Nigdy nie zainteresowaliśmy się bliżej geografią gospodarczą arabskiego świata, jaką prezentuje dzieło al-Mukkadasiego, jednego z najsolidniejszych, późniejszych geografów arabskich, z X wieku. A to świat, z jednej strony, różnorakich smakołyków, od specjalnych gatunków sera po ciasta i inne słodycze; z drugiej strony – świat najwyższej znanej wtedy techniki. I nie ukrywajmy – świat wszelkiej obfitości i zbytku w życiu klas wyższych. Philip K. Hitti w swych „Dziejach Arabów” przytacza opis, jak w połowie X wieku swoimi bogactwami olśniewał posłów cesarza Bizancjum, Konstantyna VII Porfirogenety, wspomniany wyżej kalif al-Muktadir – w ostentacyjnej dla nich paradzie poprowadzono sto lwów (pewnie ze dwadzieścia parę), a w sali drzewa oglądali posłowie sztuczne drzewo ze srebra i złota, na którego gałęziach siedziały sztuczne ptaki, również złote i srebrne, świergocące dzięki przemyślnym mechanizmom jak żywe… Rusowie z Nowogrodu wiedzieli, co ich ciągnie na morze Kaspijskie.
Gdzie się tego dowiadywali? Pierwszymi ich partnerami handlowymi wydają się – Bułgarzy znad Kamy i średniej Wołgi, zwani przez historię „kamskimi” (inny szczep tych samych turskich, czyli tureckich Bułgarów, podbił Słowian dzisiejszej Bułgarii i wtopił się w ich świat). Pośredniczyli w handlu ze światem arabskim. Co sprzedawali nabywcom z południa, wiemy, bo Tołstow przytoczył szczegółową tego listę za „al-Makdisim”, czyli za al-Mukaddasim. Dla nas tu istotne, że sporą część owych towarów Bułgarzy brali jako pośrednicy właśnie – z zachodu. Stąd może pierwsze kontakty handlowe Nowogrodu Wielkiego, Czudzi i Wesów (Wepsów). Myślę, że skóry bobrów, szarych wiewiórek czyli popielic, kun, lisów, a także wosk, miód i bursztyn szły od Słowienów i Czudzi nowogrodzkiej. Być może również – owe miecze i pancerze. Srebrne dirhemy, które Bułgarzy brali za swe towary, rozchodziły się po wszystkich ziemiach przyszłej Rusi i jej sąsiadów, aż po Bałtyk – głównie, jak podejrzewam, za niewolników, których doprowadzali tu ich łowcy, i za bursztyn…
Dlatego, jak wspominałem, zostało dla przyszłej historii tak mało Litwinów, Łotyszy i Kalewanów, czyli Estończyków. Ich pochodzenia jest wielu Arabów.
Stefan Bratkowski

Jak zwykle super opowieść.
Pytanie: dlaczego w tych etymologicznych wywodach pomija się „valdheim” jako „leśną siedzibę”? Języki Skandynawów należą do rodziny germańskiej, a słowo „wald” narzuca się samo w pierwszej chwili.
Kult drzew znany był w całej północnej Europie i trwał niemal po dzień dzisiejszy. Ale też lasy północne to było co innego, niż „krzaczki” nad Morzem Śródziemnym. Tu się trafiały okazy budzące podziw ogromem, rozrosłymi korzeniami działające na wyobraźnię.
Co do dóbr oferowanych przez Słowiańszczyznę, nie należy zapominać o czerwiu, bardzo cennym towarze. Ponoć dzięki niemu mamy czerwiec.
@JŁ: Masz oczywiście rację. U nasz pod Grunwaldem to były lasy że hej! Ale nie lekceważ jednak tych mikrusów znad śródziemnego, czyli tych cedrów libańskich, cośmy zbudowali z nich tyle okrętów i świątynię króla Salomona. Albo tych starych oliwek, co zajmują niejeden rynek greckich miast. Natomiast co do tych etymologii, nieraz się już naciąłem na pozornie oczywistych, więc ostrożność i doświadczenie radzą ufać Bratkowskiemu,
Toć wiem, że pozory mylą. Dlatego niczego nie twierdzę, a tylko pytam, bo fonetycznie to się samo narzuca. Zaufanie do autorów to ja mam z definicji ograniczone, bo tak każe metodologia, dlatego lubię każdy szczegół wyjaśnić, nawet taki drobny tym bardziej, że tu piszemy „bez aparatu”.
Jeśli chodzi o cedry i inne drzewa na Bliskim Wschodzie, to oczywiście, że i tam się trafiały okazy. Ostatecznie Abraham i jego współwyznawcy stawiali paleniska ofiarne w pobliżu drzew. Dopiero za Mojżesza to się zmieniło.
Jednak drzew w takiej obfitości i rozmiarach nie było tam nigdy. Rzymianie opowiadali sobie legendy – horrory o lasach w Germanii (a do niej zaliczali też Słowiańszczyznę).
Dwa miesiące temu zasadziłem w moim przydomowym, osiedlowym ogródku potwora – mamutowca. Na pohybel mojej administracji osiedla, co uważa, że my zrobiliśmy z naszego ogródka „busz”.(czarna sosna, daglezja, wejmutka, sosna Banksa, kilka cisów, poszycie dna lasu, czyli barwinek, kopytnik, czosnek niedźwiedzi i wszystko co jest.
Ten potwór posadzony w mojej drugiej siedzibie, na południowym zachodzie, w „Albert Schweitzer Anlage” Darmsztatu, 120 lat temu przez dziadka tego ogrodnika, co kupiłem od niego za całe 80 Euro, wyrósł tam już na przeszło 30m, a kiedyś będzie jak w tym Yosemite National, czy innym Yellowstone (zawsze mi się myli). Jak miałem 15 lat i pisałem „pracę o czymś” (Zoszczenko) to ojciec mnie uświadomił, że powoływanie się na autorytety jest uprawnioną metodą, że jednak ten „aparat” ma swoje ograniczenia. A jeśli idzie o straszne lasy północnych Niemiec, to nie mam źródeł rzymskich, ale ładną piosenkę niemiecką (z pamięci, niestety. śpiewnik pożyczyłem, umarli zanim oddali.
„Als die Römer frech geworden
sim sirimsim simsim sim.
Kamen zu dem Deutschlands Norden
sim sirimsim simsim sim.
Vorne im Trompetenschall
sim sirimsim simsim sim.
Ritt der Generalfeldmarschall
sim sirimsim simsim sim.
Herr Quintinius Varus
sim sirimsim simsim sim.
Herr Quintinius Varus
schnäderededräng, schnäderededräng.
Doch im Teutoburger Walde”… itd.
P.S. W tym necie wszystko znajdziecie! Więc i ja odszukałem w kilka sekund oryginalną wersję piosenki. Rzeczywiście ona się różni trochę od mojej, zapamiętanej.
„Doch das kann einen Seeman nicht erschüttern. Keine Angst Rosemarie”. Więc tak żeglujemy sobie po tej sfalowanej korze, zaś jeśli te fale nazbyt strome, słusznie nazywają nas bałwanami.
Und wenn die ganze Erde bebt,
Und die Welt sich aus den Angeln hebt
Fajna piosenka 🙂