Państwa Elbanowskich zobaczyłam pierwszy raz przed laty na konferencji zorganizowanej przez panią minister Hall w sprawie projektu obniżenia wieku obowiązku szkolnego. Zrobili na mnie nieciekawe wrażenie – trudno mi sobie przypomnieć formułowane przez nich jakieś konkretne, rzeczowe argumenty przemawiające za ich protestem, w pamięci utkwiła mi raczej nerwowa postawa z uzasadnieniem swoich praw jako rodziców i skracaniem dzieciństwa. Dlatego ich narastającą przez lata aktywność permanentnie pomijałam, by, że tak powiem, głupotami nie zawracać sobie głowy.
Ale fala rosła, aż urosła do politycznych rozmiarów i teraz to już nie jest protest jakichś tam rodziców ze sporą gromadką dzieci, nie godzących się na rządowy projekt. To rośnie podobnie jak fala politycznej akcji z niezadowoleniem rządami HGW w Warszawie. I przybierze to najprawdopodobniej podobną postać, gdy tylko jakieś siły opozycyjne uznają, że na tym można coś politycznie ugrać. Po czym i Elbanowskimi, a już tym bardziej ratowanymi maluchami nikt sobie nie będzie zawracał głowy, będą tylko rozmowy – kto wygrał, a kto przegrał. Dlatego też nie chciałam interesować się ani tym, co też ci Elbanowscy mają do powiedzenia w Sejmie, ani też komentarzami polityków po tym występie. Jednak po poczytaniu tekstów dziennikarzy i blogerów, a może szczególnie po poczytaniu komentarzy pod nimi, czuję, że powinnam powiedzieć to, co Wałęsa:
NIE CHCĘ, ALE MUSZĘ!
Z różnorodnych artykułów, a także wpisów komentarzy pod nimi wyziera obraz kompletnej niewiedzy na ten temat, zarówno u dziennikarzy, polityków i różnej maści komentatorów. Jednym żal, że dzieci przestaną się bawić i brak pieniędzy na dywaniki, inni wyciągają argumenty, że skoro gdzie indziej do szkoły posyła się już 5-latki, to czemu u nas ma być zaścianek. A ja czuję się zażenowana poziomem tej niby debaty, bo ani o dywaniki, ani o wiek tu chodzi, tylko o sposób, w jaki te dzieci będą się rozwijać adekwatnie do wieku i ich możliwości. Nie usłyszałam jednak zbyt wielu głosów autorytetów specjalistów od wczesnego rozwoju dziecka, za to usłyszałam argumenty ekonomiczne i demograficzne, jakby sami zwolennicy chcieli dać przeciwnikom najlepszą broń do ręki w wojence w tej sprawie.
Zasadą podstawową, jaka powinna obowiązywać także w edukacji (a szkoda, że nie obowiązuje), powinna być zasada Hipokratesa – Primum non nocere, wyciąganie więc takich argumentów jest grubym nieporozumieniem. Tu o dzieci chodzi i to warunki, dla jak najlepszego rozwoju powinny być priorytetem, a nie to, że dzięki wcześniejszemu wejściu na rynek pracy zasypie się roczną dziurę w braku zbilansowania na wypłaty emerytów. Nie dziwię się, że opozycja natychmiast skorzystała z tak ochoczo podanej im broni, to było przecież do przewidzenia.
Zastanawia mnie, dlaczego milczy elita świata edukacji. Może milczy, bo też widzi nieprzygotowanie do tej zmiany i widzi zagrożenia, jakie może to przynieść, jeśli nie zostaną spełnione pewne warunki. A te niezbędne warunki to nie dywaniki, które można kupić w 1 godzinę nawet z funduszu Komitetu Rodzicielskiego, ale to, że cały system szkolny z przygotowaniem kadr włącznie jest kompletnie nieadekwatny do tych wyzwań. A może jednak nie milczy, tylko do publicznej wiadomości lepiej przedzierają się głosy sensacji, niż naukowo podbudowane racjonalne głosy, przecież one są nudne, niemedialne. Według redaktora Cieśli z Newsweeka „Elbanowscy jako jedyni w Polsce podjęli się takiego dialogu, to znaczy, że zwrócili uwagę na to, że dla rządów edukacja nie jest żadnym priorytetem…”, dalej jednak jest zapowiedź opisu kontrowersyjnej działalności małżeństwa Elbanowskich. l Mnie kompletnie nie interesuje, ile Elbanowscy zarabiają na tej akcji, ale przecież sensacje lepiej się sprzedają niż rzetelna informacja. Zamiast rozpoczęcia dialogu społecznego wokół tak ważnej sprawy jak edukacja media zafundują nam następny podział w społeczeństwie i nawalankę między zwolennikami i przeciwnikami Elbanowskich, a w końcu znów do tego, czy PiS wygra, czy przegra. I najśmieszniejsze, że to wszystko będzie WINA TUSKA.
Jeśli edukacyjna elita widzi zagrożenia systemowe, to czemu nie podejmuje działań? We wstępie opracowań z serii „Palące problemy edukacji i pedagogiki” wydanych pod patronatem PAN czytamy: >„Wsadzamy kij w mrowisko”, wywołujemy dyskusje, prowokujemy, próbujemy zaangażować czytelników w zmianę, docieramy nie tylko do akademików, ale również do szerszej sfery publicznej.< – A ja pytam – jaki kij, w jakie mrowisko, kto o nich słyszał?
Mam na koncie dwa opracowania z tej serii – „Fabryka dyplomów czy uniwersitas?” pod red. Marii Czerpaniak-Walczak i „Sprawcy i/lub ofiary działań pozornych w edukacji szkolnej” pod red. Marii Dudzikowej i Kariny Knasieckiej-Falbierskiej. I co z tego, że poczytałam w nich to, co znam z codziennej obserwacji, czy ktokolwiek przedsięwziął jakieś kroki, by tym nieprawidłowościom powiedzieć STOP! Zapoznanie się z tymi pozycjami utwierdziło mnie tylko w przekonaniu, że to nie ja zwariowałam i że z moimi klepkami chyba jest wszystko w porządku. Jednak niepokój pozostaje, bo skoro nie tylko my na dole, nauczyciele, jesteśmy zaniepokojeni tym stanem, ale świat nauki też to dostrzega, to dlaczego ta karuzela pozorów kręci się dalej?
Czy na to, by zacząć na te tematy mówić powszechniej to trzeba jakichś Elbanowskich?
Gorzej – teraz to i te autorytety zamilkną (jak w sprawie religii smoleńskiej), bo przecież nie zechcą być wciągnięci w walki polityczne. Można się przecież spodziewać zapytania redaktora – To po której stronie się pan opowiada, panie profesorze, po stronie pani minister, czy państwa Elbanowskich?
E tam, przesadzam, taki redaktor sam to odpowiednio skomentuje.
Jak to bywa z regułami, od każdej z nich zdarzają się wyjątki. Taki wyjątek przytrafił mi się dwa tygodnie temu – natrafiłam na bardzo ciekawą rozmowę z Marzeną Żylińską, która zajmuje się metodyką i neurodydaktyką. Słuchałam z niebywałym zaciekawieniem, bo treść rozmowy odzwierciedlała niemal dosłownie moje przemyślenia i nie wpisywała się w wyżej opisany trend ogłupiającego dziennikarstwa, a wnosiła wiedzę. Zainteresowałam się rozmówczynią i okazało się, że właśnie ukazała się jej książka pt. „Neurodydaktyka.” *). Jestem właśnie po jej lekturze. Autorka przybliża wnioski płynące z neuronauk, zwraca uwagę, że „z punktu widzenia neurobiologicznego rozwoju mózgu, zabawa jest intensywnym procesem uczenia się, którego nic nie może zastąpić”. Twierdzi też, że „czas zweryfikować poglądy i przypomnieć, że nasz mózg uczy się najefektywniej, gdy zapominamy, że to robimy. Dlatego nie powinniśmy zbyt szybko posyłać naszych dzieci do szkół. W dobrym przedszkolu mogą się uczyć równie dużo, a może nawet więcej.” Autorka podkreśla, że nie problem w tym, czy obowiązek szkolny zaczyna się od 5, czy 7 lat, ale w tym by zarówno dom, jak i placówki oświatowe zapewniły dzieciom różnorodność doznań, a zabawa to najlepsza forma nauki nie tylko w przedszkolu, ale i także w szkole.
Gdy ponad 20 lat temu zapisywałam swoją córkę do szkoły w Kanadzie, to byłam zszokowana panującą tam ciszą, dopiero potem dowiedziałam się, że tam nie ma dzwonków, że rytm pracy dostosowuje się do potrzeb dzieci, że dzieci nie siedzą 45 minut w ławkach.
Gdy więc będziemy mówić o obowiązku szkolnym w innych krajach od 6, a nawet 5 lat, to zainteresujmy się nie tylko progiem wieku, ale także formami tam prowadzonej edukacji najmłodszych. Autorka postuluje by przedszkole właśnie, a nie studia,były zapewnione jako konstytucyjny wymóg dla wszystkich dzieci, bo mózgi dzieci są najbardziej plastyczne, uczą się szybko i dużo, a ewentualne deficyty łatwiej wtedy zniwelować.
To nad takimi pozycjami opartymi na badaniach nauki, ale także obserwacji w samych szkołach i przedszkolach powinna toczyć się prawdziwa debata, bo tylko wówczas mogłyby z niej wyniknąć jakieś konstruktywne pożądane zmiany. Kto jednak słyszał o jakiejś tam Marzenie Żylińskiej, jej książkę trzeba przeczytać, zrozumieć, a to za dużo dla nas. My wolimy dyskusje o Elbanowskich – to jest temat do debaty, o nich można pogadać bez zbędnego wysilania własnych neuronów.
Danuta Adamczewska-Królikowska
*) Marzena Żylińska – „Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi” – Wydawnictwa Naukowe Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Toruń 2013



Literatura fachowa na temat kształcenia najmłodszych ma już bardzo długą historię.
Przed wojna wydawano we Włocławku „Życie szkolne. Miesięcznik poświęcony nauczycielskim konferencjom rejonowym i w ogóle sprawom samokształcenia nauczycieli”.
W roczniku 1931 znalazłem m.in. referat Romana Nowotko „Istota i znaczenie wychowawcze zabawy”. Autor cytuje mnóstwo nazwisk tych, którzy o sprawie czytali.
Może wprowadzić do Ministerstwa Edukacji „lektury obowiązkowe”?
Errata 🙂
„…tych, którzy o sprawie pisali…”
Nasze władze nie słuchają, to i lektur tym bardziej czytać nie będą. Może im zaserwować jakiś film edukacyjny, albo lekturę we fragmentach. …. A może tylko wysłać im sms-a?
Tak,ja to słyszę przez wszystkie lata pracy, tylko to na deklaracjach i pozorach się kończy. W tej chwili wymieniałyśmy z koleżanką (nie nauczycielką) wspomnienia z trenowania „zabaw” na nas – pani przychodziła i mówiła, a teraz się pobawimy, tylko to dla nas wcale zabawą nie było. To stara jak świat choroba edukacji, czyli POZORY. Nie wystarczy coś nazwać zabawą, by ono nią było. Mózgu dzieci nie da się oszukać, dzieci są najwrażliwszymi istotami na takie zabiegi, można zwieść pozorami dorosłych, dzieci się nie da!
Autorka przedstawia w zarysie historię tych naszych edukacyjnych działań, kiedyś opartych na obserwacji i intuicji, teraz potwierdzonych naukowo. Przytacza wiele słów napisanych przed wielu laty, a brzmiących jakby były autorstwa współczesnych reformatorów edukacji np. z 1784r. Christiana Gotthilfa Salzmanna – „Jak trudno przychodzi nam przez godzinę skupić uwagę na wygłaszanym przez kogoś wykładzie i jak szybko mija pół dnia, gdy sami coś robimy. Nie inaczej jest też z dziećmi! Sennie śledzą wywody nauczyciela, a ożywają i uaktywniają się, gdy mogą wykorzystać własny potencjał”.
Można było kiedyś ignorować takich edukacyjnych wirtuozów, uważać, że ich intuicja jest w błędzie, teraz obrazowanie mózgu i naukowe dowody nie powinny pozwalać na taką ignorancję.
No tak sobie właśnie wyczytałem w tym roczniku, że „dziecko uczy się najwięcej w czasie zabawy, bo ma poczucie, że samo nią kieruje”. Wtedy rozwija się najlepiej.
Nie jestem fachowcem, tylko odnotowuje, że podobne problemy podnoszono już dawno.
Mam też zadania egzaminacyjne ze szkół jezuickich w Wilnie z XVIII w. Może kiedyś je tu wrzucę, bo zadziwiają formą. Sztampa i sztywniactwo z założeniem jednej, jedynej oczekiwanej odpowiedzi.
Autorka pisze, że w Niemczech w ostatnich latach ukazało się sporo publikacji przytaczających fragmenty listów Wilhelma Humboldta (ojca obowiązującego do dziś powszechnego systemu edukacji), „ubolewającego nad tym, że wpływy kościoła i armii nie pozwoliły na zrealizowanie jego wizji reformy edukacyjnej i wprowadzenie w życie ideałów wychowania w duchu humanizmu. Oznacza to, że model edukacyjny, oceniany z dzisiejszej perspektywy jako niezmiernie postępowy, był jedynie kompromisem odbiegającym od wizji twórców reformy. Jeśli połowiczność wprowadzonych rozwiązań była rozczarowaniem już dla Wilhelma Humboldta, trudno się dziwić, że system oparty na pruskim modelu edukacji nie spełnia oczekiwań w XXI wieku” – pisze autorka.
A może to trwała tendencja? Może to tylko nam się wydaje, że edukuje się dzieci dla ich rozwoju, a nie dla rządzących tym światem?
No trafiła pani chyba w sedno. Zresztą przed wojną nie uciekano się do takiego mydlenia oczu jak dziś. We wspomnianych rocznikach (mam tylko dwa 1931 i 1932) znalazłem referaty takie jak np. „W trosce o najmniejszych”, w których są takie zdania mp.
„… wychowanie przedszkolne w ochronkach publicznych jest koniecznością tak z punktu widzenia społecznego, narodowego jak i państwowego…”
„… jeśli mamy serio myśleć o przygotowaniu się do obrony narodowej, nie możemy w swych działaniach pominąć takiego czynnika, jakim jest wychowanie przedszkolne człowieka…”
Na to ostatnie zdanie to aż wybuchnęłam histerycznym śmiechem i zaraz jako żywo miałam przed oczami krucjatę dziecięcą.
W takim razie obecnie rządzący poszli za ciosem szczerości i o ekonomii oraz demografii nam sypnęli argumentami.
A ja bym tak bardzo nie natrząsał się z ruchu państwa Elbanowskich.
To typowy przypadek z rodzaju „słuszna (?) sprawa podparta rozmywającą się argumentacją”. Państwo Ebanowscy nawet nie sformułowali istoty sprawy, jedyne, co jest jasne z ich przekazu, to, że nie chcą posłać swojego dziecka do szkoły w wieku lat sześciu. Możemy do woli wyśmiewać argumentacje dywanikowe (są śmieszne…), tak samo jak i argumentacje cywilizacyjne.
Problem natomiast jest znacznie głębszy (i niestety nie wyartykułowany explicite przez państwa Elbanowskich) — tu nie chodzi o to, czy dobre dla dziecka jest posłanie go do szkoły w takim czy innym wieku, ale:
1. czy państwo ma prawo zabrać dziecko rodzicom (z niepatologicznej rodziny, bez indywidualnego wyroku sądowego) w imię założonego z góry „dobra” jednakowego dla wszystkich dzieci, i nieufności wobec zdolności normalnych rodziców do dbania o rozwój ich dzieci; czy państwo ma prawo poddawać wszystkie dzieci (obywateli) zestandaryzowanej procedurze wychowawczo-edukacyjnej;
2. czy szkoła, jaką znamy, i do jakiej te sześciolatki trafią, to instytucja, której kochający, obdarzeni zdrowym rozsądkiem rodzice chcieliby oddawać swoje dzieci.
3. najogólniej: czy o edukacji dzieci (w tym: wieku, w jakimi idą do szkoły) mają decydować ich rodzice, czy bezduszny przepis, wkładający wszystkie dzieci tę samą państwową, jednolitą (prokrustową) maszynę.
By było jasne — jestem zwolennikiem jak najwcześniejszej edukacji, również w modelu szkolnym.
Na powyższe pytania odpowiadam jednak : NIE!
Państwo Elbanowscy — jak najzupełniej słusznie — odbierają rozszerzenie przymusu szkolnego o rok jako totalitarny zamach na wolność ich dziecka (musi iść do szkoły, bo państwo mu tak każe) i na ich wolność (oni by chcieli wychowywać dziecko po swojemu, ale państwo im to dziecko zabierze i wychowa tudzież „nauczy” po swojemu)
Nie wyżywajmy się już po raz kolejny nad nieudolnością polskiej szkoły. Ale nie mogę odmówić państwu Elbanowskim racji, że ich dziecko poza szkołą mogłoby znacznie szybciej się rozwijać, niż wrzucone w system państwowej oświaty takiej, jaka widzimy.
To jest problem: czy dzieci są „własnością” rodziców, czy społeczeństwa i państwa? Najlepiej byłoby, żeby były swoje własne; ale skoro to niemożliwe, to ja osobiście jestem za państwem, nie za rodzicami. Bo to państwo ma możliwość korzystania z opinii uczonych i ekspertów. A zostawienie tu dowolności – oznacza anarchię wychowawczą. Co zaś się tyczy Elbanowskich: nie widzę, by tu ich wyśmiewano. Natomiast na tym portalu dość powszechnie jest wypowiadane inne niż ich zdanie. I dlatego ja na sformułowane wyżej pytania odpowiadam zdecydowanie TAK.
Panie Ksawery, to niech pan jeszcze stworzy zestaw przepisów, kiedy to rodzice krzywdzą dziecko uniemożliwiając mu kształcenie. I takie przepisy nie byłyby przejawem totalitaryzmu? A gdyby&