Jan Różdżyński: Relikwia

15.03.2012. Moja Rosja.

Niedawno, jesienią 2011 roku w pobliżu Kotłasu, w obwodzie archangielskim, odsłonięty został niezwykły pomnik niezwykłego człowieka: Eugeniusza Bodo. O ostatnich miesiącach jego życia opowiedział mi kilka lat wcześniej więzienny przyjaciel polskiego aktora, do którego trafiłem w Moskwie z zupełnie innego powodu. 

Kamienica na rogu 2-Twerskiej-Jamskiej i Zaułku Orużejnego, jak na centrum stolicy Rosji, jest niewysoka. Tylko czteropiętrowa. Jednak odnowiona fasada z białych, licowanych cegieł i szarego, lśniącego marmuru, przydaje jej nieco powagi, a nawet odrobinę dostojeństwa. Od pełnej nieznośnego zgiełku ulicy Twerskiej, odgradza ją równoległy szereg wysokich budynków. Dlatego otoczenie kamienicy, chociaż zapchane parkującymi samochodami, jest dosyć spokojne. Jest na tyle cicho, że wychodząc ze stacji metra Majakowska, mimowolnie wkracza się do świata dźwięków, o których mówią, że są najbliższe rosyjskiej duszy. Oto przez uchylone okna płyną, wygrywane na klawiaturach guzikowych i klawiszowych, skomplikowane pasaże, imponujące akordy, albo i całe utwory. Przystając na rogu, przy odrobinie szczęścia, można nawet usłyszeć koncert. 

Wiosną 2002 roku, spotkałem się w tym świecie z jednym z najwybitniejszych znawców harmonii, akordeonów i innych instrumentów z wielkiej rodziny idiofonów języczkowych. Ale też całkiem nieoczekiwanie poznałem historię jego zażyłej znajomości z człowiekiem, którego zapamiętał na całe życie.

W tamto wiosenne popołudnie „Błękitna chusteczka”* grana była tak kunsztownie gdzieś na pierwszym piętrze, że idąc na spotkanie, bezwiednie zacząłem ją nucić. Widoczna z daleka mosiężna tablica na frontonie kamienicy informowała, że to Muzeum Harmonii Rosyjskiej Alfreda Mirka. Ekspozycję pokazywał mi osobiście założyciel tej niezwykłej instytucji: wysoki, elegancki, z siwą, patriarchalną brodą, profesor Alfred Mirek: uczony, muzyk, ekspert UNESCO, kolekcjoner, pisarz, autor monografii i podręczników, muzealnik i zarazem wielokrotny więzień sowieckiego systemu represji.

 

Ten Rosjanin o polskich korzeniach, niemal od dziecka, przez osiem dziesięcioleci zbierał, badał i opisywał piękne instrumenty. Wszystko, co zebrał, czyli około dwóch tysięcy zabytkowych przedmiotów, podarował Moskwie. Tak właśnie powstało największe na świecie muzeum harmonii. Wprawdzie podobne placówki są również w Niemczech, Włoszech i USA, ale muzeum Mirka ma najwięcej eksponatów. Ma też własną salę koncertową, skąd muzyka wymyka się czasem między moskiewskie zaułki. Od połowy 2009 roku, jedna z sal poświęcona jest tylko jemu**.

Tego dnia w muzeum koncertowali harmoniści z Uralu. Oprócz „Błękitnej chusteczki”, kamienicę wypełniały zaraźliwe czastuszki, to znów walc „Na wzgórzach Mandżurii”, polonez „Pożegnanie ojczyzny“ Ogińskiego i dziesiątki innych utworów, a my z profesorem rozmawialiśmy o jego pasji badacza wielkiej rodziny instrumentów. O tym, że poświęcił im całe życie i że dzięki zdobytej wiedzy stał się uznanym autorytetem na wszystkich kontynentach.

– To nieprawda, jak podają jeszcze niektóre źródła, że ojczyzną tych instrumentów są Niemcy. Nieprawda, że pierwszy instrument powstał tam w 1822 roku. Idiofony języczkowe, czyli: fisharmonie, akordeony, harmonie, bajany, harmoszki ustne itd., swój początek mają w Rosji… Zaraz, a jak będzie po polsku: harmoszka ustna? „Organki”! Wie pan, ja niestety pamiętam z młodości zbyt mało polskich słów. W dzieciństwie, a urodziłem się w Taszkencie, potem mieszkaliśmy w Odessie, mówiło się w domu po polsku i po rosyjsku. Bo moim ojcem był Polak ze Śląska, z Galicji, a mama była Rosjanką. I chociaż mam swoje lata, do dzisiaj rozumiem, jak ktoś mówi po polsku… – zerkając na mnie zza grubych szkieł, profesor zdawał się sięgać myślami w przeszłość. Jednocześnie pokazywał mi i objaśniał, czym różnią się kolejne odmiany „liwienek”, „talanek”, „chromek”, „czerepowek”:  syberyjskich, wiatskich, wołogodzkich… – Już dawno dowiodłem, że czterdzieści lat wcześniej niż w Niemczech, czyli  ok. 1780 roku na Wyspie Wasilewskiej w Petersburgu w pracowni organmistrza Franciszka Kirsznika powstała pierwsza harmonia. Ręczna z pionowymi miechami…

Wędrowaliśmy tak wśród setek instrumentów o wymyślnych kształtach i zdobieniach, z guzikami, klawiszami, dźwigienkami, z miechami rozmaitej konstrukcji, z barokowymi albo prostymi ornamentami, mijaliśmy warsztaty organmistrzów, gabloty pełne dokumentów, rycin, plakatów, książek… Dziwny, jak na takie muzeum, eksponat zauważyłem w najmniejszej sali: czworokątny kawałek cienkiej, szarawo-beżowej, wypłowiałej tkaniny umieszczony pod szkłem. Jego brzegi i narożniki obrębione były ściegiem z grubej, porwanej przez czas, szarej nici.

– Specjalnie chciałem pokazać panu ten kawałek tkaniny, bo jest pan z Polski – głos profesora, kiedy pochyliłem się aby przeczytać informację w gablocie, był zmieniony. – Niech pan da spokój i nie czyta. Tam jest tylko suchy tekst, który niewiele wyjaśnia. Zbyt długą historię trzeba by napisać dla tego kawałka materiału … A dla mnie jest to przedmiot bliższy, niż jakikolwiek eksponat. Bo to jedyna pamiątka po wspaniałym artyście, z którym siedziałem podczas wojny na Butyrkach i którego pamiętać będę zawsze. Niestety był to schyłek jego życia i jednocześnie czas upodlenia dla nas obu… To wielki polski aktor i zacny człowiek: Eugeniusz Bodo. A ta chusteczka od niego, to coś w rodzaju mojej relikwii…

Wszystkiego mogłem się spodziewać, ale że w wypełnionym muzyką moskiewskim muzeum harmonii trafię na ślad pierwszego amanta przedwojennego, polskiego kina? O Eugeniuszu Bodo wiedziałem tyle, co każdy kinoman w Polsce: że to człowiek – legenda. Że był największym gwiazdorem filmowym, ulubieńcem publiczności rewiowej i kabaretowej, arbitrem męskiej elegancji, bywalcem salonów, słowem „celebrytą” tamtych czasów. Słyszałem też, że czując się Polakiem, miał jednak, po ojcu, tylko obywatelstwo szwajcarskie i, że we wrześniu 1939 roku uciekł przed Niemcami do Lwowa. Gdzieś przeczytałem o jego różnych ekscentrycznych hobby – na przykład pasjami lubił wyszywanie… O dalszych jego losach nie było żadnej wiadomości, a kiedy długo po wojnie nie dawał znaku życia, w ówczesnych mediach pojawiła się informacja o zamordowaniu go przez Niemców. Nikt z tamtych, nowych władz nie traktował poważnie wiadomości  napływających od Polaków z emigracji, że artysta został aresztowany przez NKWD.

Wyblakła chustka w gablocie nie tylko zupełnie zmieniła temat naszej rozmowy. Sprawiła, że profesor poświęcił mi znacznie więcej czasu, a wątek instrumentów ustąpił miejsca łagrowej biografii Alfreda Mirka. Profesor, całkiem słusznie, uważał się w tej mierze za weterana: pierwszy raz został aresztowany podczas wojny, a ostatni – w latach 80, w przededniu pieriestrojki. Jego ojciec, Marcin Mirek, inżynier na wielkich stalinowskich budowach, został aresztowany w 1937 roku jako „wróg ludu” i parę lat później zmarł z wycieńczenia w łagrze. Po Alfreda, „syna wroga ludu” NKWD-ziści przyszli po raz pierwszy w sierpniu 1942 roku, kiedy miał niecałe 20 lat. Trafił najpierw na Łubiankę, a na początku 1943 roku znalazł się w zbiorowej celi więzienia przejściowego na Butyrkach, gdzie oczekiwał na wyrok złowieszczej „trojki” i  wywózkę do łagru.

– Przez tę celę przewijało się wielu więźniów ale jeden z tych, których tam zastałem, od razu zwrócił moją uwagę. Był jakiś dziwny, egzotyczny. Nie rozstawał się ze sfatygowanym prochowcem i pogniecionym kapeluszem, po rosyjsku odzywał się z cudzoziemskim akcentem, a jego sposób bycia wyraźnie odróżniał go od pozostałych. Zresztą współwięźniowie też nie chcieli z nim rozmawiać, bo jakakolwiek zażyłość z cudzoziemcem nawet w takiej sytuacji narażała ich na dodatkowe kłopoty. Dość szybko uświadomiłem sobie, że znam skądeś jego twarz i rozumiem polskie słowa, które bezwiednie wymykały mu się, kiedy próbowałem z nim rozmawiać. Gdy się przedstawił, olśniło mnie: toż to ten sam Eugeniusz Bodo, na którego występach w Moskwie byłem w 1940 roku i którego płytę ze śpiewanymi po rosyjsku piosenkami potem godzinami słuchałem!

Alfred Mirek nie zachował ostrożności. Na przekór logice stalinowskiego więzienia, zaprzyjaźnił się z cudzoziemcem. Może powodem były polskie korzenie każdego z nich, może podziw, z jakim młody chłopak odnosił się do znanego artysty? Odtrącony dotąd przez współwięźniów, jedzący wyłącznie więzienną bryję, Bodo znalazł współczującego rozmówcę, który na dodatek dzielił się z nim zawartością otrzymywanych z rzadka paczek. Mirek mógł godzinami słuchać anegdot z życia polskich i europejskich gwiazd estrady i filmu, a Bodo miał wreszcie komu opowiedzieć historię o tym, co się z nim działo, po przyjeździe do Lwowa. Występował tam przed zachwyconą publicznością na koncertach estradowych. Zespół „Tea-Jazz”, w którym śpiewał wraz z innymi artystami polskimi, odbył nawet tournee po ZSRR – wtedy właśnie koncertował w Moskwie. Złożył też odpowiedni wniosek, żeby na podstawie paszportu szwajcarskiego móc wyjechać z ZSRR. Został aresztowany we Lwowie w czerwcu 1941 roku, niespodziewanie, tak jak stał: w letnim ubraniu, cienkim płaszczu i kapeluszu, tuż przed wejściem Niemców. Od razu przewieziono go do Moskwy, do celi na Butyrkach. Najpierw był przekonany, że to jakaś pomyłka, potem próbował dowiedzieć się, za co został aresztowany. Jego pytania pozostawały bez odpowiedzi. Bez jakichkolwiek postawionych zarzutów, bez przesłuchań, siedział w tej celi od półtora roku popadając w coraz większą depresję.

– Żeby oszukać głód wypijał duże ilości gorącej wody z solą. Kiedy go poznałem był już osłabiony, właściwie wycieńczony. W żargonie łagrowo-więziennym człowiek w takim stanie nazywany był wówczas „dochodiagą”. Od tej soli nerki odmawiały mu posłuszeństwa, co powodowało puchnięcie nóg i twarzy. Mimo to prosił mnie, abym „organizował” mu sól. Nie chciałem mu jej dawać, ale tak prosił, że w  końcu zawsze ulegałem.

Swojemu spotkaniu z polskim artystą profesor poświęcił fragment książki „Zapiski więźnia”, którą wydał po prawie 50 latach od tamtych wydarzeń. Opisał w niej, jak ciężko było mu rozstać się z więziennym przyjacielem, kiedy w kwietniu 1943 roku czekał na wywózkę do łagru.  A schorowanym Bodo nadal nikt się nie interesował. Mirek przed wyjazdem podarował mu wtedy na pamiątkę płócienny woreczek  na chleb.

– Ucieszył się, ale czuł się zakłopotany, bo chciał się zrewanżować lecz nie bardzo miał czym… Wtedy odwrócił na lewą stronę swój sfatygowany prochowiec, starannie oddarł kawałek podszewki, a z więziennego ręcznika wypruł nić i pożyczoną od kogoś igłą obszył ten kawałek materiału  po bokach i wręczył mi na pożegnanie…

Ani Bodo, ani Mirek nie mogli wtedy wiedzieć, że o artystę upomniała się polska ambasada w ZSRR, że kolejni ambasadorzy: Stanisław Kot i Tadeusz Romer starali się o jego uwolnienie. Sowieckie władze w odpowiedzi stwierdziły, że nie zamierzają rozmawiać z Polakami o losie obywatela szwajcarskiego. Z takiego samego powodu Bodo nie został objęty tzw. amnestią, która doprowadziła do utworzenia Armii Andersa.

Chusteczkę od Bodo, Mirek miał przy sobie przez wszystkie następne lata. I przez wszystkie łagry. Z Butyrek trafił do „łagpunktu nr 4” w miejscowości Suchobezdonnaja, do morderczej pracy przy wyrębie lasu. Potem kolejne „łagpunkty”, tysiące współwięźniów… Od jednego z nich, przypadkowo spotkanego gdzieś, na północy, Mirek usłyszał o śmierci Bodo. Mimo to, od 1947 roku, po wypuszczeniu z łagrów z powodu trwałego inwalidztwa, próbował dotrzeć do jakiejkolwiek informacji o więziennym przyjacielu.

– Po wieloletnich poszukiwaniach dowiedziałem się, że zajęła się nim w końcu „trojka” i skazała go na 5 lat łagru. Został uznany za „element społecznie niebezpieczny” – głos profesora znowu zadrżał – jeszcze w czasie pobytu w łagrach tamten przypadkowo spotkany więzień opowiedział mi, jak jesienią 1943 roku, razem z wycieńczonym Bodo znalazł się w wagonie towarowym pełnym więźniów. Pociąg wiózł ich do kolejnego łagru w obwodzie archangielskim. Bodo nie miał  już płaszcza ani kapelusza. Był w fatalnym stanie. Opuchnięty leżał na podłodze zalanej moczem. Nie miał siły się podnieść. Konał. Kiedy pociąg dojechał na miejsce, zanieśli go do łagrowego szpitala. Tam stwierdzili zgon i zakopali w zbiorowym grobie…

Kiedy żegnałem się z profesorem i z jego muzeum, znowu do moich uszu dobiegła z okien wojenna „Błękitna chusteczka”. Tęskną, pełną obietnic i miłości, słychać ją jeszcze było, gdy dochodziłem do metra. Ale już nie chciało mi się jej nucić.

Jan Różdżyński


*        Melodię tej popularnej, sowieckiej piosenki czasu wojny skomponował Polak Jerzy Petersburski.

**      Prof. dr hab. Alfred Mirek zmarł 28 czerwca 2009 roku. Miał 87 lat.

Tekst ukaże się w marcowym numerze wydawanej w języku rosyjskim „Nowej Polszy“                  

Print Friendly, PDF & Email

6 komentarzy

  1. TadeuszK. 15.03.2012
  2. Leszek 15.03.2012
  3. Cezary Bryka 16.03.2012
    • elkaem 16.03.2012
  4. Leszek 16.03.2012
  5. nauczyciel 18.03.2012
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com