Jerzy Łukaszewski: Kiedy nie wiadomo o co chodzi…

kar2013-09-28

Kalki historyczno-polityczne mają to do siebie, że są wygodne w użyciu i nie wymagają głębszej refleksji. Jeśli jednak zależy nam na zrozumieniu problemu, okazują się często przeszkodą większą, niż brak źródeł, problemy językowe w starych tekstach itp.  Tzw. obiegowe opinie trwają jak niewzruszone skały, o które rozbija się każda,  najbardziej racjonalna argumentacja.

W dużej mierze winę za taki stan rzeczy ponosi zjawisko tzw. polityki historycznej, które upraszczając wiedzę na użytek szkolny ukierunkowuje ją jednocześnie w duchu sobie przydatnym.

Dotyczy to także dość istotnego wydarzenia w historii Polski i Europy, jakim była tzw. reformacja. Pogląd na nią mamy nieco skrzywiony dzięki temu, co wtłaczano nam do głów w PRL-owskich szkołach. Przedstawiało się ją nam jako szlachetną walkę światłych umysłów z uciskiem szerzącego ciemnotę Kościoła.  W encyklopedycznych definicjach zaczyna się od „…prąd umysłowy, religijny…” itp.

Zdziwiłby się niejeden czytelnik poszperawszy głębiej, gdyby stwierdził, że ów prąd umysłowy na początku XVI wieku miał już za sobą kilkaset lat funkcjonowania. Wniosek z tego taki, że skoro zatrząsł Europą dopiero w XVI wieku, musiały zagrać czynniki inne, niż te tkwiące w nim samym.

Wbrew powszechnemu mniemaniu, reformacja nie zaczęła się od Lutra i poszatkowanych na dziesiątki księstewek Niemiec, a od Italii. Przeglądając historię papieskiego Rzymu i okolic można zauważyć pierwsze zjawiska, które w tym procesie nie chcą być ani proste, ani oczywiste, ani nie karmią nas analogiami.

Pierwszy z brzegu przykład: poglądy buntowników z mediolańskiej patarii niczym nie różniły się od zasad wyznawanych przez Franciszka z Asyżu. Chwilami to wręcz Franciszek bywał większym radykałem. Ale to oni zostali ogłoszeni heretykami, a on świętym.

Dlaczego? Odpowiedź jest trywialna – pieniądze i władza. Mediolańczycy walczyli o Kościół ubogi atakując przede wszystkim papiestwo, będące przecież także siłą polityczną, od V wieku najbardziej liczącą się w regionie, a więc zagrażali w istocie porządkowi nie religijnemu, a świeckiej stronie Kościoła.  Franciszek wyznając podobne zasady co do ubóstwa chciał dawać przykład życiem swojego zgromadzenia uważając, że to przyciągnie innych, a więc walka sensu stricte nie jest konieczna. I to wszystko.

Mieliśmy później Husa, który podobnie do mediolańczyków zagroził całkiem świeckim interesom cesarstwa. Nie mógł nie ponieść kary.

Aby dopełnić obrazu sytuacji należy powiedzieć, że w tym samym mniej więcej czasie podobne ruchy zaobserwowano i  w innych religiach, mozaizmie i islamie. Szczególnie jeśli chodzi o ten drugi podłoże było najczęściej podobne.

Zainteresowanych odsyłam do „Historii Boga” Karen Armstrong.

luterLuter wystąpił w Niemczech, gdzie religia była jedynym i to dość niepewnym spoiwem Rzeszy złożonej z rywalizujących ze sobą księstw i księstewek i miała w ręku cesarza charakter narzędzia dyscyplinującego skłóconych. Sytuacja  polityczna w Rzeszy była tym, co zdecydowało o wyniesieniu idei Lutra na pozycję sztandaru w wewnętrznej wojnie pomiędzy książątkami. Gdyby nie to,  zapisałby się pewnie w historii jako jeszcze jedna zbłąkana owca na kościelnej łączce. O ile w ogóle ktoś by o nim pamiętał.

Wystarczy prześledzić korespondencję Lutra z Radą Miejską Gdańska, by zauważyć, że problemy społeczno polityczne zajmują w niej  większość miejsca. Gdańsk, bogaty, pyszny, zdający sobie sprawę ze swej pozycji, szybko zainteresował się Lutrem widząc w jego ideach okazję do utargowania kolejnych przywilejów od Rzeczpospolitej. Z drugiej strony miejskie pospólstwo w tym rozwiniętym społecznie nad swój czas porcie dostrzegło możliwość poprawy swego położenia, czemu dotąd stały na przeszkodzie prawo królewskie wsparte autorytetem Kościoła.

A sama religia?

Odpowiedzcie sobie na pytanie: ilu ludzi w XVI wieku było w stanie prowadzić merytoryczną dysputę na tematy teologiczne? 1%? Myślę, że dużo mniej i to zarówno wśród zwolenników, jak i przeciwników Lutra.

A więc nie mógł być to zasadniczy element zjawiska opisywanego w historii jako reformacja.

Przebieg reformacji w Polsce był mniej spektakularny, niż w Rzeszy, bo rzadziej towarzyszyły temu gwałty, ale był łatwiejszy do zrozumienia co do podstaw.

Polska w tym czasie była państwem z silną władzą centralną, nie była targana wewnętrznymi konfliktami, była państwem, które skorzystało najwięcej na zmianie sytuacji spowodowanej odkryciami geograficznymi. One i będąca ich konsekwencją zmiana struktury europejskiej gospodarki, a w dalszej konsekwencji tzw. rewolucja cen spowodowały niezwykły popyt na towary rolnicze, których Rzeczpospolita dysponująca wielkimi obszarami była w stanie dostarczyć. W kronikach miejskich Amsterdamu znajdziemy zapiski o groźbie głodu, gdyż „statki z Gdańska opóźniają się”.

Na dużą skalę zaczęły powstawać w Polsce folwarki – wyspecjalizowane gospodarstwa nastawione na produkcje towarową i eksport. Szlachta bogaciła się, jak nigdy przedtem.

No i właśnie. Zawsze w historii bywało tak, że warstwa, która była coraz bogatsza, coraz gorzej czuła się w gorsecie prawnym, jaki dotąd przypadał jej w udziale. Pieniądz zawsze rządził światem i sytuacja, w której był krępowany przez niedostosowane do jego aspiracji przepisy była nie do utrzymania na dłuższą metę.

A pamiętać należy, że w tym czasie Kościół korzystał z zasobów bogacącej się szlachty poprzez tzw. dziesięcinę.

Nie jest niczym nadzwyczajnym zjawisko, w którym ktoś  kto się bogaci, coraz lepiej pilnuje swoich pieniędzy. Niby to paradoks, ale tak już jest, że biedniejszy łatwiej się dzieli tym co ma.

Szlachcic, który miał ze swej ziemi np. 100 dukatów rocznego przychodu, oddawał 10 Kościołowi i jeszcze cieszył się, że zbożne dzieło wspomaga. Kiedy postawione w jego dobrach folwarki przyniosły 10 000 przychodu (a bywały zmiany o takiej właśnie skali) i miał oddać 1000 – przeżywał katusze.

Specyfika praw Rzeczpospolitej sprawiała, że daniny na Kościół  nie płacili … innowiercy. No więc?

Kiedyś zaznaczając na mapce ogniska największego rozkwitu protestantyzmu w XVI wieku w Polsce zauważyłem, że coś mi ona przypomina. To zgrupowanie ośrodków reformacji blisko rzek … no jasne! Patrząc na grafiki w książce prof. Wyczańskiego z zaznaczonymi ośrodkami największej produkcji folwarcznej, które, co logiczne, sadowiły się w pobliżu rzek spławnych, widziałem dokładnie tę sama mapę!

Na sytuację w Polsce wpłynęły jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza – wybitnie polska zawiść, która w tym przypadku odegrała rolę pozytywną. Bogacąca się szlachta zaczęła uważniej przyglądać się sąsiadom i przepatrywać ileż to oni zarabiają i na czym. Okazało się wtedy, że jest sporo przypadków, że wielcy właściciele, szczególnie na Litwie, nielegalnie powiększali swoje dobra zajmując po cichu tereny niezagospodarowane, a należące do państwa. Również tzw. królewszczyzny przydzielone nie były zwracane koronie po okresie wyznaczonym (np. dożywocie).

Takie było podłoże ruchu zwanego egzekucją praw.

No i mieliśmy Bonę. To była ta druga rzecz, która wpłynęła na to co się wtedy w Polsce działo.

Niezwykle mądra kobieta dążąca do powiększenia królewskiego skarbca, co zawsze daje większą niezależność władcy, stanęła na czele ruchu egzekucji praw. Sprowadziła m.in. własnych geodetów, którzy zaczęli obmierzać używane przez szlachtę majątki, co ta uznała za skandal i zamach na jej wolności.  A tymczasem był to tylko zamach na ich nielegalnie zdobytą kasę. Niestety, najczęściej w życiu są one nierozłączne. Bona zaś  zyskała złą prasę utrzymującą się gdzieniegdzie po dzień dzisiejszy.

W tym czasie Kościół w Polsce znajdował się w stanie kompletnej degrengolady. Trudno uwierzyć co się wyprawiało w parafiach, kiedy czyta się notatki z wizytacji biskupich z pierwszej połowy XVI wieku. Służba kościelna była często jedynie tytułem do uzyskiwania dochodów z określonych miejsc. Z mojego podwórka znam przykład, gdzie proboszczem był… sekretarz królewski, który o ile wiem, nigdy do własnej parafii nie zajrzał. Szlachta budująca kościoły we własnych włościach zachowywała tzw. prawo patronatu mając decydujący głos w sprawie obsady funkcji proboszcza. Zapiski biskupie bardzo często opisują sytuację, w której ksiądz nie potrafił wizytującemu go biskupowi wywieść swoich praw do zajmowanego stanowiska. Podobnie zresztą z kwalifikacjami. Nawet do celibatu miało owo duchowieństwo, stosunek, łagodnie mówiąc, swobodny.

Nie odnotowano wprawdzie, jak to bywało w Niemczech, że proboszcz wraz z parafianami nie potrafili określić się konfesyjnie, ale przynajmniej na Pomorzu zdarzały się przypadki, że wraz ze zmianą wyznania przez właściciela wsi, cała parafia z plebanem na czele przechodziła na luteranizm. Wszystko zostawało po staremu, jedynie pieniądze przestawały płynąć do kasy kurii. Na dodatek różne wyznania potrafiły bytować zgodnie obok siebie, ponieważ to nie poglądy teologiczne były tym, co je różniło. Pierwsze kilkadziesiąt lat XVI wieku największy gotycki kościół z cegły w Polsce, mariacki w Gdańsku, służył obu wyznaniom jednocześnie.

W Polsce nie było głodu ziemi. To bardzo istotne dla zrozumienia problemu. Jeśli na zachodzie zerwanie z Kościołem oznaczało sekularyzację jego dóbr, a w takiej np. Anglii było to ok. 40% ziemi ornej, w Polsce nie było to na ogół motorem wydarzeń. W rękach Kościoła było ok. 10% ziemi, a wielkie obszary i tak  wciąż czekały na zagospodarowanie.

Z innych odmienności polskich należy zauważyć, iż polska szlachta – inaczej, niż na zachodzie – przechodziła głownie na wyznanie reformowane, ale…

Wyznanie, które w historii reformacji zapisało się jako zdecydowanie bardziej radykalne od luteranizmu, brutalne w stosunku do innowierców, najczęściej podpalające pod nimi stosy, do Polski przyszło w wersji mocno złagodzonej, dostosowane do potrzeb miejscowego podłoża obyczajowego. W Polsce kalwini potrafili nawet czcić Matkę Boską, bo… bo tak!

Z kolei osławiona kontrreformacja też, o dziwo, mniej skupiała się na walce ideologicznej, a bardziej na dwóch sprawach. Jedną było staranie o podniesienie poziomu intelektualnego duchowieństwa. Służyły temu głównie inicjatywy sprowadzonego go nas zakonu jezuitów, m.in. tworzone przez nich szkoły od braniewskiej poczynając. Biskup włocławski, Hieronim Rozrażewski,  hurtowo wymieniał kadry w parafiach osadzając w nich niemal wyłącznie absolwentów Braniewa. Biskup ten zapisał się również w historii odzyskiwania kościołów utraconych na rzecz innych wyznań. Na wizytacje wyruszał zwykle w towarzystwie orszaku 200 zbrojnych ludzi, a kiedy jechał na Pomorze – brał 300. Ówczesna diecezja włocławska sięgała bowiem aż po Hel. Brał także całą gromadę prawników, którzy w lokalnych sądach mieli dowodzić jego praw do skarżonego majątku. Bo o to chodziło.

Prawdziwa walka ideologiczna, szczególnie dobrze prowadzona przez jezuitów, to czasy Wazów, a więc po okresie, który wskazywano nam w szkole.

Nawiasem mówiąc, jej ślady widzimy do dziś w większości polskich kościołów w postaci wszechobecnego baroku, tylko nie wszyscy zdają sobie sprawę, że patrzą na narzędzie walki o duszę nadwiślańskiego ludu. Wprawdzie od zawsze obrazy w kościołach pełniły funkcję biblii pauperum, ale to jezuici stworzyli styl programowo zorientowany na masy. Taki komiks XVII wieku.

I aby nie przedłużać, jeszcze tylko jedno. W latach 80-tych XVI wieku kroniki odnotowują największą liczbę powrotów na łono katolicyzmu. W tym samym czasie rewolucja cen zdecydowanie wyhamowuje. Sytuacja w Europie stabilizuje się. Oczywiście, można nie widzieć tego zbiegu wydarzeń, jeśli się nie chce. W Polsce duża część postulatów wysuwanych przez egzekucję praw została spełniona. O co było się bić?

Już tylko na marginesie wspomnę o fenomenie polskiej tolerancji, o którym rozpisywano się na zachodzie, a który i dziś rozpala wyobraźnię niektórych rodaków.

Konfederacja warszawska z 1573 roku zapisała w swym akcie wyraźnie, że jej celem jest by „… dla różnic w kościelech krwie nie przelewać, jako po inszych krajach widzimy…” A było to już po nocy św. Bartołomnieja, więc wiedzieli co mówią.

Niektórzy autorzy widzą w tym płytkość chrześcijańskiego podłoża w naszym kraju. Teza przesadzona, moim zdaniem. Głębokość owego podłoża była wszędzie taka sama, ale u nas nie występowała większość tych przyczyn, które doprowadziły do tak gwałtownego przebiegu reformacji w Europie. Polski szlachcic żył lepiej i spokojniej, niż tam. A przecież o nic innego w gruncie rzeczy nie chodziło.

Jerzy Łukaszewski

Print Friendly, PDF & Email

10 komentarzy

  1. Walter Chełstowski 2013-09-28
  2. Stanisław Stupkiewicz sr 2013-09-28
  3. PIRS 2013-09-28
  4. Jerzy Łukaszewski 2013-09-28
    • PK 2013-10-01
  5. PIRS 2013-09-28
  6. A.F 2013-09-28
    • Stanisław Stupkiewicz sr 2013-09-28
  7. SAWA 2013-09-28
  8. karolasek 2013-09-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com