I tu figlarny los, jak to ma w swoim przewrotnym zwyczaju, pozornie pogmatwał plany Fryderykowi. Otóż naszemu opętanemu manią dyscypliny królowi co prawda jeszcze tylko w Prusach, ale za to wszystkich żołnierzy urodził się potomek.
Król chciał mieć oczywiście jak przystało na prawdziwego mężczyznę syna, choć…
Ach cóż to był za syn…!
Kręcił sobie loczki, uczył się z pasją francuskiego, a zamiast bawić się w żołnierzy wolał…grać na flecie. To można było jeszcze przeboleć, ale jak głosiła plotka młody książę pogrywał na flecie z innymi mężczyznami, a tu już cierpliwość króla żołnierzy się kończyła.
Podczas gdy za młodu przyłapany na czytaniu francuskich wierszy młody (zresztą też) Fryderyk dostawał tylko palką (najwierniejszą przyjaciółką) ojca, tym razem doszło do tego iż ojciec próbował go udusić.
Zrozpaczony, targany przeciwnymi uczuciami młody Friedrich zdecydował się na ucieczkę ze swym kochankiem, oficerem Katte do Anglii. Młoda para została jednak złapana, król postawił obu przed sądem wojskowym i bez większych ceregieli zażądał kary śmierci.
W ostatniej chwili, niczym w znanej historii biblijnej, życie królewiczowi zostało darowane, ale jako nauczkę, przez okno swej celi w Kostrzynie nad Odrą, musiał przyglądać się egzekucji na umiłowanym przyjacielu Hermannie von Katte. Prawa homoseksualistów nie były wtedy jeszcze wymyślone.
Podejrzewam, ze nasi sympatyczni mieszkańcy Kostrzyna nie zdają sobie sprawy, że ich miasto było sceną na której rozegrał się tak ważny dla losów Niemiec i Polski, a zarazem całego świata krwawy spektakl, a jego mieszkańcy świadkami złożenia jednej z pierwszych ofiar na stosie wolności seksualnej.
Co ciekawe, decyzję o ucieczce z Prus para kochanków podjęła na zorganizowanym przez króla Polski Augusta II. Mocnego uroczystym festynie, który przeszedł do historii pod nazwą „Obóz rozkoszy w Zeithain“, na którym serwowano m.in. imponujące ciasto o rozmiarach: 1,8 Ton – ciężar, 7 metrów – długość, 3 metry – szerokość., a główny punkt programu: gigantyczny pokaz ogni sztucznych zakończył się powszechnym rozbawieniem gości, ponieważ podwładni naszego króla nie wykazali się szczególnymi umiejętnościami w zakresie pisowni i na niebie zamiast ogromnego napisu VIVAT zaiskrzyło nieznane słowo „FIFAT“
Miłość rodzicielska przyniosła w końcu rezultaty i królewicz jakimś cudem wyszedł na ludzi. Ożenił się nawet z Christine von Braunschweig, której jednak do końca życia nie wykazał większego zainteresowania. Troskliwe pruskie wychowanie hartuje. Młody Friedrich nie przestał co prawda grać na flecie, ale z miękkiej cioty stał się mężczyzną i zrozumiał swoje obowiązki jako przyszłego króla nie kupy gnoju, ale Prus.

Bardzo ładny wywód historyczny 🙂 To może jeszcze anegdotka, ale pasująca do całości: za Fryderyka wprowadzono obowiązek sadzenia kartofli. Ziemniaki miałby być tanim pożywieniem dla armii, więc był to obowiązek patriotyczny. Po wsiach jeździli żandarmi i sprawdzali, czy zadekretowany areał został obsadzony. Biada temu, który obowiązku nie dopełnił.
A sam Fryderyk żyje do dziś i u nas, na Pomorzu w … bajkach.
Szczególnie popularne są moralizatorskie dialogi z wiejskimi dziećmi.
Co do biedy, wspomina pan o Brandenburgii, ale dotyczyło to niemal wszystkich ówczesnych księstw niemieckich. W 1858 roku władze Badenii Wirtembergii musiały interweniować, by ograniczyć emigrację (w tym na tereny polskie), gdyż jeszcze trochę, a kraj by się zwyczajnie wyludnił.
Przykład Niemiec jest z jednej strony optymistyczny, bo okazuje się, że coś można, a z drugiej… eee, co ja tam będę marudził …
Ludzie czasem już zapominają, że nędza „pospólstwa” była niemal stałą historyczną przez tysiące lat historii ludzkości. Ponadto kraje niemieckie w połowie XVII wieku były szczególnie dotknięte religijną wojną 30-letnią, która przy zachowaniu pewnych proporcji spustoszyła te kraje gospodarczo i demograficznie bardziej niż I i II wojna światowa razem wzięte (straty ludności w niektórych krajach dochodziły do 50%).
.
Polska w tamtym czasie była akurat u szczytu swej gospodarczej i politycznej świetności i była niemal oazą spokoju i tolerancji religijnej. Nic dziwnego, że do Polski z całej Europy ludzie uciekali.
Po ok. Trzydziestu latach życia w Niemczech a obecnie od kilku w Austrii, jestem tego samego zdania co pan. Dziękuję panu, panie Grzegorzu za wspaniały tekst, za wyważone, lecz dobitne przedstawienie faktów. Mam nadzieję, że dotrą one chociaż do części polskich umysłów i rozkruszą choć troszkę betonu zalegającego w szarych komórkach, skutecznie przeszkadzającego w racjonalnym myśleniu.
Ciekawy tekst, ale jedna nieścisłość.
W XVIII wieku nie było Austro-Węgier,a tylko Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, ze stolicą we Wiedniu. Od roku 1804 już tylko Cesarstwo Austriackie. Dopiero w roku 1867, po przegranej przez Austrię wojnie z Prusami, powstało dualistyczne państwo, każde z oddzielnym rządem i parlamentem i z k. und k. (cesarzem Austrii i królem Węgier)w jednej osobie Franciszka Józefa I.
Dzięki, rzeczywiście to prawda. Ten twór dopiero później naywano Austro-Węgrami. Po ciągłym konflikcie z Prusami, Austria została w końcu wypchnięta poza związek niemieckich landów i stała się nagle rzecz dźiwna, bowiem Niemcy stali się w tym kraju miejszością w stosunku do innych nie-niemieckich narodów, co groziło rozpadem. Aby temu zapobiec musiano szczególnie odprężyć stosunek do elit rządzących na Węgrzech.
Natomiast proszę nie przeceniać znaczenia tworu zwanego Święte Cesarstwo Rzymskie Narodu Niemieckiego, bo już wtedy były to tylko dość luźne związki.
Mały przyczynek do tematu podnoszenia się z kryzysu.
Mało osób wie, że Holandia była zniszczona pod koniec wojny. Po wojnie panowała bieda, a ludziom płacono mniej więcej piątą część pensji a resztę otrzymywali w bonach (opowiadali mi o tym znajomi Holendrzy).
Zapytałem znajomego Holendra, jak to się stało, że doszli do dobrobytu. Opowiedział następującą anegdotę.
Zaraz po wojnie zgłosił się pewien Holender do kopania rowów. Uprzedzono go, że płaca jest bardzo marna, ale jemu to nie przeszkadzało. Dostał łopatę i zaczął kopać. Po chwili przyszedł do szefa i poskarżył się, że łopata którą dostał jest za mała. Obiecano mu większą, jak tylko dostaną.
Kopał dalej i okazało się, że pracuje za trzech i to nie przez dzień czy dwa ale stale, przez szereg tygodni. Szef go uprzedził, że bez względu na to ile wykopie ziemi to i tak nie dostanie większej pensji. Facet się nie przejął, poprosił raz jeszcze o większą łopatę a na razie kopał starą nie zmniejszając tempa. Minęło kilka miesięcy. Jego wyjątkowa praca została zauważona i zastanawiano się, jak go wynagrodzić. Więcej pieniędzy nie mogli mu zapłacić, ale że akurat wypadła uroczystość z okazji 75-lecia firmy, więc z tej okazji postanowiono podarować mu złoty zegarek.
Odbyła się feta, gość otrzymał zegarek, spojrzał na niego i powiedział: – Na zegarek to mają forsę, ale większej łopaty nie mogę się doprosić.
Mnie moje szkoły wychowały w przekonaniu, że Niemcy to wielki i zawsze nowoczesny przemysł, zwłaszcza zbrojeniowy, efektywne małe i średnie firmy produkcyjne, sprawna i niezawodna organizacja („ordnung”), ale przede wszystkim Bach, Beethoven, Goethe, Mann, Duerer: kultura z najwyższej półki. I Hitler z Goebelsem, SS i obozami koncentracyjnymi. Kompletnie żadnej wiedzy o życiu codziennym „prostego” Niemca, jego przekonaniach, poziomie życia i zachowaniach społecznych i ekonomicznych. Wielkie dzięki Grzegorzowi Kofli za otwarcie tej właśnie perspektywy – tekstem świetnie napisanym, dowcipnym i – tak to czuję – głęboko humanistycznym.
Bardzo trafne spostrzeżenie. Cała historia szkolna, to kalendarium wojen i bitew, podlane narodowym szowinizmem.
Tak jest i będzie, dopóki to politycy będą ustanawiali podstawy programowe dla szkół.
Nie na darmo bogactwo narodów mierzy się dochodem krajowym brutto na jednego mieszkańca a nie bogactwem gospodarstw domowych. Bo na bogactwo narodów składa się nie tylko to co w domu i czym chata bogata, lecz również w tym w jakim środowisku znajduje się ta chata. Jak można do niej dojechać, jak się załatwia sprawy w sądach i urzędach, czy można się we własnej chacie najeść, zapłacić za prąd, mieć dostęp do lekarza gdy zajdzie potrzeba. To dopiero stanowi o prawdziwej jakości życia.
Dziękuję Redakcji za tak miłe przyjęcie. Oczywiście postaram się w miarę możliwości, jeśli czas pozwoli, skorzystać z zaproszenia i jesli bedę miał coś do powiedzenia, napisać od czasu do czasu coś, mam nadzieję, skłaniajacego do dalszych przemyśleń.
Pozdrawiam
Co do wpływu Prus na Niemcy to mam trochę wątpliwości. Prusy wprawdzie Niemcy zjednoczyły, zamieniły je w wielką potęgę zachwiewając przy tym równowagą układu sił w całej Europie, ale takie bezkrytyczne i proste przejęcie mentalności pruskiej przez całe Niemcy chyba nie miało miejsca. Były duże opory w jej przejęciu. Niemiecka mentalność nadreńska i z południa Niemiec jest bardziej francuska i romantyczna. Północ jest liberalna i hanseatycka. Takiego pruskiego drylu jest mało. Na szczęście. Natomiast dosyć powszechne poszanowanie państwa i prawa niekoniecznie pochodzi od Prus. Tak mi się przynajmniej wydaje.
To temat na dłuższą dyskusję. Oczywiście nie był to proces łatwy i prostolinijny. Bawaria np. przez dłuższy okres układała się z Francją przeciw Prusom. Koniec końców warunki dyktuje jednak zwycięzca. Najlepszym przykładem jest Auustria, która do końca nie chciała przjąć zasad na pruskich warunkach i w konsekwencji musiała poszukać sobie miejsca poza Niemcami. Prusy z niezapomnianym Bismarckiem stworzyły to co dziś nazywamy narodem niemieckim. Natomiast podziały regionalne z mocnym przywiązaniem do małych ojczyzn pozostały w Niemczech bardzo silne do dziś
Historia Niemiec (tzw. Niemiec) jest o tyle ciekawa, że byli to swego czasu chyba rekordziści świata w rozdrobnieniu. Kilkaset księstw i księstewek, wolnych miast i tym podobnych tworów. W Tyrolu do dziś pamięta się Bawarom ruinę, do jakiej doprowadzili ten kraik w czasach napoleońskich. W niejednej wojnie stawali przeciwko sobie. Jeśli u nas trudno jest czasem przezwyciężyć spuściznę 3 (słownie: trzech) zaborów, to trzeba przyznać, że Niemcy i tak zrobili pod tym względem dużo.
Znakomity tekst.Poproszę teraz napisać cos o niemieckich kolonach np. w Afryce oraz o niemieckiej emigracji do różnych państw.
Drogi panie Grzegorzu strasznie sie ciesze, ze spotkalem pana w S.O. bo znam pana z…. pamieta pan niejakiego Kurke?? Teraz wiem dlaczego nazywal sie pan wowczas Przyjacielem Moniki. Artykul jest swietny, tak jak zawsze to w pana przypadku bywalo. Na tamtym blogu bylo sporo swietnych „pisarzy” ktorych Kurka po oszaleniu wyrzucil a pan byl jednym z najlepszych (jestem brown nosing, ale tak nadal uwazam). Anyways, jak sie mowi u nas w Kanadzie, mam madzieje, ze bedzie pan pisywal od czasu do czasu na tematy polsko-niemiecko-europejskie podpierajac sie swoim lekarskim „nosem” (ale mi sie powiedzialo) i faktem, ze byl pan „tam” (Polska) a jest „tu” i widzi to wszystko z troche innej perspektywy nizli ci ktorzy sa tylko na ojcowiznie. A swoja droga to S.O. przyciaga coraz wiecej blogerow amatrowo, ktorzy sa na prawde swietni. tak trzymac!
Dobry tekst, chociaż rzzeczywiście dla dobra całości autor przyjął pewne uproszczenia. Niemniej szacunek dla prawa i państwa jest w Niemczech powszechniejszy niż w Polsce. Wśród bogatych państw mamy jednak również Anglię, i z pewnością nie było tam pruskiej dyscypliny. Jednak obywatele angielscy prawo i państwo szanują. Zatem źródeł propaństwowej postawy może być wiele, a to niemieckie nie jedyne i wzorcowe.