Jarosław Kapsa: Prośba o leniwego ministra

08.09.2021

Wartość cnót obywatelskich, a nawet niewieścich, zależna jest od kontekstu. Doświadczenia z PRL uczyły mnie dostrzegania walorów łapówkarstwa: korupcja łagodziła sztywne obręcze totalitaryzmu stosowanego. Z daleka warto się trzymać od ideowca-kata lub czekisty, doceniając szczęście, że większość tego typu profesjonalistów, zwłaszcza w okresie dekadencji, dotknięta była lenistwem i temu podobnymi patologiami. Z obecnego nam panującego rządu, cenię najbardziej nierobów; gotów jestem nawet przyznać im podwyżkę, pod warunkiem dalszego kultywowania nieróbstwa. Leń, w odróżnieniu, od ambicjonata – nic nie popsuje.

Wkurza mnie, podobnie jak i Czytelników, pan Czarnek, bo w warstwie werbalnej wydaje się ambicjonatem. Są to, na szczęście, tylko słowa; jest nadzieja, że w praktyce okaże się leniem i nieudacznikiem. Nie podniecam się hasłami o najgorszym z ministrów oświaty w dziejach III RP, bo tak 15 lat temu nazwano pana Giertycha. W sensie materialnym ani Giertych, ani Czarnek nie przebiją zapomnianej już pani Zalewskiej, która „antyreformami” wyrzuciła w błoto miliony złotych, unieważniając trud tysięcy ludzi, tworzących bazę edukacji trójszczeblowej. Tylko jedna, mała gmina wiejska, Olsztyn pod Częstochową, wydała ok. 10 mln zł, na budowę nowego gimnazjum z halą sportową, modernizację i dostosowanie 5 szkół 6-klasowych i utworzenie systemu przewozu dzieci. Owe 10 mln zł, równowartość 2-letniego budżetu gminy; antyreforma wyrzuciła do śmietnika. Ach, gdybyż ta kobieta-minister była leniwa, ileż strat by gminy uniknęły.

W odróżnieniu od pani Zalewskiej pan Czarnek bardziej drażni niż rzeczywiście niszczy. Jego ambicja psucia wyraża się w chęci wykorzystania istniejącego złego systemu dla dogodzenia własnym fobiom. Przywołam tu spór o listę lektur obowiązkowych; awantura o nią toczyła się także za ministrowania Giertycha oraz Katarzyny Hall. Mamy obowiązkowy kanon, który poznać musi każdy uczeń; by to spełnić, należałoby czytać przynajmniej 1 książkę w miesiącu. Mamy także rzeczywistość, w której ok 60% mieszkańców Polski nie czyta ani jednej książki w roku (tak podają badania Biblioteki Narodowej). Czy owe 60% nie dotyczy uczniów i nauczycieli, czy może ten szkolny obowiązek czytania jest czystą fikcją?

Kanon owych lektur obowiązkowych tak się utrwalił, że każda zmiana łączy się z głośną awanturą. Twierdzi się nawet, że bez znajomości owego kanonu przestaniemy być narodem, bo stracimy możliwość komunikowania się. Ale skoro 60% nie czyta, a zatem nie zna owego kanonu, to albo już przestaliśmy być narodem, albo wymyśliliśmy sobie inny fundament umożliwiający wzajemne zrozumienie. Wiem, że człowiek uważający siebie za inteligenta ma własny kanon dzieł „fundamentalnych” i – dla zbawienia świata – chciałby ten kanon upowszechnić; ale zalecałbym więcej pokory. Podstawowym celem edukacji, moim zdaniem, jest rozbudzenie zamiłowania do czytania (a także woli oglądania spektakli teatralnych, filmów, obrazów, słuchania muzyki itd.); wmuszanie, wbrew woli, jakiegokolwiek kanonu jest kontrproduktywne. Jeśli uważamy, że bez przymusu dziecko nie sięgnie po książkę, albo dokona złego wyboru; to zaufajmy nauczycielom, a nie urzędnikom czy anonimowym ekspertom. Po coś kształcimy nauczycieli, po coś ich zatrudniamy… Większość z nich ma umiejętności i doświadczenie pozwalające ukierunkować zainteresowania dziecka, dostosować proponowaną książkę do jego wrażliwości i potrzeby, rozmiłować dziecko w czytaniu. A że przez taką anarchię nikt nie będzie roztkliwiał się nad „Trenami”, czy „Jankiem Muzykantem”; trudno: i tak już prawie nikt się nie roztkliwia, ani nie czyta tych niezrozumiałych ramot.

Lektury to tylko wierzchołek góry lodowej. Czy bycie Polakiem wymaga znajomości daty bitwy pod Grunwaldem? Czy dojrzałość, potwierdzona stosownym urzędowym „papierem”, łączy się z umiejętnością rozróżniania roślin nagonasiennych od okrytonasiennych i rozpoznania seksualnych obyczajów ameb? Jeśli ktoś zadałby sobie trud poznania „podstawy programowej” edukacji szkolnej, musiałby samokrytycznie uznać swoje barbarzyństwo. Nie jesteśmy w stanie pamiętać całości tego wpojonego w szkole zasobu wiedzy „niezbędnej każdemu wykształconemu człowiekowi”; zatem albo jesteśmy barbarzyńcami, albo ten zasób nie jest nam taki niezbędny. Gdy jednak pokazują się głosy przemawiające za „odchudzeniem” programów, a przynajmniej dostosowaniem ich do rzeczywistej zdolności percepcyjnej dzieci; to owe głosy przygłuszane są wezwaniami do „koniecznego” uzupełniania, a to edukacją seksualną, a to wychowaniem do życia w rodzinie, nauczaniem ekologii lub historii regionalnej. To wszystko słuszne, ale mózg – czy młody, czy stary – ma swoją pojemność; więc ratunkiem dla niego jest metoda „zakuć, zdać, zapomnieć” unieważniająca trwałość owej „podstawy programowej”.

Konserwatysta mógłby tu sobie pozwolić na złośliwość. „Ciemnogrodzkie” kolegium jezuickie w XVII w. wyposażało absolwenta w umiejętności niezbędne mu w życiu publicznym: znał obce języki, potrafił wygłosić mowę w Sejmie i na pogrzebie przodka, napisać list, negocjować umowę, wymierzyć powierzchnie swoich włości, obliczyć opłacalność sprzedaży zboża przez port gdański do Anglii, zatańczyć menueta, jeździć konno, pojedynkować się szablami… Jakie niezbędne umiejętności ma absolwent współczesnych szkół publicznych z urzędowym świadectwem dojrzałości: nie potrafi wypowiedzieć się publicznie, odczytać ze zrozumieniem instrukcji obsługi pralki, wyliczyć należnego podatku, negocjować umowy, wymierzyć swoje mieszkanie, obliczyć opłacalność inwestowania swoich oszczędności itd., itp. To, co mu jest przydatne (Facebook, Google, antykoncepcje, praktykę wymiany handlowej) poznał pomimo szkoły; na szczęście dla ludzkości, nie musi korzystać z osobowych wzorców Czarnieckiego czy Piłsudskiego.

Gdyby, ku naszemu i naszych dzieci szczęściu, trafił się „leniwy” minister, mógłby pójść drogą centralizacji lub decentralizacji. Centralizator za pomocą korektora lub mazaka wykreśliłby, nie czytając, 3/4 zawartości „podstaw programowych” wszystkich przedmiotów. Decentralizator wydałby oświadczenie: wszelkie „podstawy” są tylko niewiążącą wskazówką, niech nauczyciele sami decydują, co uczyć, jak uczyć, z jakich podręczników lub innych źródeł korzystać. Ogólnemu poziomowi wiedzy w społeczeństwie taki eksperyment by nie zaszkodził.

Żartuję? Może tak, może nie… Wiemy, tak nam podpowiadają specjaliści, że celem kształcenia jest upowszechnienie umiejętności określanych jako 3K (krytycyzmu, komunikatywności, kooperatywości – czyli umiejętności pracy zespołowej). Które z tych umiejętności zyskamy, gdy pod nadzorem nauczycieli przerobimy podstawy programowe? Nie nauczymy się krytycznego oceniania informacji, przyjmiemy model „militarny”: żołnierz nie zadaje pytań, bo zna już jedynie słuszne odpowiedzi. Nasza komunikatywność też nabierze wojskowych form: słuchamy rozkazów i jesteśmy im posłuszni. Kooperatywność, dobrowolność tworzenia wspólnoty przy zachowaniu bogactwa różnorodności, zmieniona zostanie w glajszachtowanie, staniemy się masą, jednolitym i jednomyślnym organizmem, taką narodową amebą.

To, co komuś było przydatne w czasach, gdy żył Hitler i Stalin, niekoniecznie musi być dziś potrzebne. Produkcja bezmyślnej masy nie służy rozwojowi. Jeśli taki jest cel powszechnej edukacji, to jest ona niepotrzebnym, szkodliwym, kosztem ponoszonym przez ogół.

Jarosław Kapsa

Print Friendly, PDF & Email
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com