Danuta Adamczewska-Królikowska: Pozory, myślenie magiczne, półśrodki, półprawdy…8 min czytania

()

education2013-09-17.

Pozory działania, pozory mądrości,
Pozory osiągnięć i pozór radości.
Dokonujesz na pozór własnych, właściwych wyborów,
Aż osiągniesz pełnię szczęścia pozory pozorów.

 Dawno, dawno temu takie i podobne fraszki pisałam sobie na bibule, gdy przyszło mi odsiadywać czas na paskudnych urzędniczych naradach. By nie wypowiedzieć swych myśli na głos i nie wylecieć z hukiem lub narazić się na późniejsze szykany, co czasem niestety miało miejsce, moje frustracje na bieżąco przejmowały karteluszki, one były dla mnie bardziej litościwe.

Gdy sięgam pamięcią w czasy różnych reform, które miałam okazję wdrażać, a nawet podobno po części projektować lub się im sprzeciwiać, to ta fraszka pasuje do nich wszystkich. Zarządzanie zmianą to niezwykle skomplikowana sieć powiązań, uwarunkowań, proces rozłożony w czasie i przestrzeni, a nie jednorazowy akt. A jednym ze szczególnie ważnych i niezbędnych elementów jest faza przygotowań i właściwa diagnoza oporu przeciwko zmianom. Jeśli nawet niektórzy wizjonerzy zdawali sobie z tego sprawę, to nie można było tego powiedzieć o wszystkich, którzy brali udział w ich kreowaniu, a już na pewno najmniej tej świadomości wśród odbiorców. Komentatorów interesuje tylko, kiedy wreszcie wyjdzie spod pióra jakaś ustawa lub rozporządzenie. Jakby te pisane słowa miały być panaceum na wszystko jak za dotknięciem różdżki. Czasem z wizji pozostaje potworek odarty z elementów uwzględniających warunki finansowe, terytorialne, lokalne i indywidualne. Bo ekonomia, bo lobby, bo polityka wreszcie.

A czasem wizjonerzy systemowych zmian wykazywali niezmierzone pokłady magicznego myślenia. Oto dwa z nich:

1.       Jak wszyscy uzyskają średnie ogólne wykształcenie, to ich podniesiony poziom intelektualny pozwoli im lepiej przygotować się do przyszłych szybko zmieniających się zawodów – prawda, jakie piękne założenie.

Pewna pani w czasie wdrażania reformy zarzucała mi, że broniąc szkolnictwa zawodowego obstaję za produkowaniem rzeszy bezrobotnych, tak jakby każdy 18-latek po ogólniaku był lepszym kandydatem na rynku pracy. Już nie mówiąc o tym, że każdemu miałoby się marzyć, a przynajmniej odpowiadać uczenie się ogólnej akademickiej wiedzy do pełnoletności.

W okresie wdrażania reformy gościliśmy różne delegacje nauczycieli z innych krajów, którzy byli ciekawi naszego eksperymentu. Gdy Finowie dowiedzieli się, że tylko ok. 10% absolwentów gimnazjum kontynuuje naukę w szkolnictwie zawodowym, to złapali się za głowę – u nas to prawie połowa (!) – odpowiedzieli. *) A przecież to ich młodzież zajmuje szczytowe pozycje w badaniach umiejętności, szczególnie matematycznych.

Kompletnym niewypałem, od początku skazanym na niepowodzenie było powołanie liceów zawodowych. Słabszy intelektualnie uczeń miał w tym samym czasie nie tylko zdobyć wykształcenie ogólne i przygotować się do matury (to było na papierze spełnienie zasady równości szans!), ale także liznąć jakiegoś zawodu. Liznąć, bo przyuczenia do żadnego zawodu nie uzyskiwał.

Inna pani przyszła do mnie z pomysłem, by na fali integrowania osób niepełnosprawnych powołać liceum zawodowe dla upośledzonych umysłowo w stopniu lekkim. A do jakiego profilu mieliby wg pani oni predyspozycje? – Np. do administracyjno-ekonomicznego – rozbrajająco odrzekła i snuła dalej wizje, że potem mogliby się douczać w zawodach ekonomicznych, księgowych (!). I nawet powieka jej nie zadrgała od wyobrażenia sobie męki tych dzieci ślęczących nad rachunkami nie do pojęcia (bo przecież musieliby spełniać potem kryteria ogólnych standardów na egzaminach końcowych) i zawiedzionymi, bezpodstawnie rozbudzonymi nadziejami zostania w przyszłości księgową.

Magiczne myślenie, że jak coś zechcę, to tak się stanie. Napiszemy to na papierze, umieścimy w systemie i problem z głowy.

2.       Ucz się ucz, bo nauka, to potęgi klucz. W tych snach o potędze wystarczył tylko zabieg przedłużenia obowiązku szkolnego do 18 roku życia. Zatarcie rączek, podpisanie i po problemie. Brzmi to jak hasło widniejące nad moją głową na starej pożółkłej fotografii – „Uczyć się, uczyć się i jeszcze raz uczyć się – W.I.Lenin”

Każdego niemal dnia widzę swojego ucznia jak z zapałem, uśmiechem i fachowością obsługuje codziennie setki zadowolonych klientów na straganie z warzywami. Na tej ulicy jest wiele straganów, ale tylko tu są kolejki. On z uśmiechem, niebywałą wprawą zachęci, doradzi i szybko odważy to, co trzeba. To mój były uczeń, którego nie moglibyście rozpoznać z warunków szkolnych – zbuntowany, wagarujący, sprawiający setki problemów i nieuczący się. Po skończeniu 18’ przestał chodzić do znienawidzonej pewnie od wielu lat instytucji, jaką jest szkoła.

Wreszcie uwolnił się od tego, co go przytłaczało, nareszcie obowiązek szkolny go nie dotyczy. Zapytany przeze mnie, czy wróci do szkoły, odpowiedział – pewnie kiedyś tak, ale teraz muszę pilnować tego, z czego mam chleb. I na ten chleb ciężko i z zaangażowaniem pracuje i jakoś nie ma problemów z policzeniem należności za towar – robi to błyskawicznie. I wreszcie widzę go uśmiechniętego.

System na papierze napisał, że do 18 roku życia ma go utrzymywać rodzic. A jak nie ma z czego lub nawet nie chce utrzymać? To system najwyżej może odebrać prawa rodzicielskie i umieścić w zakładzie – na siłę. System mu napisał w rozporządzeniach, że ma się uczyć na siłę. W efekcie to system nie zmusza go do nauki, ale tylko do chodzenia do szkoły, ale tej zasadniczej różnicy nikt nie chce widzieć – odwróci głowę w drugą stronę.

W zmieniającej się w coraz większym tempie rzeczywistości, truizmem jest stwierdzenie, że edukacja, jak każda inna sfera takim zmianom musi podlegać. Projektowanie zmian potrzebuje podstawy rzetelnej diagnozy. Nie mam nic przeciwko naukowym próbom poszukiwania jak najbardziej miarodajnych metod badania progresji wyników różnorodnych działań, w tym edukacyjnych. Ale stanowczo przestrzegam przed akademizacją tego działania, a także przeciwko bardzo niebezpiecznemu efektowi, kiedy sam pomiar w znacznym stopniu zaburza funkcjonowanie mierzonego obiektu.

Pisząc o akademizacji mam na myśli proces automatycznego spływania akademickich wyników i metod badań w dół i oczekiwanie, że ich upowszechnienie zrobi z nich rzesze małych naukowców lub traktowanie nauczania, jako propedeutyki poszczególnych dziedzin akademickich. Kilka lat temu próbowano odgórnie narzucić pewien model zarządzania jakością w oświacie. Opracowany akademicki model ze szczegółami narzucony szkołom w postaci schematów działań i dokumentów okazał się niewypałem. Bo może i zza biurka spełniał pewne założenia wynikające z naukowych przesłanek, ale jako zunifikowany nie wynikał z potrzeb poszczególnych jednostek, ich uwarunkowań i pozostał jedynie biurokratycznym gorsetem, który spełniało się tylko dla ewentualnych kontroli.  Kiedy nauczyciel z pozycji mentora daje do zrozumienia swym uczniom, jak bardzo są głupi, niedouczeni i bez głębszego namysłu nad sensem przekazanej wiedzy każe mu ją zastosować, to nie ma on innego wyjścia jak poddać się i pozornie wdrożyć z najmniejszym nakładem sił i środków, czyli stworzyć pozór na papierze. Już nawet uczniowie wiedzą jak to zrobić – ściągną pracę domową.

Na szczęście żywot biurokratycznych, narzucanych odgórnie potworków jest krótki (potrwa sezon, albo dwa), bo prędzej, czy później, sami pomysłodawcy przestają nad tym panować, gdy zauważają, że ich magiczne myślenie o biurokratycznym lekarstwie nie tylko nie pomaga, ale i bardziej szkodzi. Wykonawcy zamiast uczniom poświęcają więcej czasu na udokumentowanie swych działań, a tak udokumentowane pozory stają się niejednokrotnie świetną zasłoną dla usprawiedliwiania głupoty, niekompetencji i nieróbstwa.

Tu przykłady można sypać jak z rękawa. Ostatni z nich – w maju tego roku wreszcie zrezygnowano z obligatoryjnego powoływania formalnych zespołów dla każdego ucznia wymagającego pomocy psychologiczno-pedagogicznej i prowadzenia dla nich zunifikowanych kart indywidualnych potrzeb ucznia. W niektórych szkołach to niemal większość!!! Ilu osobom biorącym udział w procesie dochodzenia do tej biurokratycznej głupoty zabrakło wyobraźni? Bo przecież to była cała rzesza ludzi i to podobno nawet specjalistów, przecież sam minister sobie tego nie napisał.

Ze wszystkich naszych przywar narodowych, jedna – Polak zawsze znajdzie sposób, by ominąć jakiś nakaz lub zakaz – okazuje się w tym wypadku bezcenna. My już tak przywykliśmy do życia w grotesce, że jakoś potrafimy z oparów absurdu wychylić głowę i zaczerpnąć powietrza. Przy całej tej dozie biurokratycznego absurdu w sumie nie jest z tą edukacją u nas tak najgorzej, jednak nie dlatego, że ten zaprogramowany system działa, ale dlatego, że nie działa właśnie.  😉

Ken Robinson uważa, że naprawianie nienaprawialnego opartego na XIX wiecznych zasadach systemu edukacji jest zabiegiem bezsensownym i zachęca do innego myślenia – Zrewolucjonizujmy nauczanie.

– są polskie napisy.

Danuta Adamczewska-Królikowska

*)  http://www.eurydice.org.pl/sites/eurydice.org.pl/files/finlandia.pdf  – Systemy edukacyjne w Europie – Finlandia str. 4 -„Bezpośrednio po ukończeniu kształcenia obowiązkowego, naukę kontynuuje ponad 90% uczniów: w 2009r. 50% wybrało ogólnokształcące szkoły średnie II stopnia, a 41% – zawodowe szkoły średnie II stopnia.”

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

22 komentarze

  1. PIRS 17.09.2013
    • SAWA 18.09.2013
  2. bisnetus 17.09.2013
    • SAWA 17.09.2013
      • de mowski 18.09.2013
        • SAWA 19.09.2013
    • adam furtak 17.09.2013
    • de mowski 18.09.2013
  3. Incitatus 17.09.2013
    • Incitatus 17.09.2013
    • SAWA 17.09.2013
      • Incitatus 18.09.2013
    • de mowski 18.09.2013
  4. Jerzy Łukaszewski 17.09.2013
    • SAWA 17.09.2013
      • Incitatus 18.09.2013
        • SAWA 18.09.2013
        • Incitatus 19.09.2013
  5. Jerzy Łukaszewski 17.09.2013
  6. Magog 19.09.2013
  7. narciarz2 20.09.2013
    • SAWA 21.09.2013