2013-01-22. Dawniej, zwłaszcza jeszcze przed wojną, Karnawał obchodzono solennie. Co sobota były bale, maskarady lub choćby tylko „wieczorki tańcujące” w mieszkaniach. Dziś aż tylu nie ma. Zwłaszcza kultura balów upadła. Może żal?
Kto wyprawia zabawę domową, z kilkoma zaprzyjaźnionymi parami, musi przygotować jakieś potrawy, jakieś napoje. Na taką okazję podam kilka przepisów na koktajle. Czym są, nie ma co opisywać. „Przekrój” z roku 1957 wyjaśniał to dokładnie i już to tutaj przytoczyłam. Jak pisałam, podejrzewam, że autorką niepodpisanego tekstu przybliżającego czytelnikom te napoje alkoholowe była Maria Zientarowa, autorka felietonów i dowcipnych książek (moja ulubiona: „Drobne ustroje”), czyli „w cywilu” Mira Michałowska, żona ówczesnego polskiego ambasadora w USA.
Oto jakie koktajle i jak opisywała. Sięgnęła do najbardziej znanych, barowych klasyków (proszę się nie dziwić pisowni, podaję ją wiernie):
Wytrawny Martini. Klasyczny, najszerzej znany coctail: 2 części wytrawnego białego vermouthu marki Martini, l część ginu (wódki), wymieszać z lodem (można zakropić sokiem z cytryny i odrobiną gorzkiej. Do kieliszka wrzucić oliwkę, albo mały skrawek świeżej skórki cytrynowej. Ponieważ wytrawnego vermouthu nie można u nas dostać, klasycznym coctailem w naszych warunkach będzie: POZYTYWNY : 2 części vermouthu Gancia, 1 część jałowcówki albo myśliwskiej, sporo soku cytrynowego, wymieszać z lodem, do kieliszka pół plasterka cytryny.

Inny klasyczny coctail: 1 część whisky i 2 części vermouthu słodkiego, zakropić gorzką, na dno kieliszka włożyć wiśnię z syropu, z ogonkiem. W braku whisky, odpowiednikiem tego coctailu będzie: MANHATTAN Z KOŁOMYI: 1 część wytrawnej śliwowicy, 2 części słodkiego vermouthu, lód, gorzka, na dno kieliszka wiśnia z nalewki na spirytusie.

2 części ginu (wódki), 1 część vermouthu, 1 część soku z pomarańczy, lód.
Śrubociąg : trunek w Ameryce niezwykle teraz popularny: do dużej szklanki włożyć spore kawałki lodu, wlać kieliszek wódki, dopełnić sokiem z grape-fruita albo pomarańczy, ewentualnie dodać wody sodowej. [Od siebie dodam, że w latach 60.-70. taki napój nazywano „harcerzykiem”].

Jak widać, receptura jest do peerelowskiej rzeczywistości dostosowana bardzo pomysłowo. Tak trzeba sobie było radzić, gdy chciało się być światowym. Dzisiaj z tym łatwiej. Można tworzyć własne kompozycje smakowo-alkoholowe, z alkoholi, jakie sobie wymarzymy, a nie jakie „rzucili” do „Delikatesów”. I tak uczyniliśmy. Wieczór nam umilił koktajl
Tequila Cointerau po naszemu
3 porcje brązowej tequili
1 porcja cointerau
sok z limonki
sok pomarańczowy
skórka starta z limonki
lód
Odciąć z wyszorowanej limonki tyle plasterków, ile szklanek. Wycisnąć z pozostałych połówek sok. Tequilę i cointreau wymieszać w shakerze z sokiem z limonki. Do wysokich szklanek włożyć po trzy kostki lodu, zalać alkoholem. Dopełnić sokiem pomarańczowym, posypać startą skórką z limonki. Szklanki przybrać pozostawionymi plasterkami.
Ja też napiszę w duchu „co w zamian”. Cointreau może zastąpić każdy likier pomarańczowy. Zamiast limonki można wziąć cytrynę. Sok pomarańczowy najlepiej świeżo wyciśnięty; my mieliśmy jednak „kartonowy”, co jednak obniża jakość trunku. Oby jednak tylko takie mieć zmartwienia.
Jak na obrazku widać, podałam te koktajle z crème brûlée . Przepis można znaleźć u mnie w blogu. Osłodźmy sobie życie. A – jak pisał Stanisław Grochowiak w pięknym wierszu o śpiewach porannych (choć nasze wieczorne…) – „alkohol poza tym”.
Alina Kwapisz-Kulińska


Ach, harcerzyk! U Teresy w barze hotelowym „Europejskiego”… Klasyczny u niej „harcerzyk” to była setka żytniej z setką soku grejpfrutowego (w ogóle zalecam proporcję 50:50). Ale mało kto pamięta, że można tam było również „walnąć harcerkę” (przepraszam, jeśli się komuś źle kojarzy): „harcerka” – to 100 g soku z grejpfruta, 75 g żytniej i 25 g campari, co podstawowy cock lekko zaróżowi i doda mu miłej goryczy. Był równiez pity „harcerz z Izraela”: to samo co klasyk, tylko zamiast żytniej passover slivovitz. Która to śliwowica, przypominam, ma około 80 gradusów mocy, więc cock jest krzepki… No więc ten „harcerzyk z Izraela” był pity pod toasty, kiedy „nasi Żydzi dali w dupę ich Arabom” w Wojnie Sześciodniowej. Nie pamiętam. ale chyba film się nam wtedy urwał…
A „Korkociąg”? Czy ktoś pamięta o „Korkociągu”? Mira Michałowska wspomniała o nim w swojej książce „Przez kuchnię i od frontu”, opowiadając o tym, jak to polska (koniecznie polska) wódka podbijała Amerykę dzięki intymnym przyjęciom na kilkaset osób, organizowanym przez Joan Crafword. A że Amerykanie nie lubili monotonności, zaczęli tę polską czyściochę mieszać z najróżniejszymi dodatkami. I w ten sposób powstał właśnie „Korkociąg” czyli mieszanka czystej polskiej wódki z sokiem pomarańczowym. Jako że nie znosiłam i nie znoszę „czyściochy”, pijałam ją czasami z sokiem pomarańczowym, nie wiedząc – prawie jak pan Jourdain, który nie wiedział, że mówi prozą – że piję właśnie „Korkociąg”. Do czasu, aż na moje półki trafiło dziełko Miry Michałowskiej.
Dziękuję za ciekawy dopisek. Moja ulubiona opowieść Miry Michałowskiej (alias Marii Zientarowej) jest o tym, jak ktoś (nie pamiętam kto, ale chyba jakiś Amerykanin) przyrządzał bardzo wytrawne martini. Otóż nalewał do dzbanka dżin, brał butelkę martini i nad dzbankiem nią potrząsał. Martini w ten sposób było baaardzo wytrawne.
Ja osobiście wolę ten koktajl na wódce niż na dżinie. No, rzecz gustu. Przymierzam się do sporządzenia i opisania martini takiego, jakie pił Bond, James Bond, w książce „Casino Royale”. Mamy już składniki!
Co do hacerzyków: wiem, że podawano je także w Bristolu. Sama nie próbowałam, bo z racji wieku alkoholu by mi tam nie sprzedano. Ale miałam starszą siostrę, stąd wiadomości.