustaw według kryterium wartości dodanej i infrastruktury AI.
Nie pójdzie.
Wyborca pójdzie albo nie pójdzie, bo będzie uważał, że żyje mu się lepiej lub gorzej, że rząd jest sprawny lub nie, że boi się przeciwnika albo ma nadzieję na zmianę. I tu wcześniejszy tekst autora był, paradoksalnie, znacznie trafniejszy: pisał, że wybory rozstrzygną się w przychodni, mieszkaniu, na dworcu, rachunku za energię i w urzędzie. To jest obserwacja prosta, ale sensowna.
Teraz została obudowana taką ilością „wiedzy, innowacji, kompetencji, technologii, wartości dodanej, strategicznych celów i współtworzenia Europy”, że zaczyna przypominać prezentację firmy konsultingowej, której slajd numer 48 głosi:
„Musimy budować przyszłość poprzez przyszłościowe rozwiązania przyszłości”.
Nie twierdzę, że autor pisze rzeczy fałszywe. Właśnie na tym polega problem. Pisze rzeczy tak bezpiecznie prawdziwe, że prawie niemożliwe do zakwestionowania.
„Szkoła powinna uczyć myślenia”. Tak. „Państwo powinno być sprawne”. Owszem. „Polska powinna być innowacyjna”. Znakomicie. „Rządy mogą się zmieniać, ale strategiczny kierunek powinien pozostać”. Naturalnie.
Po którymś akapicie człowiek zaczyna się bać, że przeczyta również, iż most powinien łączyć dwa brzegi, a szpital leczyć chorych.
Nie przekonuje mnie również pomysł, że najpierw demokratyczne partie uzgodnią jakąś „wielką strategię państwa”, a dopiero później zdecydują, czy startować w jednym czy dwóch blokach. Partie nie różnią się dlatego, że jeszcze nie przeczytały odpowiednio dobrego dokumentu strategicznego. Różnią się interesami wyborców, podatkami, redystrybucją, prawami pracowniczymi, polityką mieszkaniową, stosunkiem do biznesu, Kościoła, migracji czy usług publicznych. Tego nie da się zagadać słowami o „strategicznym minimum”.
Demokracja jest właśnie po to, żebyśmy spierali się o środki i cele, a nie po to, żeby wszystkie rozsądne partie podpisały jeden narodowy plan rozwoju na dwadzieścia lat. Takie plany świetnie wyglądają w PowerPoincie. Gorzej znoszą wybory, recesję, wojnę, kryzys energetyczny i fakt, że ludzie mają różne interesy.
Dlatego z całego tego eseju zostawiłbym trzy myśli. Po pierwsze, demokratyczny obóz nie wygra 2027 roku wyłącznie straszeniem PiS. Po drugie, musi przed wyborami pokazać kilka widocznych rezultatów rządzenia. Po trzecie, musi uważać, żeby głosy partnerów KO nie przepadły pod progami. Reszta jest głównie rozbudowanym sposobem powiedzenia, że Polska powinna być bogata, dobrze zarządzana, bezpieczna i nowoczesna.
Zgadzam się. Chciałbym tylko wiedzieć, jak, bo strateg nie jest człowiekiem, który mówi, dokąd dobrze byłoby dojść. Strateg zaczyna być interesujący dopiero wtedy, kiedy potrafi odpowiedzieć, którą drogą pójdziemy, z czego zrezygnujemy, ile to będzie kosztować i co zrobimy, jeśli po drodze most okaże się zerwany.
Na razie otrzymaliśmy mapę, na której zaznaczono wyłącznie miejsce docelowe: „TU MA BYĆ DOBRZE”.
I trudno się z tym nie zgodzić.
Komentarz Bielejewskiego nie jest polemiką z artykułem o wielkiej strategii Polski. Jest polemiką z tekstem, który sam sobie wytworzył: uproszczonym, ogołoconym z sensu, a następnie starannie wystawionym na szyderstwo. Najpierw robi z projektu strategicznego listę pobożnych życzeń. Potem żąda od niej budżetu, harmonogramu, podatków i planu awaryjnego. W końcu ogłasza zwycięstwo nad własnym chochołem.
To nie jest spór merytoryczny. To demonstracja złej woli.
Między sloganem a planem wykonawczym istnieje strategia. Strategia mówi, dokąd i po co idzie państwo. Program rządu mówi, co zrobi w kadencji. Budżet mówi, ile i z czego zapłaci. Autor komentarza udaje, że tej różnicy nie dostrzega. Trudno uwierzyć, że jej nie zna.
Bez strategii można wygrać wybory: strachem, dopłatą, gniewem, zręcznym wskazaniem wroga. Nie można jednak wygrać Polski. Państwo bez wspólnego kierunku pozostaje łupem kadencji, sondaży, resortów i ich drobnych księstw. Pytanie: zbrojenia czy zdrowie, energia czy mieszkania, nauka czy transport — jest zasadne. Ale wyciąganie stąd wniosku, że strategia jest zbędna, przypomina odkrycie, iż człowiek nie może równocześnie zjeść obiadu, wyremontować dachu i napisać doktoratu. Właśnie dlatego potrzebuje planu, kolejności i rozumu.
Najbardziej żałosny jest zastępnik argumentu: „tanie wino”, „pogoda”, „most”, „slajd 48”, „TU MA BYĆ DOBRZE”. Dowcip może być przyprawą. Tu robi jako danie główne. Tak da się wykpić wszystko: armię, szpital, szkołę, energetykę. Po takim kabarecie pozostaje tylko pytanie, którego komentator nie podejmuje: czy Polska ma być nadal montownią cudzych technologii i eksporterem własnych ludzi, czy ma budować własną siłę gospodarczą, naukową, energetyczną i obronną?
Tekst wyraźnie mówił, że cele muszą później dostać terminy, finansowanie, odpowiedzialnych i mierniki. Komentator „demaskuje” więc jako wadę to, co autor sam wskazał jako konieczny następny etap pracy. To nie krytyka. To czytanie na opak: najpierw pominąć zdanie, potem uczynić z jego rzekomego braku główny zarzut.
Nie chodzi tu o poprawienie strategii. Chodzi o jej osłabienie, a najlepiej unieważnienie. Stąd polemika nie z tezami artykułu, lecz z ich karykaturą wykonaną przez komentatora. Strategia bez wykonania jest nieukończona. Wykonanie bez strategii jest ślepe. Autor komentarza, z właściwą sobie swadą, broni ślepoty.
Właśnie o takie złośliwe, pozornie merytoryczne, a faktycznie pisane ze szczególną złą wolą komentarze poważni autorzy „Studia Opinii” mają do Bielejewskiego uzasadnione pretensje. Nie o krytycyzm — krytycyzm jest potrzebny. O metodę: sparodiować cudzą myśl, nie odczytać jej uczciwie, a następnie wystąpić jako jej bezlitosny recenzent. Podobnie było z „występem” pod tekstem prof. Konsztowicza o Magdalence.
Najgorsze, że autor najwyraźniej nadal niczego nie przyjmuje do siebie. Pozostaje pytanie, czy nie chce rozumieć, czy naprawdę nie rozumie, że działa na własną szkodę. W obu przypadkach szkoda nie dotyczy tylko jednego komentarza.
Panie Anastazy, dziękuję za tę rozbudowaną psychoanalizę. Szkoda tylko, że zamiast odpowiedzieć na moje argumenty, postanowił Pan ustalić moje intencje, charakter, poziom rozumienia tekstu i jeszcze historię wcześniejszych przewinień. To rzeczywiście wygodniejsze niż polemika.
Najzabawniejsze jest jednak to, że zarzuca mi Pan budowanie chochoła, po czym sam natychmiast buduje własnego. Nigdzie nie napisałem, że strategia jest zbędna. Przeciwnie: cały mój komentarz dotyczy tego, co odróżnia strategię od katalogu słusznych życzeń.
Strategia oczywiście nie jest budżetem ani harmonogramem robót. Nie musi zawierać numeru faktury za każdy kilometr torów. Powinna jednak określać priorytety, kolejność, ograniczenia, konflikty celów i sposób rozdziału ograniczonych zasobów. Inaczej nie jest strategią, tylko deklaracją kierunku.
„Chcemy mieć dobrą edukację, silną armię, sprawne państwo, tanią energię, innowacyjną gospodarkę i dobre szpitale” mówi nam bowiem, czego chcemy, lecz nadal nie mówi, co wybieramy, gdy nie możemy mieć wszystkiego naraz.
I właśnie dlatego pytanie „zbrojenia czy zdrowie, energia czy mieszkania?” nie jest argumentem przeciw strategii, jak Pan mi przypisuje. Jest dokładnie odwrotnie: to jest pytanie strategiczne. Strategia zaczyna się w chwili, kiedy trzeba zdecydować, co robimy najpierw, co później, czego nie robimy wcale i jaki koszt jesteśmy gotowi ponieść.
Pisze Pan, że tekst autora wyraźnie zaznacza, iż później trzeba dodać terminy, finansowanie, odpowiedzialność i mierniki. Owszem. I właśnie to zauważyłem. Jeżeli jednak najważniejsze elementy nadające strategii operacyjny sens mają pojawić się dopiero „później”, to dziś mamy szkic założeń do strategii, a nie „wielką strategię państwa polskiego”. Nie jest to zniewaga. To zwykłe rozróżnienie pojęć.
Można oczywiście nazwać strategią samo wskazanie kierunku. Tylko wtedy strategią staje się zdanie: Polska ma być bogata, bezpieczna, nowoczesna i dobrze zarządzana. Trudno się z nim nie zgodzić. Trudniej natomiast na jego podstawie podjąć choć jedną decyzję.
Co do „taniego wina”, mostu i slajdu 48 — ma Pan rację, to są żarty. Felietonowe. Ich zadaniem nie jest zastępowanie argumentu, lecz pokazanie, że część tez jest tak ogólnie słuszna, iż przestaje cokolwiek rozstrzygać. Dowcip nie jest tu daniem głównym. Jest pieprzem. Jeśli komuś przeszkadza pieprz, można go odsunąć i nadal zostaje ten sam problem: gdzie są wybory strategiczne?
Natomiast pytanie, czy Polska ma być „montownią cudzych technologii”, jest efektowne, ale równie łatwe. Oczywiście, że nie powinna. Podobnie jak nie powinna mieć złych szkół, słabej armii ani niewydolnych szpitali. Nadal pozostaje pytanie: jak to osiągnąć, w jakiej kolejności i kosztem czego?
Na koniec drobiazg osobisty. Pisze Pan o „złej woli”, „żałosności”, „szkodzeniu sobie” i o tym, czego rzekomo „nie chcę albo nie potrafię zrozumieć”. To już nie jest obrona strategii państwa. To raczej strategia dyskusyjna: kiedy trudno odpowiedzieć na argument, można zająć się argumentującym.
Można.
Tylko wtedy proszę nie zarzucać innym, że zamiast polemizować z tekstem, budują sobie wygodnego przeciwnika.
Bo wygląda na to, że w tej jednej dziedzinie mamy już nie tylko strategię, ale nawet wdrożenie, harmonogram i mierzalny rezultat.
Panie Bielejewski, oba pańskie wpisy robią dokładnie to samo: próbują osłabić, a najlepiej unieważnić główne przesłanie artykułu przez przypisanie mu czegoś, czego autor nie napisał.
„Wielka strategia państwa polskiego” nie została przedstawiona jako gotowy dokument rządowy ani jako prywatny pomysł Autora do natychmiastowego wdrożenia. Jest propozycją zaproszenia środowisk społecznych, naukowych, zawodowych i politycznych do wspólnej pracy nad takim dokumentem. Autor wskazał cele strategiczne i kierunek. Nie twierdzi, że podał już budżet, harmonogram, hierarchię wydatków oraz plan B na każdy kryzys.
Pan uparcie udaje, że nie dostrzega tej różnicy. Żąda Pan od zaproszenia do budowy strategii gotowej strategii operacyjnej. A potem, nie znajdując jej tam, gdzie jej być nie miało, ogłasza Pan pustkę. To nie jest krytycyzm. To publicystyczna sztuczka: zmienić sens tekstu, aby łatwiej go ośmieszyć.
Pytania o koszty, kolejność i ryzyko są konieczne. Ale należą do dalszej pracy nad strategią, nie są argumentem przeciw rozpoczęciu tej pracy. Autor zaprosił do rozmowy o kierunku Polski. Pan odpowiada, że rozmowa jest bez sensu, dopóki nie ma jej końcowego rezultatu. Tak właśnie unieważnia się debatę, zanim zdąży się rozpocząć.
To jest bardzo dobry program dla dużej partii mającej szanse na wygranie wyborów. Tekst Slawka zamieszczony na stronie Studioopinii.pl dotrze do małej grupy jej czytelników..
Zgadzając się co do celów zastanawiam się jak można wyjść na forum publiczne i co można zrobić by stało się to częścią debaty. To jest kluczowy problem – jak mając dobry program zbudować wokół niego klimat mogący uczynić go tematem wiodącym w zbliżającej się kampanii wyborczej. Boję się, że będziemy świadkami powtórki tego co było a nawet będzie jeszcze gorzej bo do kampanii włączą się opłacone przez różne siły, w tym rosyjskie, różne podmioty działające na rynku idei.
Ale na forum Studiaopinii to bardzo dobry zaczyn do dyskusji
Panie Zbigniewie, dziękuję. Trafia Pan w sedno: program nie staje się częścią debaty publicznej tylko dlatego, że został napisany. Potrzebuje języka zrozumiałego dla ludzi, środowisk zdolnych go podjąć i — przede wszystkim — odpowiedniego momentu.
„Momentum”. Krzysztof Łoziński 18 listopada 2015 roku opublikował w „Studiu Opinii” koncepcję powołania Komitetu Obrony Demokracji, wzorowanego na KOR, portal był — podobnie jak dziś — niszowy. Garstka autorów i komentatorów docierała do niewielkiej grupy Czytelników. Momentum sprawiło, że KOD wypalił.
Nie oznacza to, że podobnie musi, ani nawet może, stać się dzisiaj. Obowiązkiem autorów „Studia Opinii” jest pisać i mówić o sprawach istotnych. Kwestia ich popularyzacji, zasięgu społecznego i siły oddziaływania na wyobraźnię ludzi oraz środowisk zależy od wielu czynników, w znacznej mierze od nas niezależnych. Jak mawiają Rosjanie: stremit’sia nado — trzeba próbować.
Pozwolę sobie przypomnieć postulat wyrażony pod poprzednim artykułem Autora:
„Powrót zaufania elektoratu, po klęsce praworządnych instytucji państwa w zeszłym roku, do warunek konieczny. Trzeba przywrócić choc jego poziom z „Jagodna”. Stać nas chyba na to.”
Sposób osiągnięcia tego celu powinien stać się tematem naszej dyskusji. Tu przywołam pomysł PIRSa z 2017 roku (studioopinii.pl/archiwa/180726), który korzystając z premii ordynacji d”Hondta przybliża wygraną i, co wydaje się marginalizowane, pozwala na poznanie demokratycznej oceny propozycji zgłaszanych przez ugrupowania. Tu, nie bez znaczenia dla podniesienia stopnia aktywności wyborców, może zaistnieć możliwość upodmiotowania głosującego. Bardzo to nie po myśli politykierów. A już zaproponowanie niepartyjnego rozmieszczania miejsc biorących zakrawa na herezję.
Ale czemu nie uczynoić tego tematem medialnej rozmowy?
To krótkoterminowe zagadnienie, ale bez wygranej, plany długoterminowe, których tak brakuje zwłaszcza po powstaniu K15P, staną się jeszcze bardziej nieobecne w debacie.
Dziękuję za przypomnienie tej kwestii. Ma Pan rację: bez odzyskania zaufania wyborców żadna strategia nie przełoży się na zwycięstwo w 2027 roku.
To zadanie Donalda Tuska i całej koalicji. Otrzymała ona w 2023 roku silny mandat, lecz nie dotrzymała wielu obietnic i w znacznej części elektoratu utraciła wiarygodność. Musi pokazać konkretne rezultaty, uczciwie rozliczyć własne zaniechania oraz wyjaśnić, co i dlaczego pozostaje niewykonane.
Dyskusja o formule list, miejscach biorących, kandydatach obywatelskich i rzeczywistym upodmiotowieniu wyborców jest potrzebna. Wielka strategia państwa polskiego jej nie zastępuje. Określa kierunek, ale zaufanie wyborców jest warunkiem uzyskania mandatu do jej realizacji.
Pytanie jest z gatunku zasadniczych: „jak mając dobry program, zbudować wokół niego (odpowiedni) klimat”, uczynić go tematem debaty publicznej? Podobna sytuacja jest wojsku, gdzie najważniejsi są podoficerowie i sierżanci; to oni odpowiadają za realizację „zadań bojowych”. A takie staną przed nami za rok; ba, już stają/stoją, ale kilkunastoosobowa grupa wojowników Tuska, którą powołał przed wakacjami to za mało; zwłaszcza, że pracuje w głuchej ciszy…
Komentarz Senexa, jak zwykle, w sedno. Dobry program i nawet sprawny sztab nie wystarczą, jeśli nie powstanie szerokie zaplecze ludzi zdolnych mówić o nim własnym językiem: w małych miejscowościach, zakładach pracy, szkołach, samorządach, stowarzyszeniach i internecie.
W polityce rolę „podoficerów” pełnią aktywni obywatele, samorządowcy, nauczyciele, przedsiębiorcy, działacze społeczni i lokalni liderzy opinii. To oni przekładają abstrakcyjny program na konkret: lekarza, autobus, szkołę, rachunek za energię, pracę i sprawny urząd.
Grupa powołana przez Tuska może być potrzebnym centrum koordynacji, lecz nie zastąpi takiej sieci. Jeśli pracuje w ciszy, nie buduje ani zaufania, ani społecznej mobilizacji. Wielka strategia państwa polskiego musi więc zostać przedstawiona publicznie, poddana sporowi i podjęta przez ludzi poza partyjnym aparatem.
Tekst Sławka łączy wybory 2027 roku z pytaniem o długą perspektywę państwa. Spór o jedną listę lub dwa bloki jest ważny, ale nie zastąpi odpowiedzi, po co demokratyczna większość ma otrzymać mandat. Wyborców nie mobilizuje technika wyborcza, lecz wiarygodna wizja państwa sprawnego, bezpiecznego i poprawiającego codzienne życie.
Zgoda co do celu nie tworzy jeszcze drogi do celu. Autor przekonująco opisuje kierunek modernizacji, słabiej jednak odpowiada, kto ma przeprowadzić reformy, jak zdobyć dla nich trwałe poparcie i jak uchronić je przed zmianą władzy. Największa przeszkoda nie jest techniczna, lecz polityczna. Reformy ograniczające partyjną kontrolę nad stanowiskami, środkami i instytucjami musi uchwalić system, którego wpływy mają ograniczyć. Ich koszty ponosi rządzący dziś, a korzyści przychodzą później.
Potrzebna jest koalicja modernizacyjna: porozumienie samorządów, nauki, przedsiębiorców, pracowników, organizacji społecznych i odpowiedzialnej polityki. Nie powinna reformować wszystkiego naraz. Na początek wystarczą: stabilne prawo, dobra edukacja, profesjonalna administracja i warunki dla nauki oraz innowacyjnej gospodarki.
Każdy cel powinien mieć termin, finansowanie, odpowiedzialną instytucję i jawny miernik wykonania. Potrzebne jest też trwałe porozumienie ponadpartyjne — nie rządy ekspertów, lecz publiczny standard ciągłości państwa, kontrolowany przez obywateli, media i parlament.
Najważniejsze pytanie brzmi nie tylko: jaka Polska?, ale przede wszystkim: kto, jak i pod czyją kontrolą ma ją budować? Bez tej odpowiedzi strategia pozostanie dobrą wizją. Z nią może stać się programem działania.
Pani Elizo, dziękuję za to uzupełnienie. Zgoda co do kierunku nie wystarcza. Strategia musi odpowiedzieć, kto ją realizuje, jak uzyskuje społeczne poparcie, kto ją kontroluje i jak chronić ją przed zmianą władzy.
Zgadzam się też, że nie należy reformować wszystkiego naraz. Początek powinien obejmować stabilne prawo, profesjonalną administrację, edukację oraz warunki dla nauki i innowacyjnej gospodarki. To są fundamenty pozostałych zmian.
Koalicja modernizacyjna nie może oznaczać rządów ekspertów poza demokratyczną kontrolą. Powinna być publicznym porozumieniem samorządów, nauki, przedsiębiorców, pracowników, organizacji społecznych i odpowiedzialnych polityków. Każdy cel musi mieć termin, finansowanie, instytucję odpowiedzialną i jawny miernik wykonania.
Pani pytanie „kto, jak i pod czyją kontrolą?” wskazuje następny etap dyskusji. Bez tej odpowiedzi wielka strategia państwa polskiego pozostanie wizją.
Znakomity i bardzo potrzebny tekst. Autor nie zatrzymuje się na jałowym, choć politycznie ważnym sporze o jedną listę albo dwa bloki. Słusznie przenosi ciężar rozmowy na poziom zasadniczy: jakiego państwa potrzebuje Polska i jaki mandat powinien otrzymać obóz demokratyczny w 2027 roku.
Szczególnie przekonuje mnie myśl o wielkiej strategii państwa polskiego. Nie o kolejnej broszurze programowej, lecz o długofalowym zobowiązaniu obejmującym edukację, naukę, innowacje, energię, zdrowie, mieszkania, sprawną administrację, bezpieczeństwo i silną obecność Polski w Europie. Cenne jest także połączenie perspektywy pokoleniowej z pięcioma konkretnymi zobowiązaniami na najbliższą kadencję. To właśnie chroni strategię przed losem wielu dokumentów: efektownych w dniu ogłoszenia, a zapomnianych po konferencji prasowej.
Pozostaje jednak pytanie praktyczne: jak tę ideę wydobyć z kręgu autorów, ekspertów i czytelników portali opiniotwórczych, aby stała się tematem realnej debaty publicznej? Potrzebna byłaby szeroka, ponadpartyjna inicjatywa obywatelsko-ekspercka. Krótki manifest strategiczny, otwarty do podpisu dla ludzi nauki, samorządowców, przedsiębiorców, nauczycieli, lekarzy, organizacji społecznych, dziennikarzy i twórców. Nie kolejny obszerny raport, lecz kilkanaście jasnych tez oraz mierzalnych zobowiązań, przedstawianych kolejno w lokalnych debatach, uczelniach, mediach, organizacjach gospodarczych i samorządach.
Drugie pytanie brzmi: jak dostarczyć tę strategię politykom w taki sposób, aby nie mogli później udawać, że słyszą o niej po raz pierwszy? Najlepsza byłaby publiczna procedura. Należałoby skierować dokument do władz wszystkich ugrupowań demokratycznych, klubów parlamentarnych, rządu, samorządów i kandydatów wyborczych, a następnie jawnie opublikować ich odpowiedzi: co akceptują, co odrzucają i jakie proponują terminy realizacji. Wtedy strategia przestałaby być tylko głosem rozsądku w dyskusji, a stałaby się obywatelskim sprawdzianem odpowiedzialności politycznej.
Autor dał nie tylko diagnozę, lecz także język, którym można odebrać prawicy monopol na słowa: Polska, bezpieczeństwo, suwerenność i patriotyzm. Patriotyzm państwowy nie polega na wskazywaniu kolejnych wrogów, ale na budowaniu szkoły, szpitala, gospodarki, instytucji i bezpieczeństwa, które rzeczywiście służą obywatelom. To jest propozycja warta dalszego rozwijania, popularyzowania i, przede wszystkim, konsekwentnego egzekwowania od polityków.
Dziękuję za bardzo ważny i konstruktywny głos. Wskazuje Pani drogę od idei do działania.
Słusznie Pani rozróżnia dwa poziomy. Pierwszy to krótki, zrozumiały manifest strategiczny: kilkanaście tez, kilka mierzalnych zobowiązań i jasne kryteria oceny. Drugi to proces społeczny: debaty lokalne, uczelnie, samorządy, organizacje zawodowe, przedsiębiorcy, nauczyciele, lekarze, media i organizacje obywatelskie. Strategia nie może powstać wyłącznie w gabinetach ekspertów ani pozostać tekstem krążącym między autorami portali opiniotwórczych. Musi zostać poddana sporowi, uzupełniona doświadczeniem ludzi i zyskać społecznych współautorów.
Równie istotny jest Pani postulat publicznej procedury wobec polityków. Dokument należałoby przekazać ugrupowaniom demokratycznym, klubom parlamentarnym, rządowi, samorządom i przyszłym kandydatom, a ich odpowiedzi upublicznić. Każde środowisko powinno wskazać, co przyjmuje, co odrzuca, co chce zmienić oraz jakie terminy, finansowanie i odpowiedzialność proponuje. Wtedy strategia nie będzie petycją ani ogólnym apelem, lecz publicznym sprawdzianem wiarygodności.
Taki proces musi chronić pluralizm. Celem nie jest stworzenie jednej obowiązującej doktryny ani zastąpienie demokratycznego sporu rządami ekspertów. Chodzi o uzgodnienie minimum: trwałych celów państwa, których nie należy unieważniać po każdej zmianie władzy, oraz o jawny spór o środki, koszty, tempo i podział odpowiedzialności.
To rzeczywiście może być sposób, aby odebrać prawicy monopol na język Polski, bezpieczeństwa, suwerenności i patriotyzmu. Patriotyzm państwowy mierzy się nie liczbą wskazanych wrogów, lecz jakością szkoły, szpitala, administracji, gospodarki, bezpieczeństwa i perspektywą, jaką państwo daje obywatelom. Raz jeszcze dziekuję za Pani komentarz.
Bardzo potrzebny i dobrze skomponowany tekst. Całe życie zawodowe spędziłem wśród szczegółów: parametrów, harmonogramów, kosztów, ryzyk i odpowiedzialności za wykonanie. Wiem jednak, że bez strategii nawet najlepiej opracowane szczegóły odrywają się od kontekstu, zaczynają „bujać w obłokach” — czyli w istocie przestają istnieć jako element realnego działania.
Dlatego tak ważne jest przypomnienie, że państwo potrzebuje nie tylko bieżącego zarządzania i listy obietnic, lecz także trwałego kierunku: dokąd Polska ma zmierzać, jakie kompetencje rozwijać, a także według jakich kryteriów mierzyć powodzenie. Strategia nie zastępuje konkretów — nadaje im sens, kolejność i wspólny cel. To cenna propozycja rozmowy o Polsce wykraczającej poza najbliższe wybory.
Dziękuję. Ujął Pan istotę sprawy znacznie lepiej, niż uczyniłem to w tekście.
Strategia nie zastępuje parametrów, kosztorysów, harmonogramów, ryzyk ani odpowiedzialności za wykonanie. Nadaje im jednak kierunek, kolejność i sens. Bez niej szczegółowe działania łatwo stają się zbiorem odrębnych decyzji, zależnych od bieżącego sporu, interesu resortu lub kalendarza wyborczego.
Właśnie dlatego wielka strategia państwa polskiego powinna poprzedzać program wykonawczy, a potem być przełożona na konkretne cele, finansowanie, terminy, odpowiedzialne instytucje i publiczne rozliczenie.
To tekst potrzebny, bo przypomina rzecz dziś niemal wywrotową: nie wystarczy wygrać wybory w 2027 roku. Trzeba jeszcze wiedzieć, co zrobić z Polską po zwycięstwie.
Programów, ustaw, pakietów i konferencji mamy pod dostatkiem. Brakuje kierunku. Państwo reaguje na inflację, wojnę, protest i sondaż. Każdy resort coś poprawia. Całość zwykle tylko się krząta. Strategia ma położyć kres temu krzątactwu: ustalić priorytety, kolejność i powiązania między obroną, energią, zdrowiem, mieszkaniami, nauką, szkołą oraz infrastrukturą.
Nie wybiera się między armią a lekarzem, energią a mieszkaniem. Ustala się, co warunkuje bezpieczeństwo państwa, co jego spójność społeczną, a co przyszłą zdolność finansowania jednego i drugiego.
Polska nie może bez końca być montownią cudzych technologii, krajem tańszej pracy i eksporterem własnych najzdolniejszych ludzi. Potrzebuje własnych kompetencji: naukowych, przemysłowych, cyfrowych, energetycznych i organizacyjnych. Inaczej pozostanie klientem cudzych decyzji.
Strategia ma być widoczna nie w segregatorze, lecz w przychodni, mieszkaniu, cenie energii, szkole, urzędzie i na dworcu. Obywatel nie musi znać jej tytułu. Ma odczuć, że państwo przestało mu przeszkadzać.
Partie mogą spierać się o podatki, redystrybucję i tempo zmian. Nie powinny jednak co kadencję dyskutować od nowa, czy Polsce potrzebne są silne instytucje, bezpieczna energia, dobra szkoła, nowoczesna gospodarka, niezależne sądy i trwałe miejsce w Europie.
To nie jest zgoda narodowa. To higiena państwowa.
Strategia nie zastępuje budżetu ani ustaw. Jest po to, aby budżet nie był łupem resortów, a ustawy nie powstawały pod jutrzejszy nagłówek.
Autor słusznie przypomina: najpierw trzeba wiedzieć, dokąd iść. Dopiero potem można poważnie spierać się o drogę, tempo i rachunek.
Dziękuję. Ujmuje Pan sedno propozycji: strategia nie jest kolejnym programem ani zbiorem życzeń. Ma uporządkować decyzje państwa, nadać im kolejność i powiązać dziedziny, które zwykle traktuje się osobno.
Szczególnie ważne jest zdanie, że nie wybiera się po prostu między armią a lekarzem, energią a mieszkaniem. Trzeba ustalić, co warunkuje bezpieczeństwo państwa, co jego spójność społeczną, a co przyszłą zdolność finansowania obu tych celów. Bez tego budżet staje się sumą resortowych roszczeń, a polityka reagowaniem na kolejne kryzysy.
Zgadzam się również, że strategia musi być widoczna w codziennym doświadczeniu: w przychodni, mieszkaniu, cenie energii, szkole, urzędzie i na dworcu. Obywatel nie musi znać tytułu dokumentu. Musi widzieć, że państwo działa przewidywalnie, skutecznie i przestaje być przeszkodą.
„Higiena państwowa” to bardzo dobre określenie. Partie mogą i powinny spierać się o podatki, redystrybucję, tempo transformacji czy zakres usług publicznych. Nie powinny jednak po każdej zmianie władzy kwestionować podstawowych warunków nowoczesnego państwa: silnych instytucji, dobrej szkoły, bezpiecznej energii, niezależnych sądów, gospodarki opartej na wiedzy oraz trwałej obecności Polski w Europie.
Tekst Sławka to nic innego jak skrojony na miarę dzisiejszych czasów Manifest Demokracji na trudne czasy odradzajacych się w Europue egoizmow i nacjonalizmow. W tyglu dzisiejszych problemów i bieżących spraw politykom i ich partią umyka długa perspektywa spraw społecznych, ekonomicznych , demograficznych i katalogu zmiennych pojawiających się wraz z AI oraz chaos czy postęp wraz z poznawaniem przez naukowców tajników fizyki kwantowej .
Tekst Sławka prawie krzyczy zbudujmy strategię ktora pokaże długotrwałe cele ale jednocześnie będzie trwałym fundamentem odpornym na ideologie i doraźne partyjne cele. Tekst Sławka jest znakomity ale czy Nasze społeczeństwo jest gotowe na taką strategię ? Czy Nasze partie są intelektualnie przygotowane do wyzwań,, nie od wyborów do wyborow,, ? Znakomity przykład- KOR , garstka ludzi ( trochę nieświadomie) uruchomiła proces który po 13 latach doprowadził do upadku socjalizmu. Historia pokazuje, że warto uruchamiać pozytywne procesy . Dlatego uważam, trzeba o sprawach o których pisze Sławek pisać, rozmawiać, dyskutować i wprost walczyć o Strategię na 50 lat .
A moze warto pokojowo stworzyć podwaliny pod Stany Zjednoczone Europy jako jeden byt polityczny na wzór USA ????
Piotrze — dziękuję. „Manifest demokracji” to określenie zobowiązujące, ale trafnie oddaje potrzebę myślenia dłuższego niż jedna kampania i jedna kadencja.
Nie wiemy, czy społeczeństwo i partie są dziś gotowe na strategię o horyzoncie 50 lat. Wiemy natomiast, że bez rozpoczęcia takiej rozmowy pozostaniemy przy reagowaniu na kryzysy, sondaże i doraźne konflikty. Historia KOR pokazuje, że niewielka grupa ludzi może uruchomić proces, którego skutków nie potrafi wtedy przewidzieć. Podobnie niewielka grupa ludzi, po apelu Krzysztofa Łozińskiego na Studio Opinii, odniosła gigantyczny sukces, tworząc KOD; początkowego sukcesu nie przekreślił nawet zapatrzony w czubek własnego nosa „leader” KOD-u.
Pomysł Stanów Zjednoczonych Europy warto traktować poważnie jako kierunek debaty. Europa potrzebuje większej zdolności wspólnego działania w obronności, energetyce, nauce, technologiach krytycznych i polityce przemysłowej. Fragmentacja narodowych rynków obronnych i zależność od dostawców spoza UE osłabiają jej bezpieczeństwo, odporność i konkurencyjność. Droga do głębszej integracji jest długa i trudna. Wymaga demokratycznej legitymacji, kontroli obywatelskiej oraz jasnego podziału kompetencji między Europą a państwami narodowymi. Federalna wizja Europy istnieje w debacie publicznej, ale nie stanowi dziś uzgodnionego projektu Unii. Polska powinna uczestniczyć w tej debacie aktywnie. Nie jako państwo bojące się silniejszej Europy, lecz jako współtwórca Europy zdolnej chronić bezpieczeństwo, rozwijać naukę i technologię oraz konkurować z USA i Chinami.
Podobnie wielka strategia państwa polskiego wymaga podjęcia debaty i długich uzgodnień.
Moim zdaniem tekst artykułu w pełni odpowiada swoim celom.
Każdemu tekstowi, także temu, można zarzucić wiele wad lub braków. Można na przykład podnieść pięć zastrzeżeń: „manifest zamiast strategii”, „cele bez priorytetów i mierników”, „obietnice bez kosztów i finansowania”, „hasła o innowacji bez mechanizmów wdrożenia”, „wizja Polski bez mapy dojścia do celu”.
Tymczasem tekst wydaje się celowo i świadomie zaprojektowanym programowym apelem wyborczym. To artykuł zapraszający do debaty i taką debatę otwierający. Nie jest jeszcze projektem wielkiej strategii państwa — jest jej przekonującym, choć nadal ogólnym, zaproszeniem. Rozumiem, że taki właśnie miał być — i w tej formie jest znakomity. Przedstawia propozycje celów strategicznych na lata, a nawet na pokolenia, oraz zaprasza do rozpoczęcia dyskusji nad wielką strategią państwa polskiego.
Trudno oczekiwać, aby jeden autor — nawet tak wybitny, jakim od wielu lat mam prawo uważać Sławka — przedstawił kompletną strategię państwa. Taka strategia wymaga pracy i dyskusji tysięcy ludzi: obywateli, specjalistów, przedsiębiorców, samorządowców i polityków.
Można postulować, aby w następnych tekstach autor stopniowo przechodził od horyzontu do architektury: najpierw wybrał kilka priorytetów, potem wskazał instytucje, a na końcu źródła finansowania i mierniki. Nie jako poprawkę do tego artykułu, lecz jako naturalny dalszy ciąg rozpoczętej debaty.
W obecnej postaci jest to tekst dobrze skrojony do swojej funkcji: nie strategia państwa, lecz przekonujące wezwanie, by wreszcie zacząć ją tworzyć!
Bardzo dziękuję za życzliwy i uważny komentarz. Pochwały oraz słowa uznania onieśmielają, ale zarazem zobowiązują do dalszej pracy nad tym tematem.
Trafnie Pan odczytał intencję tekstu. Nie jest, bo nie miał być gotowym projektem wielkiej strategii państwa polskiego, lecz apelem o rozpoczęcie pracy nad nią i próbą wskazania kierunku tej debaty. Strategia wymaga wiedzy, sporów, wyborów i współpracy wielu ludzi: obywateli, specjalistów, samorządowców, przedsiębiorców, pracowników, ludzi nauki i polityków.
Zarówno tutejsza dyskusja, jak i osobiste kontakty z Czytelnikami ujawniają jednak ważną sprawę: niejasność samego pojęcia „wielka strategia państwa polskiego”. Czym dokładnie ma być? Jak odróżnić ją od programu partii, planu rządowego, katalogu życzeń czy eksperckiego raportu? Jak ma określać cele, priorytety, instytucje, koszty, terminy, źródła finansowania i społeczną kontrolę wykonania?
To są pytania, nad którymi myślę i pracuję. Pańska propozycja przejścia „od horyzontu do architektury” wyznacza możliwy kierunek następnych tekstów.