Pozory działania, pozory mądrości,
Pozory osiągnięć i pozór radości.
Dokonujesz na pozór własnych, właściwych wyborów,
Aż osiągniesz pełnię szczęścia pozory pozorów.
Dawno, dawno temu takie i podobne fraszki pisałam sobie na bibule, gdy przyszło mi odsiadywać czas na paskudnych urzędniczych naradach. By nie wypowiedzieć swych myśli na głos i nie wylecieć z hukiem lub narazić się na późniejsze szykany, co czasem niestety miało miejsce, moje frustracje na bieżąco przejmowały karteluszki, one były dla mnie bardziej litościwe.
Gdy sięgam pamięcią w czasy różnych reform, które miałam okazję wdrażać, a nawet podobno po części projektować lub się im sprzeciwiać, to ta fraszka pasuje do nich wszystkich. Zarządzanie zmianą to niezwykle skomplikowana sieć powiązań, uwarunkowań, proces rozłożony w czasie i przestrzeni, a nie jednorazowy akt. A jednym ze szczególnie ważnych i niezbędnych elementów jest faza przygotowań i właściwa diagnoza oporu przeciwko zmianom. Jeśli nawet niektórzy wizjonerzy zdawali sobie z tego sprawę, to nie można było tego powiedzieć o wszystkich, którzy brali udział w ich kreowaniu, a już na pewno najmniej tej świadomości wśród odbiorców. Komentatorów interesuje tylko, kiedy wreszcie wyjdzie spod pióra jakaś ustawa lub rozporządzenie. Jakby te pisane słowa miały być panaceum na wszystko jak za dotknięciem różdżki. Czasem z wizji pozostaje potworek odarty z elementów uwzględniających warunki finansowe, terytorialne, lokalne i indywidualne. Bo ekonomia, bo lobby, bo polityka wreszcie.
A czasem wizjonerzy systemowych zmian wykazywali niezmierzone pokłady magicznego myślenia. Oto dwa z nich:
1. Jak wszyscy uzyskają średnie ogólne wykształcenie, to ich podniesiony poziom intelektualny pozwoli im lepiej przygotować się do przyszłych szybko zmieniających się zawodów – prawda, jakie piękne założenie.
Pewna pani w czasie wdrażania reformy zarzucała mi, że broniąc szkolnictwa zawodowego obstaję za produkowaniem rzeszy bezrobotnych, tak jakby każdy 18-latek po ogólniaku był lepszym kandydatem na rynku pracy. Już nie mówiąc o tym, że każdemu miałoby się marzyć, a przynajmniej odpowiadać uczenie się ogólnej akademickiej wiedzy do pełnoletności.
W okresie wdrażania reformy gościliśmy różne delegacje nauczycieli z innych krajów, którzy byli ciekawi naszego eksperymentu. Gdy Finowie dowiedzieli się, że tylko ok. 10% absolwentów gimnazjum kontynuuje naukę w szkolnictwie zawodowym, to złapali się za głowę – u nas to prawie połowa (!) – odpowiedzieli. *) A przecież to ich młodzież zajmuje szczytowe pozycje w badaniach umiejętności, szczególnie matematycznych.
Kompletnym niewypałem, od początku skazanym na niepowodzenie było powołanie liceów zawodowych. Słabszy intelektualnie uczeń miał w tym samym czasie nie tylko zdobyć wykształcenie ogólne i przygotować się do matury (to było na papierze spełnienie zasady równości szans!), ale także liznąć jakiegoś zawodu. Liznąć, bo przyuczenia do żadnego zawodu nie uzyskiwał.
Inna pani przyszła do mnie z pomysłem, by na fali integrowania osób niepełnosprawnych powołać liceum zawodowe dla upośledzonych umysłowo w stopniu lekkim. A do jakiego profilu mieliby wg pani oni predyspozycje? – Np. do administracyjno-ekonomicznego – rozbrajająco odrzekła i snuła dalej wizje, że potem mogliby się douczać w zawodach ekonomicznych, księgowych (!). I nawet powieka jej nie zadrgała od wyobrażenia sobie męki tych dzieci ślęczących nad rachunkami nie do pojęcia (bo przecież musieliby spełniać potem kryteria ogólnych standardów na egzaminach końcowych) i zawiedzionymi, bezpodstawnie rozbudzonymi nadziejami zostania w przyszłości księgową.
Magiczne myślenie, że jak coś zechcę, to tak się stanie. Napiszemy to na papierze, umieścimy w systemie i problem z głowy.
2. Ucz się ucz, bo nauka, to potęgi klucz. W tych snach o potędze wystarczył tylko zabieg przedłużenia obowiązku szkolnego do 18 roku życia. Zatarcie rączek, podpisanie i po problemie. Brzmi to jak hasło widniejące nad moją głową na starej pożółkłej fotografii – „Uczyć się, uczyć się i jeszcze raz uczyć się – W.I.Lenin”
Każdego niemal dnia widzę swojego ucznia jak z zapałem, uśmiechem i fachowością obsługuje codziennie setki zadowolonych klientów na straganie z warzywami. Na tej ulicy jest wiele straganów, ale tylko tu są kolejki. On z uśmiechem, niebywałą wprawą zachęci, doradzi i szybko odważy to, co trzeba. To mój były uczeń, którego nie moglibyście rozpoznać z warunków szkolnych – zbuntowany, wagarujący, sprawiający setki problemów i nieuczący się. Po skończeniu 18’ przestał chodzić do znienawidzonej pewnie od wielu lat instytucji, jaką jest szkoła.
Wreszcie uwolnił się od tego, co go przytłaczało, nareszcie obowiązek szkolny go nie dotyczy. Zapytany przeze mnie, czy wróci do szkoły, odpowiedział – pewnie kiedyś tak, ale teraz muszę pilnować tego, z czego mam chleb. I na ten chleb ciężko i z zaangażowaniem pracuje i jakoś nie ma problemów z policzeniem należności za towar – robi to błyskawicznie. I wreszcie widzę go uśmiechniętego.
System na papierze napisał, że do 18 roku życia ma go utrzymywać rodzic. A jak nie ma z czego lub nawet nie chce utrzymać? To system najwyżej może odebrać prawa rodzicielskie i umieścić w zakładzie – na siłę. System mu napisał w rozporządzeniach, że ma się uczyć na siłę. W efekcie to system nie zmusza go do nauki, ale tylko do chodzenia do szkoły, ale tej zasadniczej różnicy nikt nie chce widzieć – odwróci głowę w drugą stronę.
W zmieniającej się w coraz większym tempie rzeczywistości, truizmem jest stwierdzenie, że edukacja, jak każda inna sfera takim zmianom musi podlegać. Projektowanie zmian potrzebuje podstawy rzetelnej diagnozy. Nie mam nic przeciwko naukowym próbom poszukiwania jak najbardziej miarodajnych metod badania progresji wyników różnorodnych działań, w tym edukacyjnych. Ale stanowczo przestrzegam przed akademizacją tego działania, a także przeciwko bardzo niebezpiecznemu efektowi, kiedy sam pomiar w znacznym stopniu zaburza funkcjonowanie mierzonego obiektu.
Pisząc o akademizacji mam na myśli proces automatycznego spływania akademickich wyników i metod badań w dół i oczekiwanie, że ich upowszechnienie zrobi z nich rzesze małych naukowców lub traktowanie nauczania, jako propedeutyki poszczególnych dziedzin akademickich. Kilka lat temu próbowano odgórnie narzucić pewien model zarządzania jakością w oświacie. Opracowany akademicki model ze szczegółami narzucony szkołom w postaci schematów działań i dokumentów okazał się niewypałem. Bo może i zza biurka spełniał pewne założenia wynikające z naukowych przesłanek, ale jako zunifikowany nie wynikał z potrzeb poszczególnych jednostek, ich uwarunkowań i pozostał jedynie biurokratycznym gorsetem, który spełniało się tylko dla ewentualnych kontroli. Kiedy nauczyciel z pozycji mentora daje do zrozumienia swym uczniom, jak bardzo są głupi, niedouczeni i bez głębszego namysłu nad sensem przekazanej wiedzy każe mu ją zastosować, to nie ma on innego wyjścia jak poddać się i pozornie wdrożyć z najmniejszym nakładem sił i środków, czyli stworzyć pozór na papierze. Już nawet uczniowie wiedzą jak to zrobić – ściągną pracę domową.
Na szczęście żywot biurokratycznych, narzucanych odgórnie potworków jest krótki (potrwa sezon, albo dwa), bo prędzej, czy później, sami pomysłodawcy przestają nad tym panować, gdy zauważają, że ich magiczne myślenie o biurokratycznym lekarstwie nie tylko nie pomaga, ale i bardziej szkodzi. Wykonawcy zamiast uczniom poświęcają więcej czasu na udokumentowanie swych działań, a tak udokumentowane pozory stają się niejednokrotnie świetną zasłoną dla usprawiedliwiania głupoty, niekompetencji i nieróbstwa.
Tu przykłady można sypać jak z rękawa. Ostatni z nich – w maju tego roku wreszcie zrezygnowano z obligatoryjnego powoływania formalnych zespołów dla każdego ucznia wymagającego pomocy psychologiczno-pedagogicznej i prowadzenia dla nich zunifikowanych kart indywidualnych potrzeb ucznia. W niektórych szkołach to niemal większość!!! Ilu osobom biorącym udział w procesie dochodzenia do tej biurokratycznej głupoty zabrakło wyobraźni? Bo przecież to była cała rzesza ludzi i to podobno nawet specjalistów, przecież sam minister sobie tego nie napisał.
Ze wszystkich naszych przywar narodowych, jedna – Polak zawsze znajdzie sposób, by ominąć jakiś nakaz lub zakaz – okazuje się w tym wypadku bezcenna. My już tak przywykliśmy do życia w grotesce, że jakoś potrafimy z oparów absurdu wychylić głowę i zaczerpnąć powietrza. Przy całej tej dozie biurokratycznego absurdu w sumie nie jest z tą edukacją u nas tak najgorzej, jednak nie dlatego, że ten zaprogramowany system działa, ale dlatego, że nie działa właśnie. 😉
Ken Robinson uważa, że naprawianie nienaprawialnego opartego na XIX wiecznych zasadach systemu edukacji jest zabiegiem bezsensownym i zachęca do innego myślenia – Zrewolucjonizujmy nauczanie.
– są polskie napisy.
Danuta Adamczewska-Królikowska
*) http://www.eurydice.org.pl/sites/eurydice.org.pl/files/finlandia.pdf – Systemy edukacyjne w Europie – Finlandia str. 4 -„Bezpośrednio po ukończeniu kształcenia obowiązkowego, naukę kontynuuje ponad 90% uczniów: w 2009r. 50% wybrało ogólnokształcące szkoły średnie II stopnia, a 41% – zawodowe szkoły średnie II stopnia.”


Kiedyś brałem udział w komisji zatwierdzającej nową normę. Fachowcy zaproponowali tabelę z nowymi, większymi niż w starej minimalnymi wartościami pewnego parametru decydującego o bezpieczeństwie i komforcie pracy. Pani z jednej z instytucji reprezentowanej w komisji, wyraziła zdanie, że wartości tych parametrów są jej zdaniem za duże i zaproponowała – dla oszczędności – obniżenie ich o dwa stopnie skali. Przypomniałem, że to są parametry dotyczące minimalnych warunków bezpieczeństwa, że stara norma nie spełnia tych wymagań. Wobec tego zaproponowano i przegłosowano żeby obniżyć wartości parametrów o jeden stopień.
W czasie Rewolucji Październikowej w każdym oddziale armii czerwonej był komisarz, który kontrolował decyzje dowódcy i zmieniał je według uznania. W demokracji można dojść do podobnego stanu rzeczy jeśli o awansie nie będą decydowały rozsądek i wiedza.
@Pirs, napisałeś ” jeśli o awansie nie będą decydowały rozsądek i wiedza.” Pominę takie zjawiska jak nepotyzm, przekupstwo, ale coraz bardziej wszelkie działania (i to nie tylko u nas w Polsce) przypominają mi nie podbudowane naukowymi zasadami dobre organizacje, ale piramidy finansowe, w których celem jest – jak wcisnąć towar kiepskiej jakości i jak omamić by zdawało im się, że to jakość Q. W takich strukturach rozsądni i z wiedzą nie są w cenie. W piramidach najcenniejsi są zdyscyplinowani żołnierze. Ta pani okazała się cenniejsza, na dodatek jak demokratycznie – przegłosowali ……
I to cholerstwo rozlewa się szeroką ławą na wszystkie sfery działania.
Gratuluję poprawy poziomu argumentacji. Ten kawałek o zarządzaniu zmianami był znakomity. Również rezygnacja z demonizacji wszelkich narzędzi kontrolnych mi się spodobało. Parę krytycznych uwag też by się znalazło, ale głównie zastanowiło mnie ostatnie podkreślenie z pochwałą polskiej „cnoty” łamania nakazów i zakazów. Nie chodzi mi nawet o samą pochwałę, lecz jej podskórny kontekst.
.
Bo ten mówi, jak nadal traktujemy państwo jako obcy twór. Jest ono nadal czymś zewnętrznym i wrogim, spadkobiercą administracji carskiej. Obywatele czują, że nie mają z tym tworem nic wspólnego. A najgorsze, że w tym odczuciu mają rację.
,
I tu jest najciekawsze pytanie, dlaczego tak właśnie jest. Kiedy nastąpi moment, w którym pani napisze w artykule: Polak zawsze znajdzie sposób, by stowrzyć tylko niezbędne i mądre nakazy lub zakazy, których będzie z respektem przestrzegał”? Kiedy Polak poczuje, że ma autentyczny wpływ na państwo, w którym żyje i gra podobno rolę suwerena? Kiedy zacznie brać aktywny udział w stanowieniu mądrego prawa i zacznie się z tym państwem utożsamiać?
.
To są właśnie ciekawe pytania, które mi się po lekturze tego artykułu same narzucają.
Wbrew pozorom martwi mnie to bardzo. I sama już nie wiem, czy próba niewychylania się z oparów absurdu nie przyspieszyłaby ich eliminowania? W praktyce pozostaje problem bieżący – nie mogę porównywać skutków naszych działań z lekarzami, ale i my działamy na żywych organizmach.
O niczym innym nie marzę, jak o warunkach wytłuszczonych w pana zdaniu. Nawet powiem panu, że niekiedy mam wrażenie, iż sami twórcy lekceważą tworzone przez siebie zapisy, w tyle głowy mając na uwadze, że niektórzy nie będą tego przestrzegać. Bo już trudno mi znaleźć przyczynę niektórych niedoróbek.
A skutki opłakane, bo skoro można łamać jedne , to ….. Z tym nieprzestrzeganiem prawa to nawet sami sędziowie uważają, że lepiej go czasem nie przestrzegać. Kiedyś po powtórnym odwołaniu do Sądu Apelacyjnego trzech ważnych sędziów apelacyjnych przyznawało mi rację, ale nie omieszkali wprost zapytać – po co Pani zgłosiła oświadczenie, bez niego nie byłoby sprawy? Jak to dlaczego? Bo taki obowiązek nakładał na mnie przepis.
Ale pies z kulawą nogą by wiedział, bardziej opłaca się więc kłamać, niż w oparciu o prawdę dochodzić swych praw.
To jest Pani zdanie, SAWA, czy przytoczone tych sędziów, że lepiej opłaca się kłamać…niż dochodzić?
Jakbym słyszał znajomych masonów.
No nie. Ostatnie zdanie jest moje, ale pytanie nie było zadane bym może mogła wykazać swą nadzwyczajną uczciwość, ale zdziwienie na ich obliczu przy zadawaniu pytania świadczyło o tym dobitnie.
@bisnetus:
„Kiedy Polak poczuje, że ma autentyczny wpływ na państwo, w którym żyje i gra podobno rolę suwerena? Kiedy zacznie brać aktywny udział w stanowieniu mądrego prawa i zacznie się z tym państwem utożsamiać?”
W tym pytaniu jest juz odpowiedz.
Bisnetus: to proste. Państwowe – znaczy niczyje. My – oni. Okupacja praw tak się mści. Odebrano ludziom ich godność i zmieniono opiekuńcze i powiernicze państwo równych szans i równego udziału w maszynerię ekono-represyjną, wyciskarkę dla profitenckich „elit”, właścicieli władzy. Cieszycie się, czy ma być jeszcze gorzej? Wasze postulaty kosztowałyby sto pięćdziesiąt miliardów, a na pewno i trzysta, jak policzyć.
.
No i stąd ten szacunek do państwa, szczególny.
.
W Niemczech tradycja pamięci o zdobyczach długotrwałych wojen chłopskich wytworzyła mądry municypalizm, demokrację „parterową”. Ale w dobrach licznych książąt gdzie tych rewolucji nie było, te szkody mentalne, jak po socjaliźmie, przetrwały do dzisiaj — -sam byłem na Szwabii świadkiem, jak delikwenta starającego się o posadę dokładnie wypytywano, czy nie mieszkał i nie wychowywał się aby na terenie byłych dóbr książęcych: stamtąd nie nadają się do pracy – kłamią, chleją, kradną, leniwi kombinatorzy -aby tylko „od oka”. Jak w Polsce.
Znakomity artykuł.
Nie bardzo jednak rozumiem to zdanie:
Ken Robinson uważa, że naprawianie nienaprawialnego opartego na XIX wiecznych zasadach systemu edukacji jest zabiegiem bezsensownym i zachęca do innego myślenia
Brzmi trochę jak idee Steinera, Montesori i Spocka. Ale może znajdę trochę czasu, by oglądnąć tego mądralę. Może przekona mnie, że szkoły XIX – wieczne były głupie i nie ma sensu ich naprawiać?
No, pościłem pomiar i sobie posłuchałem:
Szanowna Autorko!
Nie wstyd Pani polecać takiego błazna, który pierwsze 30% wykładu poświecił na uwodzenie i zabawianie sali, zanim powiedział pierwsze istotne zdanie? Już to zagranie, godne Kaszpirowskiego, powinno każdego myślącego słuchacza zaniepokoić. Na dodatek – figury retoryczne, wzięte jakby żywcem z promocji pledów z alpaki albo cukru sprzedawanego jako homeopatyczne leki, tym bardziej powinny zaniepokoić słuchaczy!
Myślę że tragedie, które spotkały Francję za czasów Terroru, Rosję za Rewolucji Październikowej, a nawet tragedia Polski po reformie NiL (Nuda i Lęk) – reformy Handtkego-Radziwiłł, byłyby śmiesznymi incydentami, gdyby temu hochsztaplerowi udało się zrealizować swoje idee…
Nie widzi Pani, że nasza NiL miała spełnić przynajmniej część z „dreams” Robinsona?
Podziela Pani zdanie Robinsona, że XIX wieczna szkoła, szkoła, która wyrosła ze średniowiecznych szkół metoda ewolucji – czyli metoda prób i błędów, szukania lepszych metod, odrzucania gorszych, wymaga likwidacji?
Mam jednakowoż nadzieję, że Pani żartowała, a tylko ja nie zrozumiałem, że to był żart.
nie „pościłem”, ale „puściłem”
Odradzam zakup produktów Appla.
@Incitatusie, nie – nie żartowałam. 😉 Nie napisałam też, że odbieram całkiem poważnie nawoływania do rewolucji i takowych bym nie doradzała. Nie wierzę też, że rola Robespiera marzy się Robinsonowi.
Ja trochę wiem o Steinerowskiej filozofii edukacji i powiem szczerze, że jeśli Robinson się panu z tamtymi ideami kojarzy, to nie dziwię się pana negatywnemu nastawieniu. Ja i pooglądałam i sporo poczytałam Robinsona i nie widzę w tym żadnych podobieństw. To o czym on mówi i pisze jest bliższe systemowi fińskiemu, który on zresztą chwali.
Pewnie mnie pan nie zrozumie, ale taki system (bliski fińskiemu) marzył mi się te 18 lat temu i może dlatego Kena Robinsona odbieram tak pozytywnie. Na każdym z nas racjonalne mundurki spoczywają na emocjonalnym podłożu.
Ma pan prawo nie trawić tego typu wystąpień. Ja widzę w nich sporo elementów, które warto wrzucić do głowy do zastanowienia, nie trzeba się z tym zgadzać i na pewno nie przyjmować jak wyrocznię, czy przepis na zmiany.
Pani Sawo, może miała Pani szczęście czytać Robinsona i na tej podstawie wyrobiła sobie o nim opinię.
Może moja ocena jest fałszywa, bo wyrobiona na podstawie jego wygłupu.
Proszę zwrócić uwagę, że nie odnosiłem się do nader ubogich, merytorycznych kwestii jego show. Trochę tego było za mało, no i było zbyt trywialne.
Ja nie ufam takim ludziom.
Nie lubię być zmuszanym do myślenia co jest informacją, a co manipulacją.
Incitatus: Wydaje mi się, trafiłeś w sedno: Autorka nie pierwszy już raz miesza „wspaniałe i na temat ZAGAJENIE” z pokracznymi, podstępnymi i arcyszkodliwymi dla edukacji fantazjami – chyba próbując przemycić je do rozważań.
Bardzo dziwne rozdwojenie.
Może to świadoma metoda.
Mnie zawsze bawiło, gdy w prywatnych rozmowach uniwersyteccy wykładowcy wygłaszali zdanie „nie więcej, jak 20% populacji nadaje się do studiów wyższych!”, zaznaczając natychmiast, że to ich „prywatne zdanie”.
Dlaczego nie oficjalne? I jak w ogóle można mieć dwa zdania na ten sam temat? Owszem, wprowadzałem takie eksperymenty, ale na zasadzie ćwiczeń, gdy słuchacz już do czegoś przeze mnie przekonany, nagle słyszał ode mnie, że to wszystko bzdura, bo…itd. Ale wszyscy wiedzieli, że to ćwiczenia i czemu one służą.
Do pani Danuty miałbym prośbę, by kiedyś spróbowała opisać system nauki, jaki JEJ by odpowiadał. Od jakiegoś czasu szukam mądrych porad, bo w roku przyszłym mam zamiar wprowadzić w życie eksperyment edukacyjny. Np. jak powinno się uczyć pani przedmiotu? Przepraszam za prywatę, ale głos doświadczonych, mądrych ludzi zawsze jest w cenie 🙂
🙂 Panie Jerzy, ja całe życie eksperymentuję. Przykład z dziś – moi uczniowie postawili błędną hipotezę w oparciu o wymyślone przez siebie doświadczalne rozwiązanie postawionego przed nimi problemu. Wyszło cudnie, bo musieli weryfikować, poszukiwać przyczyn i doświadczyć na sobie, że jedno doświadczenie nie uprawnia do wnioskowania. To dało im więcej niż gdyby bezbłędnie zaprojektowali za pierwszym razem. Nauczyli się nie tylko czegoś z fizyki, ale ogólnie życia. I to ostatnie w ich przypadku chyba o wiele ważniejsze, bo to dorośli, fizykami już nie będą.
W prowadzonej przeze mnie kiedyś szkole nie było rozliczanek – ilu promowanych itp. – takie rzeczy to ja zbierałam sama i przekazywałam analizy, a na Radach Pedagogicznych omawialiśmy problemy, trudne przypadki edukacyjne i co planujemy by temu zaradzić.
Na to by opisać co ja sobie wyobrażam, to pewnie musiałabym napisać książkę, a kto by to chciał czytać?
A ile doświadczeń uprawnia?
Nie formułowałbym tego tak kategorycznie i trywialnie.
Niekiedy doświadczenia są kosztowne. Ot np. doświadczenia na LHC.
Metodyka różni się też nieco np. w fizyce i medycynie.
Odchodząc od tematu:
nie wiem, czy zauważyła Pani np. że prawie zaniknął dawny, dobry zwyczaj podawania błędów pomiaru?
Że dokumentacja bardziej skomplikowanych instrumentów z reguły nie podaje ich dokładności? Ich klienci zadawalaja sie np. stwierdzeniem, że użyty konwerter ADC ma 20 bitów dokładności…
Że absolwenci fizyki nie wiedzą, co to jest różniczka zupełna? Nie wiem, czy Polacy to teraz wiedzą, nie wie tego duża część absolwentów niemieckich. Wiedzą to jeszcze Rosjanie, a przynajmniej wiedzą to moi znajomi. Za mało zreformowali swoje szkoły?
A może po wieku pary i elektryczności, wieku atomu nastaje w Europie wiek ciemnoty, Makumby Hosera i bruzd Le Beriera?
Przecież każdy proces w przyrodzie ma przebieg zbliżony do sinusoidy…
@Incitatusie, nie wpadajmy w wysokie C.
Napisałam, że moi uczniowie fizykami nie będą – to nie ta grupa docelowa, by przesłania dotyczyły zderzacza hadronów. Jeśli więcej baranów nie ulegnie biniendowym oszołomom i zasieję w nich choć wątpliwość, czy można zawierzyć obserwacjom zgniecionych puszek, to i pan będzie miał z tego pożytek. A wśród oczadziałych mgłą są ludzie z niemałym IQ i niemałym aparatem matematycznym.
Prof. Kleiber na pewno wie co to jest różniczka zupełna …
I co z tego wynika???
Nie wierzę w to by absolwenci fizyki tego nie wiedzieli, bo na każdych ćwiczeniach się takie analizy robiło. Ja przyznaję – nie używałam tego od 30 lat i musiałabym sobie szczegóły przypomnieć.
Błąd pomiaru? Toż to w okrojonym 3-krotnie (w liczbie godzin) programie fizyki tylko odfajkowane zasygnalizowanie, że coś takiego jest, a nie analiza.
Z czego zrezygnować – z Newtona, optyki, a może wszystko ubrać w bajkę …. A może już tylko pomodlić się.
Rzeczywiście, ja o CERNie, Pani o uczniach…
Ale i mnie chodzi o uczniów i o to, co z nich wyrośnie:
1. Gdyby Pani nauczyła swoich uczniów, że żaden wynik pomiaru nie jest nic wart, jeśli nie znamy jego błędu, na pewno ilość analfabetów matematycznych by się troszkę zmniejszyła.
Co więcej wydaje mi się to ważniejsze, niż wbicie matołkom do głowy, co to jest układ inercyjny i jaki jest jego związek z I zasadą dynamiki Newtona. Co Pani, jak mniemam, z radością i zapałem zapewne czyni?
A przecież manie takiej wiedzy na dzień dzisiejszy potrzebuje nawet majster budowlany i stolarz, nieprawdaż?
2. A co ma wynikać z tego, że Kleiber przypuszczalnie wie co to jest różniczka zupełna? Co miałoby to udowadniać? Ja wiem z całą pewnością, że prof.Broda i jego współpracownicy też to wiedzą. A Rydzyka kochają i robili mu sondaże ku pokrzepieniu jego serca…
Cóż trochę statystyki fizycy mają na studiach, choć statystyka w termodynamice jest dosyć różna od stosowanej do badań populacji…
Może jednak prof. Kleiber znając różniczkę zupełną, nie twierdziłby, że pomiar jest dokładniejszy, gdy przefiltrujemy on-line badany sygnał? I czy nie wystarczyłoby to Pani? Ba ja mam niestety często kłopot z ludźmi, którzy tego nie rozumieją.
Pani też by nie zapomniała, gdyby na studiach musiała ją Pani liczyć do każdego ćwiczenia na pracowni.
Droga Pani Sawo!
Pani, nie ucząc o nic błędach pomiaru powoduje, że szansa na pojawienie się nowych Biniend, Rzońc, etc. wzrasta.
To jest mniej więcej to samo, co nie nauczenie uczniów, zawodówki, że narzędzia po pracy należy oczyścić i odłożyć na przeznaczone do tego miejsce. To hodowanie przyszłych homeopatów, piewców wiedzy organicznej, ezoterycznej itp. itd.
Co więcej rozszerzyłbym wykład o metody stosowane w statystyce w naukach społecznych i ekonomii, medycynie itp. – czyli o badanie hipotez statystycznych.
PS
Miałem koleżankę która wyleciała na 4-tym roku studiów, gdy egzaminujący ją zorientował się, że nie rozumie sensu I zasady dynamiki… Mało więc brakowało, by została fizykiem, który tego nie rozumie.
Teraz gwarantuję, że studia by skończyła. Mylę się?
Ja! Zdecydowanie! 🙂
A rewolucję edukacyjną zacząłbym od tego:
„…nie było rozliczanek – ilu promowanych itp.”
Tekst artykułu bardzo dobry a komentarze.. hm…
Edukacja, temat istotny bo „jakie młodzieży chowanie..”
Stało się, powróciliśmy do systemu napoleońskiego który jest przekleństwem naszych czasów. Szaleństwo pozbywania sie wszystkiego co wiąże się z minionym okresem PRL ogarnęło społeczeństwo. Tylko Pałac Kultury sie ostał a reszta jak to w rewolucyjce, zniszczyć, wyrzucić, zapomnieć.
Limes Inferior Janusza Zajdla, wizja społeczeństwa powstałego z połączenia systemu kapitalistycznego z komunistycznym.
To co powstało, to połączenie najgorszych cech obydwu systemów, jak zauważył ojciec bohatera powieści.
I edukacja, studia powszechne o tak niskim poziomie aby każdy je ukończył.
Wizjoner jakiś? Toż to sie dzieje..
ps. zacytuję SAWĘ
„Z czego zrezygnować – z Newtona, optyki, a może wszystko ubrać w bajkę …. A może już tylko pomodlić się.”
Została chyba modlitwa.. stać nas wszystkich na podwojenie lekcji religii.
Poczytalem i zadumalem sie… „Że dokumentacja bardziej skomplikowanych instrumentów z reguły nie podaje ich dokładności? Ich klienci zadawalaja sie np. stwierdzeniem, że użyty konwerter ADC ma 20 bitów dokładności…”
.
Tak sie sklada, ze ja zawodowo produkuje urzadzenia, ktore uzywaja konwerterow. Moi klienci tez sie zadowalaja, ale nie z glupoty, tylko z madrosci. Oni wiedza, ze dokladnosc instrumentu nie da sie opisac w dokumentacji, Bardzo duzo zalezy od metodyki pomiaru i obrobki danych.
.
„nie twierdziłby, że pomiar jest dokładniejszy, gdy przefiltrujemy on-line badany sygnał?”
.
Jesli dobrze przefiltrowac, to jest dokladniejszy. Nawet duzo dokladniejszy. Tu nie ma co twierdzic, wystarczy poczytac literature. A potem sprobowac zrobic to samemu. Dziala. Naprawde dziala.
.
Jak rozumiem, tym komentarzem odszedlem od artykulu SAWY spory kawalek w kierunku Ksiezyca. Ale to nie ja pisalem o bitach, wiec niech mi bedzie wybaczone.
@narciarz2, ja bardzo dziękuję za wyjaśnienie tego fragmentu wypowiedzi kierowanej do mnie, bo przyznaję – na konwerterach się nie znam, to i taką argumentację w dyskusjach muszę pominąć. Dość często stosuje się w dyskusjach takie specjalistyczne argumenty pewnie wiedząc, że dyskutujący nie odpowie nic albo się zbłaźni. Odbieram więc Pana wpis jak najbardziej na temat i wcale nie z Księżyca. 😉