2013-08-29. „Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie” – takimi i podobnymi cytatami lubimy nadawać wagę swoim przedsięwzięciom, podkreślając doniosłość roli edukacji, ale czasem skrywając za tą ważną, mądrą i stale aktualną myślą Jana Saryusza Zamoyskiego, miałkość i kruchość swoich pomysłów i przedsięwzięć.
Cytat ten był potem mottem w czasach Konstytucji 3 Maja, w okresie międzywojennym i reform powojennych w różnych okresach, ale i każdego programu politycznego o edukacyjnych akcentach. Stał się on mottem tylu edukacyjnych projektów, że w końcu odbierany jest jak wyświechtany slogan.
Innym przykładem jest cytat z Norwida użyty w exposé przez premiera D. Tuska „Wolni ludzie! Tworzyć czas”, po którym ci ludzie, do których chciał nawoływać, pytają – „No i coś Pan stworzył, panie Tusk? Jak żyć?” lub „Jacy tam wolni, skoro znów czegoś mi tam pan zabronił, np. poustawiał radary bym nie mógł przekraczać prędkości?”
Od każdego z nas, naszej wiedzy, doświadczeń, inteligencji i wyznawanych wartości zależy jak odbierzemy kierowane do nas słowa i projekty. Możemy przejść obojętnie wobec tych ważnych i pożytecznych, choć często trudnych i wymagających wyrzeczeń lub kupić kiepski towar w pięknym opakowaniu. Co robić, byśmy nie łapali się bezmyślnie na haczyk sloganów i reklamowych chwytów?
Edukować – innej drogi nie ma. Nie stworzymy takiego systemu, w którym opiszemy krok po kroku – jak żyć? Nikt nie dostanie wraz z aktem urodzenia przepisu na życie. A słynnemu paprykarzowi odpowiadam – ucz się pan, bo życie to sztuka uczenia się od urodzenia aż do śmierci.
Jesteśmy już ponad dwie dekady po transformacji, okres wystarczająco długi by dokonać wstępnej oceny, czego nauczyliśmy się przez ten czas. Nasze otoczenie tak dalece odmienne jest od tego z przed ponad 20 lat, że nauczyliśmy się zapewne sporo, choć każdy z nas odczuwa niedosyt. To tylko niedowidzący lub dotknięci syndromem pamięci krótkotrwałej zdają się tego nie zauważać. Powinniśmy z tego okresu nauczyć się też tego, że na zachwaszczonym poprzednio polu rosły jednak i pożyteczne ziarna, które warto było pielęgnować, a na przyszłość bacznie uważać by przy nowych zasiewach importowanego ziarna nie uprawiać innych chwastów, tylko odmiennego gatunku. Tej nauki chyba nam zabrakło.
Początek lat 90’ miał w naszej edukacji dwie skrajnie odmienne twarze. Z jednej strony uwolnieni z gorsetów poprzedniego systemu wyzwoliliśmy inicjatywę wielu pasjonatów, którym się w życiu coś naprawdę chciało – powstało wiele szkół o autorskim charakterze. Ale gdzieniegdzie i w szkołach państwowych ci ludzie z pasją mieli na tyle swobody, by edukować z sensem i na rzecz rozwoju ucznia. I zapewniam, w nich nikt o pracy zespołowej i współpracy nie zapominał. Gorzej było wśród tzw. decydentów – tu słyszałam, że potrzebne są zmiany, ale na pytanie – jakie, mieli tylko jedną odpowiedź – Teraz to będzie INACZEJ.
No tak, bo i skąd mieli wiedzieć? Ten świat decydentów – to była ta druga, raczej czarna strona owej transformacji, z coraz niższymi nakładami, niszczejącą infrastrukturą i wyposażeniem, obniżeniem wymagań, bo wychodząc z zapaści ekonomicznej na tę sferę brakowało argumentów i siły na obronę. A potem to INACZEJ okazało się wzorcem Wielkiej Unifikacji w imię szczytnych, ale jednak pozornych celów: równości szans, sprawiedliwych ocen, porównywalnych osiągnięć. Jednym słowem by mieć narzędzie do porównywania i uszeregowania szczurów, a szczury by miały wytyczone kierunki jak biec.
Na początku drugiej połowy lat 90’ znalazłam się w zespole do opracowania nowych podstaw programowych przy MEN. Do dziś nie bardzo wiem, jakim cudem tam się znalazłam, pamiętam dziesiątki wątpliwości pozostawania w nim od samego początku, ale ponieważ od krytyki nie stronię, a krytykanctwa stojąc z boku nie znoszę, to pomyślałam sobie trochę na zasadzie – „jak nie ty, to kto, jak nie teraz, to kiedy” – jak nie będzie mi to odpowiadało, to najwyżej ich sobie trochę pokrytykuję.
Roztaczana z coraz większymi szczegółami wizja, według mnie wchodziła na tyle min i nierealnych niemożności, była rozległa, że końca nie widać. Toteż odnosiłam wrażenie, iż wizjonerzy porywają się z motyką na Księżyc, a w coraz większych szczegółach z klapkami na oczach, bo jednak tej drogi na Księżyc nie ogarniają na rozległych horyzontach czasu i przestrzeni. No, ale może są tacy geniusze, może to ty jesteś przyślepa, przygłucha i nie musisz znać się na wszystkim. Rządy sprawowała wówczas lewica, choć przyznać trzeba, że żadnych oznak lewicowości, czy też jakichkolwiek partyjnych nie dawało się odczuć, tak jakby w cichości ducha wszyscy rozumieli zasadę – wszystkie dzieci są nasze.
Po mozolnych spotkaniach, pracach w zespołach na zjazdach i między nimi, rodziły się szczegółowo rozpisane nowe podstawy programowe. Rodziły się w bólach, bo zespoły były przedmiotowe, a każdy ciągnął skrawek kołdry w swoją stronę, stąd ci, co najbardziej byli świadomi integrujących fundamentów nauki i wiedzy wychodzili na tym najgorzej – wszyscy znamy efekt dyskusji między krzykaczem, a posiadającym wiedzę i kulturę – to krzykacz ma ostatnie słowo, choćby dla świętego spokoju. Rodził się też w bólach, bo np. w mojej grupie nie było poza mną czynnego nauczyciela – dopiero po pewnym czasie zorientowałam się, że wszyscy obok to jak nie wydawcy, to autorzy lub recenzenci przyszłych podręczników.
Gdy projekt podstaw był już w miarę gotowy, a był on tylko jednym z rozlicznych elementów tej reformatorskiej układanki przyszła zmiana rządu. Na początku nic nie zapowiadało zmian w pracach nad reformą. Rychło jednak okazało się, że wyniki prac zespołów są do skorygowania, że brakuje w nich tak ważnej roli wychowawczej, powstał więc jeszcze jeden zespół ds. rodziny i wychowania m.in. z siostrami zakonnymi i 5-krotnie liczniejszy, niż każdy do tej pory – musiał być taki, bo był przecież najważniejszy! Przy czym paradoksalnie pomijano liczne głosy, że wprowadzenie w tym systemie gimnazjów niesie największe zagrożenia natury wychowawczej, przestrzegając o wszystkich skutkach, które potem wystąpiły.
Wyniki prac zespołów poddano akademickim analizom i bez względu na to, co ci akademicy w recenzjach napisali, wniosek był jeden – do kosza. Z ciekawości przeczytałam opasły zbiór akademickich recenzji, z których taki wniosek wcale nie wynikał, ale jak się chce, można wszystko wszystkim uzasadnić. Inna sprawa, że za wiele recenzji znanych mi person, bo byli niegdyś moimi wykładowcami, było mi po prostu wstyd, ja pod czymś takim wstydziłabym się podpisać. Pamiętam jedną z nich, z której widać było jasno, że recenzujący nawet nie zajrzał do materiału, który miał zrecenzować, za to rozwodził się na kilka stron nad stopniem scholaryzacji w Polsce. I w tym stopniu właśnie ukryty był następny haczyk. Tamte projekty nie zakładały zmian w cyklach kształcenia – 8+4(5). Wystarczyło zmienić na – 6+3+3(4) i przedłużając naukę tylko o jeden rok ponad ówczesną podstawówkę, uzyskiwało się sztucznie masowe wykształcenie ponadpodstawowe.
Wzrost stopnia scholaryzacji uzyskuje się latami w wyniku ciężkiej pracy, my zaś potrafimy czynić cuda i dokonujemy tego za pomocą podpisu ministra. W rankingach jak za dotknięciem różdżki staliśmy się odtąd znacznie lepsi. Dotychczasowe dokumenty opracowane przez zespoły pospiesznie poprzestawiano na nowy schemat, przy okazji niwelując do minimum kształcenie zawodowe, a o resztę niedokończonych warunków całości reformy już nikt się nie troszczył, wszak zmiana cyklu lat nauki postawiła inne ważniejsze cele i całość nazwano Reformą Handkego. Nikt z poprzedników przeciwko temu protestować nie zamierzał, bo do tak powstałego tworu przyznawać się nie miał zamiaru.
Opisałam powyżej po krótce dzieje pewnych działań reformatorskich, by na tym przykładzie pokazać, jak jakiekolwiek reformowanie jest w naszych warunkach trudne. Mamy wokół tyle uwarunkowań środowiskowych, ekonomicznych, wpływów różnego rodzaju lobby i politycznych, że czasem domagając się zmian dostajemy na tacy tylko pozór lub potworek. W tym uwarunkowania ekonomiczne i polityczne są najistotniejszą przeszkodą.
W 2010r. wybrałam się na spotkanie z panią minister Hall w sprawie przyspieszenia wieku dzieci uczęszczających do szkoły. Na wstępie wysłuchaliśmy wykładu na temat wagi edukacji dzieci od najwcześniejszych lat. Wypowiadająca się pokazała mapę Polski z zaznaczonymi obszarami objęcia dzieci opieką przedszkolną. Potem wysłuchaliśmy o tym, jak to słaba jest świadomość społeczna w tej kwestii i że te białe obszary zostaną objęte zaplanowanymi działaniami na rzecz podniesienia tejże świadomości.
Moje oczy robiły się pewnie okrągłe jak śliwki, a uszy nie mogły wyjść ze zdumienia, czy aby na pewno rozumowi przekazały to, co do nich dotarło. Jako żywo natychmiast miałam przed oczami scenę z filmu „Kogel-Mogel”, w której to Małgorzata Lorentowicz robiła na wsi wykład na temat zdrowego karmienia pudli. Nie wytrzymałam i zabrałam głos – „Mnie nikt do edukacji od najwcześniejszych lat przekonywać nie musi – spędziłam 3 lata pracując w przedszkolu, dzięki czemu m.in. potrafię teraz docenić rolę zabawy ucząc w szkole.
Ale czy nikt nie widzi, że pokazana tu mapa, to po prostu mapa biedy w Polsce? Najpierw państwo w klinczu zapaści ekonomicznej umyło ręce i przekazało przedszkola do prowadzenia gminom nie dając na to subwencji, potem co biedniejsze gminy likwidowały przedszkola, bo i też bronić w obszarach objętych wysokim bezrobociem nie było komu – jak baba nie ma roboty i siedzi w domu, to choć niech dziecisków popilnuje. A teraz chcecie ich uświadamiać bez zapewnienia warunków finansowych?” Nie muszę państwu opisywać, jaka była reakcja gospodarzy spotkania, wszak głos ten był wybitnie nie „po linii i za”.
Polityka i ekonomia, ale także rodzące się na gruncie tej polityki uprawianie pozorów to podstawowe elementy, które najwyraźniej odbijają piętno na wszelkich działaniach reformatorów i naprawiaczy. Najpierw są wizje bawiących się przedszkolaków, w pięknych salach obitych dywanami i zapełnionych edukacyjnymi zabawkami. A potem okazuje się, że na to nie ma pieniędzy. To zróbcie to bez pieniędzy! Takie cuda, to tylko w ERZE – mówiła kiedyś pewna reklama. Ale i tej ERY już nie ma.
Mówiąc o edukacji i o reformowaniu pomijamy w swoim myśleniu, że edukacja nie odbywa się tylko w szkole. Uczymy się wzorców w domu i poza nim. Politykowi, czy dziennikarzowi lub redaktorowi nie przychodzi nawet do głowy, że on właśnie uczy i to w pełnym tego słowa znaczeniu. Kaznodzieja nie uczy tylko na ambonie i katechezie, ale codzienną swoją postawą i to ta właśnie nauka wdziera się w postawy i zachowania otoczenia bardziej niż wypowiadane przezeń słowa. Edukacja tak jak kondycja firm nie jest samotną wyspą, ale uwarunkowana jest stanem umysłów i postaw całego otoczenia.
Nie wszyscy są równie inteligentni, mądrzy, wyposażeni w wiedzę. Ale nie do tych uboższych w te cechy mam największe pretensje, ale do tych światłych i wykształconych, którzy do tych uboższych w atrybuty zdrowego myślenia mają pretensję o ich głupotę. Sami jednak uważają swoje głowy za miejsce do uaktywnienia na naukowych konferencjach, jeśli są akademikami, albo do wymyślenia sposobu na największą oglądalność, słuchalność, poczytność, jeśli są dziennikarzami lub redaktorami. I nie czują żadnej odpowiedzialności, a raczej tylko pretensje za oceany głupoty i nieodpowiedzialności wokół nich.
Bo zatraciliśmy poczucie wspólnoty, postrzegając świat jak bezładny zbiór atomów bez wzajemnych powiązań. Ale i w świecie atomów tak nie jest, najdrobniejsze zaburzenie w jednym miejscu niesie skutki w dalekiej przestrzeni i nie ze wszystkimi parametrami do precyzyjnego określenia.
Gdy oglądamy „Tango” Sławomira Mrożka to niejeden widz myśli sobie – jak to dobrze, że my nie byliśmy i nie jesteśmy Stomilami. Czy na pewno? Czy nie tańczymy właśnie teraz Walca? A i Edzio dziś trochę inny – on dziś z gatunku takich, co umie już z nami zatańczyć nie tylko tango, ale i nawet walczyka.
Danuta Adamczewska-Królikowska


Mam dwa fakultety i trzy licencjaty, ale nigdy nie słyszałem o takim programie. Przeleciałem wszystkie kanały w kablówce, ale też nigdzie nie znalazłem takiego programu. Tango? Czy to jest coś w stylu tańca z gwiazdami? To może być zajefajny show, o ile ten cały Mrożko umi to jakoś sensownie poprowadzić.
jmp eip
Aluzju poniała i jak na 100% belfra przystało powiem – w kiepskim stylu. Sądząc po autoprezentacji myślę, że stać waćpana na więcej.
PS
I jeszcze jedno, żeby nie było …
Jestem jak najbardziej za e-dukacją. Postęp musi być w tym naszym zaścianku.
Mówiąc szczerze, rozmyślań o reformowaniu specjalnie nie zrozumiałem. Nie rozumiem również zarzutów wobec polskiego systemu oświaty. Pewnie z braku znajomości faktów, co do aktualnego stanu edukacji. Mimo usilnych starań dotarcia gdziekolwiek do jakiś wiarygodnych informacji.
.
Natomiast zgadzam się i gorąco popieram myśl, że nie docenia się roli edukacji poza szkołą. Ja poszedłbym nawet dalej. Mówi się, że nie można przecenić roli edukacji, i jest to w dużym stopniu prawda, ale jednak w wielu dyskusjach i w świadomości się rolę edukacji jednak przecenia. Życia nikt jeszcze nie nauczył się w szkole. Życia uczy się w życiu. Edukacja szkolna traci mocno na znaczeniu, gdy nie ma szans zastosowania w realnym życiu. A taką sytuację mamy chyba w Polsce. W szkole się uczy lepiej lub gorzej, ale jednak według jakiegoś utartego i sprawdzonego kanonu. Lecz po co komu zasady racjonalnego myślenia, gdy świat poza szkołą zatopiony jest w oparach absurdu. Po co logika? Po to by krzyczeć o jakiś bombach w samolotach ignorując całkowicie profesjonalne raporty na temat zdarzenia? Żeby dyskutować o tym jak zwiększyć wydatki, znosić podatki zmniejszając przy okazji deficyt, co jest absolutnie dominującym tematem w mediach? Aby analizować postanowienia konstytucji, które i tak każdy na czele z sądami traktuje jako stertę nikomu niepotrzebnej makulatury?
.
Moim zdaniem problemem w Polsce nie jest edukacja. Ta jest średnia a może i dobra. Problem polega na blokadach systemowych i oparach absurdu w realnym życiu. Nawet 30 lat najlepszej edukacji ulega dewastacji w zetknięciu z kilkoma miesiącami praktykowania absurdów i blokad napotykanych w realnym życiu.
Bisnetus, ma pan rację – oparach absurdów i nieżyciowych przedsięwzięciach w następnym odcinku 😉
Edukacja poza szkołą jest efektywna jedynie w przypadku osób już dobrze wyedukowanych. Czyli jest niedostępna dla większości absolwentów polskich szkół, których objęła ostatnia reforma.
Nie maja oni podstaw do samodzielnej nauki – nie znają wystarczająco matematyki, fizyki, chemii, słabo posługują się językiem polskim. Nie potrafią naprawić kontaktu, nie mówiąc o posługiwaniu się wiertarką, czy frezarką (podstawy tego poznałem w gomułkowskim liceum).
Polskie społeczeństwo jest nowoczesne w sensie amerykańskim – w USA matołki wymagają procedur, dobrych instrukcji, szkoleń. Co gorsza, i tym się różnimy od USA: w Polsce tępione jest szkolnictwo elitarne, w USA szkolnictwo to kształci elity, które matołkami kierują. W Polsce najlepsi mają podciągać kiepskich, a niestety to najgorsi demoralizują lepszych… Jedyne , co potrafią robić, to rzecz, której byli cały czas uczeni: rozwiązywać testy.
Najlepsi zbijają w szkole bąki, a kiepskim i tak jakakolwiek nauka wisi: kiepscy robią dwa fakultety i trzy licencjaty, po czym pracują w telemarketingu, albo „na” kasie, stosownie do swoich rzeczywistych kwalifikacji.
Na szczęście jest jeszcze spora grupa Polaków, którzy idą pod prąd ministerstwu i poprawnym politycznie dziennikarzom. Nauczyciele wiedzą, że szkoły o wyśrubowanym poziomie maja nadmiar uczniów, mimo niżu demograficznego, a rodzice, że uczniowie, których szkoła zmusi(sic! – uczeń dobrowolnie zwykle nie robi nic) do nauki jakoś znajdują pracę nawet w zawodach tak trudno dostępnych jak prawnik.
W mojej firmie przestaliśmy wzywać na rozmowy tych, co maja więcej niż jeden fakultet. Nie warto tracić na nich czasu.
@biznetus
Nie narzekaj Acan na absurdy i blokady w „realnym” (jest życie nierealne?!) życiu. Sam sobie je ułożyłeś i masz to, na co zasłużyłeś. W miarę swoich możliwości i otoczenia. To wina Waszeci, że „realne” życie jest, jakie jest. Gdzie indziej są też problemy. Może troszkę inne, może troszkę ich mniej jest, ale też są.
Polecam lekturę i zadumę nad „Kandydem” Woitaire’a.
Pani Redaktor (może być ta forma zmaskulizowana?)
Kiedyś prześledziłam losy reform oświatowych w Wielkopolsce i na Kujawach od XVIII w. Były to światłe reformy królów pruskich (najlepsza wtedy szkoła w Europie)potem polskie aż po reformę jędrzejewiczowską, a te powojenne odczułam osobiście – i jako uczennica i jako belfer. Ta sama historia ciągnie się od 300 lat: oświata jest niewydolna, efekty nie spełniają oczekiwań społecznych, szanse dzieci trzeba wyrównać, nauczycieli podszkolić – jednym słowem konieczne reformy. Po kilku, albo kilkudziesięciu latach dokument wreszcie gotowy i władza dała imprimatur. I wtedy się okazu