Jerzy Łukaszewski: Co można znaleźć na cmentarzu?

2013-09-19. Pytanie tylko z pozoru jest głupie, a odpowiedź niekoniecznie oczywista.

Bardziej oczywiste jest to, że dla miłośnika historii, szczególnie lokalnej, cmentarz jest miejscem wyjątkowym. Jak bardzo – postaram się opowiedzieć na przykładzie jednego z cmentarzy, w którego przekopywaniu od czasu do czasu biorę udział.

Chciałbym uspokoić tych wszystkich, których wstęp skłonił do nazwania mnie hieną cmentarną. Aż tak źle nie jest, ale…

Kiedy wjeżdża się do Gdyni od strony Sopotu można nie zauważyć mijanego, starego cmentarzyka. Kiedyś stał przy drodze Gdańsk – Gdynia, po wojnie dorobiono drugą nitkę drogi i cmentarzyk „wylądował” na wysepce między jezdniami. Wtedy też przestał być używany, bo miejscowa parafia katolicka znalazła sobie miejsce po cmentarzu ewangelickim, a stary przypadł w „udziale” miastu, które z niego nie korzystało.

Z czasem popadał w coraz większe zapomnienie, zaczął zarastać, pomniki się zapadały, niektórych zmarłych żyjący jeszcze krewni ekshumowali.

Jeszcze za komuny w ramach akcji sprzątania cmentarzy przed dniem Wszystkich Świętych porządkowała cmentarzyk i zapalała na nim świeczki młodzież z miejscowej szkoły podstawowej. Potem przyszła wolność i zmuszanie biednych dzieci do prac fizycznych zostało zakazane.

O cmentarzyku przypomnieli sobie miłośnicy lokalnej historii i trochę „na wariata”, bez żadnych szczególnych uzgodnień zaczęli nań przychodzić.

Gwoli sprawiedliwości trzeba powiedzieć, że śp. wiceprezydent Gdyni Maciej Brzeski próbował zainicjować jakiś ruch w tej sprawie, ale zmarł zbyt wcześnie i sprawa się rozmyła.

Miłośnicy historii w postaci kilku uczniów liceum zaczęli prace, które gdy wieść o nich rozpełzła się po okolicy, przyciągnęły innych, w różnym wieku, różnych zawodów i umiejętności.

Postawili przed sobą proste, wydawałoby się, zadanie. Przywrócić cmentarzowi wygląd najbardziej zbliżony do pierwotnego.

Ponieważ część pomników znajdowała się już pod ziemią, trzeba je było wydobyć na powierzchnię.

 

Możecie sobie państwo wyobrazić reakcję przechodniów, którzy dostrzegali z daleka na cmentarzu grupkę ludzi z łopatami, łomami i innym sprzętem. Kiedy zakres prowadzonych prac zaczął się zwiększać, trzeba było rzecz ucywilizować.

Urząd Miejski, jak to w Gdyni, nie stawiał oporu obywatelskiej inicjatywie i w tempie, którego nam można tylko pozazdrościć, wydał dokument stwierdzający legalność prowadzonych prac, który to papier był wielce pomocny w trakcie coraz częstszych wizyt policji, zawiadamianej przez zatroskanych współobywateli.

Od tej chwili prace szły dwutorowo. O praktycznych na cmentarzu za chwilę opowiem, wprzódy jednak chciałbym pokazać ten drugi nurt.

Byłoby co najmniej dziwne, gdyby ludzie pracujący przy rewitalizacji (dziwnie to brzmi w tym wypadku) cmentarza nie zainteresowali się jego historią.

A ta okazała się ciekawsza, niż można było przypuszczać.

Kościółek, który stał w pobliżu zbudował w XVIII wieku właściciel dóbr Kolibki, Józef Przebendowski. Miał być stacją dla pielgrzymek idących z Oliwy i Wielkiego Kacka w stronę świętych miejsc kaszubskich, Swarzewa i Wejherowa. Obsadą mieli być zakonnicy. Z jakiego zakonu? A – to właśnie był problem!

Nieprzygotowany czytelnik gdy dowiaduje się, że uzgodnienia trwały kilka lat, nie bardzo rozumie, co tu było do uzgadniania?  Właściciel buduje, sprowadza zakonników i gotowe!

Nic podobnego.

Rzecz należało uzgodnić z miejscowym biskupem oraz trzema działającymi na tym terenie klasztorami. Reformatów, kapucynów i jezuitów. Nie trzeba długo tłumaczyć, że taka stacja na trasie pielgrzymek była dla każdego z nich łakomym kąskiem. Ze względów ewangelizacyjnych, rzecz jasna, nic innego nie śmiałbym insynuować.

Próby dogadania się, nie dość, że trwały lat kilka, to na dodatek nie przyniosły efektów. Zniechęcony Przebendowski zbudował więc mały kościółek i oddał go jako filialny parafii z niedalekim Chwaszczynie zapisując odpowiednią sumę na jego utrzymanie.

W roku 1764 poświęcenia kościoła dokonał ksiądz Wybicki z Gdańska. Tak, to nie przypadkowa zbieżność. To był stryj autora naszego hymnu narodowego i całkiem niewykluczone, że i Józef brał udział w uroczystości, bo jak raz znajdował się u stryja „na wychowaniu”, jako znany już chuligan, którego żadna szkoła trzymać nie chciała.

Przy kościele był też szpitalik – przytułek. A cmentarz?

Proszę sobie wyobrazić, że czasem można się posprzeczać o tak, zdawałoby się, oczywistą rzecz. Był, czy go nie było? Trzeba było zacząć od prostego pytania: co to jest cmentarz? Szacowne osoby, również z tytułami naukowymi na podstawie zapisów o pochówkach proboszczów pod kościelnym murem twierdziły, że był „od zawsze”. Należałem do drugiej grupy w sporze dowodząc, że nie każde miejsce pochówku jest cmentarzem. Uznaję za cmentarz miejsce dostępne dla parafian. Pochówki zaś księży przy murze świątyni, bądź w jej podziemiach są owszem, kościelną tradycją, ale nie oznaczają istnienia cmentarza. Sporu nie rozstrzygnęliśmy do dziś, ale co tam – fajnie mieć tylko takie problemy. Obie strony sporu żyją w zgodzie i pracują dalej.

Cmentarz w sposób nie podlegający już dyskusji powstał w 1902 roku, gdy niemiecki właściciel Kolibek wydzielił na ten cel część dawnego ogrodu dworskiego. Od tej pory mamy do czynienia z regularnymi pochówkami.

Kościół najpierw był filialny dla Chwaszczyna, potem Wielkiego Kacka, a dopiero w 1927 została erygowana w Kolibkach samodzielna parafia. Dla poszukiwacza informacji ma to znaczenie, bo pokazuje, gdzie należy szukać zapisów o osobach pochowanych. Dzięki uprzejmości proboszczów, dotarcie do starych ksiąg parafialnych nie okazało się takie trudne i w chwili obecnej mamy już niemal kompletny spis. Niemal, bo zdarzało się, ze któryś proboszcz … bazgrał. Mamy przypadek, że ksiądz nie wpisywał informacji o pogrzebie od razu, ale wtedy gdy zebrało się ich więcej. Nieprawdopodobne?  A jednak.  Ponieważ zapiski w księgach parafialnych są czasem dość szczegółowe, robione po czasie aż roją się od błędów. Pomylone rubryki, bazgroły, wymazania. No i zdarza się potem, że człowiek chował na cmentarzu żonę, która miała … 4 tygodnie.

Kogo można znaleźć w spisie? Z początku nic nie mówiące nazwiska, w miarę szperania stawały się znajome, niemal bliskie.

Leży tu Katherine von Rositzky z rodziny ostatnich właścicieli pobliskiego majątku Redłowo. Jest w spisie dyrektor pierwszego w Gdyni gimnazjum, człowiek dla okolicy wielce zasłużony.

Niektóre wpisy są zaskakujące. Jest grób 15 letniej Brygidy, mojej niedoszłej sąsiadki, którą 23 marca 1945 roku zabił granat, gdy szła po chleb. Sęk w tym, że w naszej okolicy nie było już walk, Rosjanie wypchnęli Niemców na północ dzień wcześniej. Jeszcze ciekawiej wygląda sprawa rodziny ukrywającej się w piwnicy, która także zginęła od granatu wrzuconego przez okienko. Dwoje dorosłych, troje dzieci. Kto im ten granat wrzucił? Front już był o parę kilometrów od nas. Itd.itd. Wiele mamy takich niedokończonych historii.

A propos ksiąg parafialnych. Znajduje się w nich także rubryka „powód zgonu”.

Obfituje w zapisy  niespotykane dzisiaj, ale i sporo mówiące o tamtych czasach. Np. katar kiszek, spalił się, słabość, kurcze, śmierć gwałtowna naturalna, za rychło urodzony, starość i in.

Bywają i inne niespodzianki. Największą bodaj sprawił nam mały dziecięcy nagrobek, który wydobyliśmy właśnie dlatego, że był mały i choć zbieraliśmy się już do domu, ten postanowiliśmy wydobyć, bo nie miało to zająć dużo czasu.

Wydobyliśmy, ustawiliśmy mniej więcej w pionie i zaczęliśmy z grubsza czyścić. I wtedy ciekawostka – na tabliczce z danymi zmarłego coś w rodzaju sygnatury. Rzecz u nas niespotykana.

„J. Job, Bydgoszcz”

 

Poszukiwania w przedwojennej prasie pozwoliły ustalić, że rzeczywiście jest to sygnatura firmy J. Joba, zamieszkałego w Polsce od 1905 roku Włocha osiadłego w Bydgoszczy. W rozbudowującej się Gdyni firma miała swoją filię.

Ale na tym nie koniec!

Okazało się, ku naszemu zaskoczeniu, iż jest to człowiek, który sprowadził do Polski, a przynajmniej na Pomorze … lastriko! Job pochodzący spod Wenecji z rodziny rzeźbiarzy i kamieniarzy ożenił się z bydgoszczanką i w mieście żony prowadził interes. Lastriko ma ojca! No, przynajmniej chrzestnego.

Job był współautorem i wykonawcą wielu patriotycznych pomników na Pomorzu i w Poznańskiem, m.in. kilku pomników powstańców wielkopolskich.

Za te zasługi dla przybranej Ojczyzny po wojnie wsadzono go do obozu wraz z Niemcami. Na skutek interwencji rodziny i lekarzy (był już mocno chory) zwolniono go z obozu pod warunkiem, że opuści Polskę na zawsze.

W poprzek cmentarza, tuż za jego bramą ciągnie się pas okopów z 1939 roku. To tu przyjęli na siebie pierwsze uderzenie od strony Gdańska żołnierze II Morskiego Pułku Strzelców. I nie odbyło się to tak, jak na niemieckich zdjęciach propagandowych przedstawiających hitlerowców wyłamujących szlaban graniczny. Wręcz przeciwnie. Chłopaki były „tutejsze”, a okoliczne wzgórza aż prosiły się o wykorzystanie. Obeszli Niemców i uderzyli z boku tak, że ci ogłosili alarm i ewakuację Sopotu w obawie przed zajęciem go przez Polaków. Dziś mają opodal piękny pomnik z orłem z … plastiku. Niegdyś był z mosiądzu, ale odludne miejsce powodowało, że złomiarze kradli go dwukrotnie bez wysiłku.

Niektóre groby były już penetrowane. Nakłuwając szpikulcami znajdujemy je pod ziemią i kopiemy. Jeśli jednak najpierw wydobywamy ludzkie kości, a dopiero potem kamienny pomnik, to znak, że ktoś tu już czegoś szukał.

My przy jednym grobie znaleźliśmy pistolet, granat i zapas nabojów.

Historia historią, ale jest jeszcze jeden aspekt całej sprawy, najważniejszy. Jeszcze 4 – 5 lat temu na Wszystkich Świętych było na tym cmentarzu kilkanaście osób.

W ubiegłym roku ponad 200. Wieczorem cmentarz otoczony jest taką łuną, że jadące szosą samochody hamują i przyglądają się nieznanemu im w tym miejscu zjawisku. Wiem, że ktoś z tych kierowców w tym roku z samej ciekawości przyjdzie na „nasz’ cmentarzyk.

I o to chodzi.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

3 komentarze

  1. kruk75 2013-09-20
  2. jacek2 2013-09-21
  3. Jerzy Łukaszewski 2013-09-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com