Przeżyłem już prawie trzy czwarte wieku i myślałem, że nic mnie już nie zdziwi. Okazuje się, że jestem w mylnym błędzie, jak mawia kolega z klubu Ekos.
To było dawno. Zatrudniałem się wtedy w gabinecie dentystycznym ojca w charakterze sprzątającego ligninki wyplute przez pacjentów nie do spluwaczki, a na podłogę. Pobierałem za to 5 zł na lizaka. Było właśnie koło południa. Drzwi się otworzyły i do gabinetu wszedł oficer niemiecki. Ojciec wskazał na ścienny zegar i poprosił następnego pacjenta. Władca świata spóźnił się siedem minut. Oficer znieruchomiał. Jeszcze bardziej się wyprostował i wolnym ruchem zaczął odpinać kaburę. Wyjął pistolet i wycelował w ojca. Przestałem sprzątać ligninki. Potem, równie wolno jak na początku, schował pistolet na miejsce, trzasnął obcasami i wyszedł. Trochę trwało, zanim zrozumiałem dlaczego nie strzelił. Górę wzięły geny: należy mieć szacunek dla porządku i dyscypliny. To wojenne doświadczenie wydobyło mi się z pamięci, kiedy po exposé Radosława Sikorskiego w Berlinie prezes Kaczyński poinformował, że straciliśmy ostatecznie suwerenność. To akurat mnie nie zdziwiło, bo co chwila jesteśmy kolonią albo półkolonią. Zdziwiło mnie, że prezesowi umknął fakt, że akurat w tym samym czasie otwarta została autostrada A-2 aż do Świecia i można by zauważyć, że w ten sposób ułatwiamy niemieckim czołgom penetrację wnętrza Rzeczypospolitej. Prezydent Komorowski ucieszył się, że tak nam dobrze poszło z tą autostradą: w dwa i pół roku, pół roku przed terminem, machnęliśmy te 102 brakujące kilometry skomplikowanej inwestycji z Nowego Tomyśla do granicy państwa. Jan Kulczyk, inwestor, który maczał palce w tym największym obecnie publiczno-prywatnym interesie w Europie, skromnie zauważył we „Wproście”, że tak naprawdę to przedsięwzięcie zajęło mu 19 lat. Bo sama budowa to kaszka manna w porównaniu z pokonywaniem biurokratów i polityków. Ale lubi latać samolotem nad swoją autostradą i patrzeć, jak się wije wstęgą-miedzą. Dr Jan Kulczyk to sam w sobie dziwny facet. Płaci podatki w Luksemburgu, gdzie ma firmę i dochody inwestuje w Nigerii, gdzie każdy strzela do każdego. Doradza Grekom, że byłoby im lepiej zbankrutować.
I tego wszystkiego się nie wstydzi. Zbudował sobie też jacht, na którym się nudzi. Dziennikarzom, którzy wysłuchali z niedowierzaniem, że drinki pod parasolką na jachcie to nuda, powiedział, że już po kilku dniach takiego życia błagaliby go o litość i powrót do pracy. To jest może i prawdopodobne przy założeniu, że wyczerpałyby się drinki. Żeglowałem kiedyś na Darze Pomorza z liczną bracią dziennikarską. Na pokładzie stały ogólnodostępne beczki z piwem. Wydawało się niemożliwe, żeby utoczyć cały ten trunek. A jednak, po trzech dniach i nocach zmagań kto kogo, beczki zostały opróżnione. Smutek zapanował powszechny. Nastrój ratowała jedna pani dziennikarka, która nie piła, i w przytomności umysłu postanowiła wejść na główny maszt. Co jej się zresztą udało. Niezbadana jest moc czwartej władzy. Taka na ten przykład red. Justyna Pochanke z „Faktów” w TVN stworzyła nowy model dziennikarstwa: sama sobie odpowiada na zadane pytania. Poznałem kiedyś panią tak pewną siebie. Była wojewodziną w Kaliszu w ponurych latach 80 ub. w. Transportowaliśmy rudę do Brazylii masowcem Mieszko I. Po udanym dotarciu na miejsce pani wojewodzina udała się na zakupy. I ślad po niej zaginął. Dziesięciotysięcznik Mieszko I czekał na wojewodzinę, a opłaty stukały jak na zegarze Balcerowicza. Pojawiła się po dwóch dniach wesoła jak brazylijska samba i ruszyliśmy w kierunku Kalisza.
W dobie jedynie słusznych decyzji Polskie Linie Oceaniczne (były kiedyś takie) wpisały podwyższone rachunki Mieszka I w roczne koszty i chwatit – jak mawiają Rosjanie.
W niedokończonej demokracji, którą właśnie przerabiamy, gdzie trwa pogoń za przekrętami, taki numer to szansa na wierszówki przez trzy dni. To zrozumiałe. W końcu każdy rozgląda się za chlebem. Wiadomo natomiast, dokąd wybierają się przegrani. Pan Kręcina, przez wiele lat szara eminencja Polskiego Związku Piłki Nożnej, wybiera się odpocząć i zamierza poświęcić się rodzinie. Przegrani hurtowo poświęcają się zaniedbanym bliskim. Leszek Miller, były premier, też deklarował roztoczenie opieki nad wnukami. Ale widać latorośla wydoroślały, a anioł eks-premierowi zwiastował, że jego czas jeszcze nie minął. Grzegorz Lato, który kręcił z panem Kręciną, dołączył do oburzonych. Tego by sam Jan Tomaszewski nie wymyślił. ,,Lato żelazne płuca’’, zapytany przez dziennikarza, czy prawdą jest że zarabia 170 tys. złotych polskich miesięcznie, oburzył się: zarabiam 50 tys. zł. Brutto – uzupełnił. Na razie rzucił na pożarcie Kręcinę. Lato w charakterze szefa PZPN nie jest rozmowny, więc nie ma pewności, gdzie się wyuczył różnych zagrań, niekoniecznie futbolowych. Ale wzorców nie brakuje. Jarosław Gowin w czasach młodzieńczych też grał w piłkę kopaną. I tak wspomina ten okres: ,,Na boisku nauczyłem się, że jak ktoś cię kopnie, to trzeba mu oddać. Tylko trzeba wyczekać, aż sędzia się odwróci…’’. Ach, te błędy młodości!
Krzepiąca jest za to świadomość, że Jarosław G. jest ministrem sprawiedliwości.
Jerzy Dzięciołowski


🙂 dobre.. uśmiałem się..
Od niewiemdziesięciu lat żyję w mylnym błędzie, bo zawsze jeżdżę tam przez Swiecko. A opowiadanko mi się podoba, bo zgodne z regułą Hitchcocka:”zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie stopniowo wzrasta”.